Jak przejść przez życie – nie mając wrogów

Cieszący się światową sławą psycholog B. F. Skinner udowodnił eksperymentalnie, że zwierzę nagradzane za dobre zachowanie nauczy się o wiele więcej i szybciej oraz zachowa wyuczoną wiedzę na dłużej niż zwierzę karane.
Późniejsze badania wykazały, że dotyczy to także ludzi.
Krytykując innych nie zmieniamy ich, często natomiast powodujemy trwałą urazę.
Inny wielki psycholog, Hans Seyle, powiedział kiedyś:
„Akceptacji pragniemy tak bardzo, jak nienawidzimy potępienia.”
Uraza i niechęć spowodowane krytyką mogą tylko zdemoralizować pracowników, członków rodziny i przyjaciół: nie zmienią tego, co już się stało.[...]
Kiedy podkusi nas jutro, żeby kogoś skrytykować, przypomnijmy sobie Ala Capone’a, Crowleya i Alberta Falla.
Mamy tu ludzką naturę w całej okazałości: winowajcy oskarżają wszystkich prócz siebie.
My jesteśmy tacy sami.
Trzeba sobie zdać sprawę, że krytyka, podobnie jak oswojone gołębie, zawsze wraca do domu. Trzeba uświadomić sobie, że ludzie, których skrytykujemy i potępimy, najprawdopodobniej chcąc się wybielić choćby przed sobą obwinia nas. Albo jak Taft powiedzą: „Nie wiem, jak mógłbym postąpić inaczej, niż to zrobiłem.” [...]
Rankiem 15 kwietnia 1865 roku umierający Abraham Lincoln leżał w sypialni taniego pensjonatu dokładnie naprzeciw Teatru Forda, gdzie strzelał do niego John Wilkes Boom. Lincoln leżał po przekątnej zapadającego się łóżka, które było dla niego o wiele za krótkie. Na ścianie wisiała tania reprodukcja obrazu Rosy Bonheur Koński targ, a lampa gazowa rzucała dokoła ponure, żółtawe światło.
Nad takim „śmiertelnym łożem” Lincolna sekretarz obrony Stanton stwiendził: „Oto najdoskonalszy władca ludzi, jakiego kiedykolwiek nosiła ziemia.”
Jaki sekret dotyczący kontaktów z ludźmi posiadł Lincoln? Studiowałem jego życiorys przez 10 lat, a 3 lata poświęciłem na pisanie i uzupełnianie książki Lincoln the Unknown (Lincoln nieznany). Jestem przekonany, że przeprowadziłem najdokładniejsze badania nad osobowością i żydem Lincolna, jakie tylko można było przeprowadzić.
Specjalną uwagę poświęciłem jego kontaktom z ludźmi. Czy pozwalał sobie krytykować innych? O, tak! Jako młodzieniec w Pigeon Creek Valley w Indianie nie tylko krytykował, ale również pisywał wyszydzające ludzi wiersze i listy, które zostawiał na drogach tak, aby na pewno je znaleziono.
Niejeden z nich spowodował urazę, która tliła się przez całe życie.
Nawet gdy rozpoczął praktykę adwokacką w Springfieid w Illinois, otwarcie atakował swoich przeciwników w listach publikowanych na łamach gazet. Raz jednak przebrał miarę.
Jesienią 1842 roku wyszydził próżnego i awanturniczego polityka nazwiskiem James Shieids. Opublikował w miejscowej gazecie anonimowy paszkwil. Miasto ryczało wprost ze śmiechu. Drażliwy i dumny Shieids wrzał z wściekłości. Dowiedział się, kto jest autorem listu, dosiadł konia, odszukał Lincolna i wyzwał go na pojedynek. Lincoln nie chciał się bić. Był przeciwnikiem pojedynkowania się w ogóle, jednak odmowa byłaby plamą na honorze. Miał prawo wyboru broni. Ze względu na swoje długie ręce wybrał pałasze i zaczął pobierać lekcje szermierki u absolwenta West Point. W wyznaczonym dniu spotkał się z Shieidsem na piaszczystej ławie Missisipi gotowy do walki na śmierć i życie. Jednak w ostatniej chwili sekundanci nie dopuścili do pojedynku.
Było to najtragiczniejsze wydarzenie w życiu osobistym Lincolna.
Okazało się bezcennym doświadczeniem w kontaktach z ludźmi.
Nigdy więcej nikogo nie wyszydził. Od tego też czasu niemal przestał krytykować.
Podczas wojny domowej Lincoln stawiał ciągle innego generała na czele armii Potomaku. Każdy z nich po kolei — McCIellan, Pope, Bumside, Hooker i Mea-de — popełniał straszliwe pomyłki, doprowadzając Lincolna do wściekłości. Połowa narodu gwałtownie potępiała niekompetentnych generałów, a Lincolnowi „bez złości do żadnego i z wyrozumiałością dla wszystkich” udawało się zachować spokój.
Z upodobaniem powtarzał: „Nie sądź, byś nie był sądzonym.”
Kiedy jego żona wraz z innymi ostro potępiała ludzi Południa, Lincoln niezmiennie odpowiadał: „Nie mów tak, w podobnych okolicznościach my bylibyśmy tacy sami.”A przecież nie mógł narzekać na brak okazji do krytykowania. Weźmy tylko jeden przykład.
Bitwa o Gettysburg toczyła się przez pierwsze trzy dni lipca 1863 roku. W nocy z 4 na 5 lipca, kiedy Lee zaczął wycofywać się na południe, z ciężkich chmur lunął na ziemię deszcz. Dotarłszy wraz ze swoją pokonaną armią nad brzeg Potomaku, Lee ujrzał wezbraną, niemożliwą do przejścia rzekę, a za sobą miął zwycięską armię żołnierzy Unii. Lee nie miał odwrotu, wpadł w pułapkę. Lincoln wiedział o tym. Oto Niebiosa zesłały wspaniałą okazję pojmania armii Lee i natychmiastowego zakończenia wojny. Pełen optymizmu Lincoln rozkazał generałowi Meade’owi natychmiast zaatakować południowców, bez zwoływania rady wojennej. Rozkaz wysłał telegraficznie, a niezależnie pchnął do Meade’a specjalnego posłańca z żądaniem natychmiastowego działania.
A co zrobił generał Meade?
Postąpił dokładnie wbrew rozkazom Lincolna. Zwołał radę wojenną, tym samym łamiąc jawnie polecenie. Odwlekał atak z dnia na dzień. Telegraficznie przekazywał rozmaite wyjaśnienia, aż wreszcie odmówił wykonania rozkazu. W końcu wody cofnęły się i Lee wraz z armią przeprawił się przez Potomac. Lincoln był wściekły.
— Co to ma znaczyć? — wykrzykiwał do swojego syna Roberta. — Wielki Boże, co to ma znaczyć? Mieliśmy ich jak na dłoni. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę i byli nasi. A jednak nie mogłem sprawić, by armia się ruszyła. W tych warunkach chyba każdy generał pokonałby Lee. Gdybym mógł tam być, wychłostałbym Meade’a własnymi rękami!
Gorzko rozczarowany Lincoln napisał list do Meade. A trzeba pamiętać, że w tym okresie Lincoln był skrajnie powściągliwy w wyrażaniu swych opinii na piśmie. List ów, pochodzący z 1863 roku, był szczytem nagany. A oto on:
Mój Drogi Generale!
Nie sądzę, aby zdawał Pan sobie sprawę z ogromu nieszczęścia, jaki spowodowała ucieczka Lee. Był on w zasięgu naszej ręki, a schwytanie go, wobec naszych ostatnich sukcesów, oznaczałoby koniec wojny. Teraz jednak wojna będzie się ciągnąć w nieskończoność. Jeśli nie był Pan pewien skuteczności ataku na Lee w ubiegły poniedziałek, jak dokona Pan tego teraz, gdy udając się na południe od rzeki weźmie Pan ze sobą najwyżej dwie trzecie sił, którymi dysponował Pan wówczas? Byłoby nierozsądnym oczekiwać, i wcale tego nie oczekuję, że zdziała Pan teraz wiele. Stracił Pan życiową szansę i jest mi z tego powodu bardzo przykro.”
Jak sądzisz, co zrobił Meade po przeczytaniu tego listu?
Otóż Meade nigdy nie otrzymał tego listu.
Lincoln nigdy go nie wysłał.
List znaleziono w papierach już po jego śmierci.
Wydaje mi się — i chyba jest to jedyne możliwe wyjaśnienie — że po napisaniu tego listu Lincoln wyjrzał przez okno i powiedział sobie:
„Chwileczkę! Może nie powinienem działać pospiesznie. Łatwo mi siedzieć w zaciszu Białego Domu i wydawać Meade’owi rozkaz do ataku. Gdybym jednak był pod Gettysburgiem i widział tyle krwi co Meade w ciągu ubiegłego tygodnia, gdybym na własne uszy usłyszał krzyki i jęki umierających i rannych, może też nie byłbym tak skory do ataku. Gdybym miał temperament Meade’a, może postąpiłbym tak jak on. Tak czy owak, teraz to musztarda po obiedzie. Jeśli wyślę ten list, ulżę tylko sobie i spowoduję, że Meade zacznie szukać usprawiedliwienia. To z kolei sprawi, że zacznie mnie obwiniać. Wywoła to jego sprzeciw, osłabi jego przydatność jako dowódcy, a może nawet doprowadzi go do rezygnacji ze służby w armii.”
Lincoln odłożył więc list, gdyż wiedział z doświadczenia, że krytyka i wyrzuty niemal zawsze prowadzą donikąd.
Teodor Roosevelt powiedział, że kiedy jako prezydent miał do rozwiązania trudny problem, zwykł siadać w fotelu i spoglądając na duży portret Lincolna, który wisiał nad jego biurkiem w Białym Domu, zadawać sobie pytanie: „Co zrobiłby Lincoln na moim miejscu? Jak on rozwiązałby ten problem?”
Kiedy w przyszłości podkusi nas, aby kogoś upomnieć, weźmy pięciodolarowy banknot, popatrzmy na wizerunek Lincolna i zapytajmy: „Jak Lincoln poradziłby sobie z tym problemem?”
Czy jest ktoś, kogo chciałbyś zmienić, poinstruować, ulepszyć?
Bardzo dobrze! Świetnie! Jestem za!
Ale dlaczego nie zaczniesz od siebie?
Z czysto egoistycznego punktu widzenia jest to o wiele bardziej korzystne niż próby ulepszania innych — i o wiele mniej niebezpieczne. „Nie narzekaj na śnieg na dachu twojego sąsiada, kiedy twoje własne schody nie są czyste” — przestrzegał Konfucjusz.
Nawet zupełnie pewni, że mamy rację, jeśli zechcemy obrazić kogoś tak, że będzie o tym pamiętał przez dziesiątki lat i nie wybaczy nam do śmierci — po prostu zafundujmy mu odrobinę jadowitej krytyki.
W kontaktach z ludźmi musimy pamiętać, że nie są to istoty kierujące się logiką. Mamy do czynienia z istotami powodowanymi emocjami, pełnymi uprzedzeń i dumy wynikającej z próżności.
Zjadliwa krytyka sprawiła, że Thomas Hardy, jeden z najlepszych powieściopisarzy, jacy kiedykolwiek pisali po angielsku, na zawsze zarzucił pisanie prozy.
Angielskiego poetę Thomasa Chattertona doprowadziła do samobójstwa.
Benjamin Franklin, całkowicie pozbawiony taktu w młodości, stał się takim dyplomatą, tak nauczył się obcować z ludźmi, że mianowano go ambasadorem we Francji.
Sekret jego sukcesu?
„Nie powiem źle o nikim, a będę mówił wszystko dobre, co wiem o każdym” — to była jedna z jego zasad.
Krytykować, potępiać i narzekać potrafi każdy głupiec — i większość głupców to robi.
Alę aby zrozumieć i darować, potrzeba charakteru i samokontroli.
„Wielki człowiek pokazuje swoją wielkość przez sposób, w jaki traktuje maluczkich” — powiedział Carłyle.
Słynny pilot oblatywacz Bob Hoover, często startujący w pokazach powietrznych, wracał kiedyś do domu w Los Angeles z pokazu w San Diego. Na wysokości trzech tysięcy stóp nagle przestały pracować obydwa silniki. Magazyn „Flight Operations” opisuje całe to zdarzenie. Dzięki zręcznym manewrom Hooverowi udało się wylądować i nikomu nic się nie stało, ale maszyna uległa całkowitemu zniszczeniu.
Pierwsze, co zrobił Hoover po lądowaniu awaryjnym, to sprawdzenie paliwa. Tak jak podejrzewał, śmigłowiec z czasów II wojny światowej, którym leciał, napędzany był paliwem odrzutowym, a nie benzyną.
Po powrocie na lotnisko zażądał spotkania z mechanikiem, który szykował samolot do startu. Ten młody człowiek był wręcz sparaliżowany strachem z powodu błędu, który popełnił.
Łzy nabiegły mu do oczu, kiedy zbliżał się Hoover. Przez niego przecież uległ zniszczeniu bardzo drogi samolot, a o mały włos nie spowodował śmierci trojga ludzi.
Możecie sobie wyobrazić złość Hoovera. Należało się spodziewać, że dumny i dokładny pilot zrobi piekielną awanturę za to niedopatrzenie. Jednakże Hoover nie zrugał mechanika. Nawet go nie pouczył. Zamiast tego położył swoją wielką rękę na ramieniu młodego człowieka i powiedział: „Ponieważ jestem pewien, że nigdy więcej tego nie zrobisz, proszę, abyś jutro przygotował do startu mojego F51.”
Zamiast potępiać ludzi spróbujmy ich zrozumieć.
Zastanówmy się, dlaczego robią to, co robią. To o wiele korzystniejsze i bardziej intrygujące niż krytykowanie.
To rodzi sympatię, tolerancję i uprzejmość.
„Rozumieć wszystko to wszystko wybaczyć.”
Jak powiedział dr Johnson: „Sam Bóg, proszę pana, nie każe sądzić człowieka aż do końca jego dni.”
Dlaczegóż więc ty czy ja mielibyśmy go sądzić?
ZASADA PIERWSZA: Nie krytykuj, nie potępiaj i nie pouczaj.
“Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” – DALE CARNAGIE
Piękny tekst, paru osobom bym go chętnie wysłała… szkoda, że ludzie są tak bardzo nieświadomi i nie potrafią dostrzec tego, ile zła wyrządzają innym samymi słowami…
Ascella, to może warto pójść za głosem, który Ci to podpowiedział? A może warto wysłać im po prostu ciepłe uczucie z serca? To może zdziałać cuda…
Tak, to drugie rozwiązanie mi się podoba
. I to chyba jedyne wyjście. Chociaż muszę przyznac, że czasami ciężko byc miłym i kochanym dla kogoś, kto raz Cię chwali, a raz okrutnie krytykuje… oszalec można :/.
Ludzie są tylko ludźmi i często wyrażają swoją opinię. Jeśli spróbujesz wzmocnić poczucie własnej wartości w jakiś sposób (przy pomocy medytacji, prawa przyciągania, afirmacji idt., mnóstwo na tej stronie znajdziesz pomocnych wskazówek), staniesz się niezależna od opinii kogokolwiek.
Agusia czy czasem nie jest tak, że Twoja własna nieświadoma opinia o sobie jest bardzo – mieszana? A inni, jak lustro, tylko ją odbijają?
Zind, a być może i tak jest
Jestem na dosyć początkowym etapie pracy z sobą/nad sobą, po prostu wiele niesamowitych wydarzeń spadło na mnie w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy, w tym też czasie trafiłam na stronę Zen (tzw. przypadek, hihi), pomaga mi to bardzo, pomagają mi rozmowy z ludźmi, czytanie książek. To, co piszę, to są najczęściej moje odczucia/wrażenia. Mam jakieś przeżycia z energiami, z obrazami, i jak na razie sama próbuję się w tym wszystkim połapać
Agusiu, a czy Ty jesteś całkowicie niezależna od opinii innych? Tak z ciekawości pytam:)
.
Tak, ja również czytałam De Mello, EckhartaTolle, Osho, Sissona, Byrne i wielu innych autorów i dzięki temu w mojej świadomości zaszły dość znaczące, pozytywne zmiany. Ale wiem jedno – książki swoje, a życie swoje.
Trzeba nieustannie pracować nad sobą, obserwować swoje reakcje, emocje, uczucia, starać się zrozumieć innych, a jeszcze na dokładkę odnaleźć w sobie pokłady życzliwości, zrozumienia, miłości… Czasami jest ciężko wykrzesać z siebie to wszystko. Muszę tu dodać, że należę do osób bardzo wrażliwych, skrytych i łagodnych, z sercem pełnym ideałów, ale nawet mi ciężko jest być zawsze silną, świadomą, kochającą i przebaczającą. To jeszcze nie ten poziom rozwoju, niestety
Kiedy czytam de Mello, to wszystko wydaje się łatwe i proste, do zastosowania od zaraz. Ale życie zaraz podsuwa jakąś osobę lub sytuację, która poddaje nas ciężkiej próbie. I wtedy powracają gniew, łzy, żal… Mądre rady z książek odsuwamy na bok, bo najpierw musimy sobie popłakać, chociaż przez chwilę…
Nie chodzi mi tutaj o to, że niemożliwe jest osiągnięcie stanu “niezależności od opinii innych”, ale raczej o to, że jest to droga bardzo ciężka, mozolna i wcale nie taka prosta…
A tak przy okazji, to konia z pozłacanym rzędem dla osoby, której się udało całkowicie uodpornić na krytykę i zdanie innych ludzi (albo piwo do wyboru ;D).
Ascella, nie twierdzę wcale, że jestem wolna od opinii innych, ale bardzo bym chciała. Podobnie, jak Ty, pracuję nad tym
Jest już znacznie lepiej, niż przed dwoma miesiącami np. Ale podobnie miewam lepsze i gorsze dni w tym zakresie. Życzę więc nam obu, i wszystkim, którym jest to do czegoś potrzebne, wytrwałości
i wolności
Ascella: “odnaleźć w sobie pokłady życzliwości, zrozumienia, miłości… Czasami jest ciężko wykrzesać z siebie to wszystko”
czasami trudno wykrzesać rzeczywiście, zwłaszcza, jeśli się usilnie próbuje i nastawia na wynik, ale czasami po fajnej medytacji to się pojawia niejako samo, jako rezultat, czy może skutek uboczny
Fakt, że nie jest łatwo zawsze być życzliwym i dobrze nastawionym do każdego, ale to jak reagujemy na innych, mówi wiele o tym jakie jest nasze wnętrze.
Czy jesteśmy pogodzeni ze sobą , czy skłóceni, te emocje manifestują się – przekładając na relacje z innymi.
Dlatego ja zawsze powtarzam, że usuwać chwasty trzeba nie poprzez ścinanie ich na powierzchni, czyli wciąganie na twarz miłego uśmiechu, tłumiącego w środku coś przeciwnego, ale przez rozpoczęcie rozplątywania tego węzła od samego centrum. Od naszego serca.
To w nas musi coś się rozświetlić, aby relacje z innymi, uległy rozświetleniu. Abyśmy mogli zaakceptować ich takimi jakimi są, czuć się przy każdym dobrze i bezpiecznie.
- Nie ze względu na to jacy są inni.
Ale ze względu na to jacy MY jesteśmy.
Brzmi jak czysta teoria, ale poddałam ją testowi przy więcej niż jednej okazji, i zawsze, jak dla mnie, okazywała się prawdziwa.
Ascella ma rację, obserwacja siebie, świadomość siebie, głęboka, szczera znajomość swoich wzorców jest tu BARDZO pomocna
Zenforest, mógłbym zamieścić ten fragment u siebie na blogu?
Midori, oczywiście, nie ja jestem autorką, tylko pan Carnagie.
Ja tylko wybierałam fragment i fotkę
Ale wiem że czasem też coś dodajesz od siebie, poza tym, poświęciłaś czas na wyszukanie fragmentu i go wklejenie/przepisanie/zeskanowanie na bloga.
Dziękuję:)
czy tekst w całości pochodzi z książki:
“Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” DALE’a CARNAGIE?
kochani, samo niekrytykowanie nic nie da, jak nie jestesmy wewnatrz “spokojni”: jak zachowujecie sie jak ktos was popchnie nic nie mowiac w tramwaju, w sklepie, na poczcie, itd?
i czy by unikac braku konfliktu, udajecie, ze nie widzicie nic zlego w cudzym zachowaniu, jak arogancki mlodzieniec?
znieczulica i patrzenie wilkiem to dzisiaj codziennosc, wina za to ponosi m.in TV.
udawanie ze sie nie widzi nic zlego, na pewno nie pomaga, jest nawet czyms gorszym niz faktyczne widzenie czegos zlego!
zaraz wyjasnie co i jak.
gdy ktos widzi cos zlego w takim zachowaniu, to ma do uzdrowienia tylko jeden problem, osadzanie rzeczywistosc, ewentualnie jeszcze napinanie sie z tego powodu
gdy ktos udaje ze nie widzi nic zlego, to znaczy ze ma dodatkowy problem z osadzaniem… swoich wlasnych osadow
i to jest ta extra warstwa wypierania
na dodatek niezle ubiera w piorka ego bo mysli: ja jestem lepszy, ja tak sie nie zachowuje
najpierw trzeba przyznac przed samym soba ze faktycznie widzimy cos zlego, a jesli widzimy to czemu tak to oceniamy
(zwykle dlatego ze “nasz” interes jest zagrozony w jakims aspekcie!(sic!), nie dlatego ze cos jest obiektywnie zle! a szczerosc wymaga by to przyznac )
dopiero potem mozna wlaczyc w to zrozumienie calej sytuacji w szerszym aspekcie