marzec 9, 2008...12:06 przed południem
Benedyktyn, demony i Zen

W. Jager -“Fala jest morzem”
Fragment książki znanego niemieckiego - kontrowersyjnego benedyktyna, będącego zarazem (jako Ko-un Roshi) mistrzem Zen w tradycji Sanbô-Kyôdan.
—————————————————————————————————————
To, co dziś nazywamy energiami psychicznymi, nazywało się w dawnych czasach demonami. W swoich książkach sięga Ojciec do wyobrażeń o demonach i stara się nadać tym wyobrażeniom nowy sens. Dlaczego?
Demony, cienie, diabły, potwory — mamy wiele nazw na ten kompleks, który spotykamy u wszystkich ludzi, nawet u Jezusa. Wystarczy przeczytać opowieść o kuszeniu (Mt 4,1-11). To nie przypadek, że ta historia rozgrywa się na pustyni. Pustynia jest kwintesencją duchowej izolacji. Każdy, kto idzie drogą kontemplacji, idzie „na pustynię” i tam konfrontuje się ze swoim cieniem. Ewagriusz z Pontu, mnich z IV wieku, który pisał wiele o duchowości mnichów na pustyni, potrafi opowiadać o demonach dręczących człowieka idącego w samotność: „Musisz być na to przygotowany, że demon, który odejdzie od ciebie po lewej stronie, powróci po stronie prawej”. Chodzi o to, że na drodze duchowej psychiczne trudności pojawiają się w świadomości i trwają tam z uporem.
Skąd się biorą te demony?
Demony lub cienie są odwrotną stroną naszej świadomości. To urazy z dzieciństwa lub stosunków partnerskich tudzież lęki i depresje rozmaitego pochodzenia. Te stany psychiczne są często wypierane ze świadomości, są przez nasze ego odszczepiane. Odszczepiony jest dosłownym tłumaczeniem greckiego słowa daimon. Nasuwa się, zatem przypuszczenie, że pierwotnie dość dobrze wiedziano, z czym się ma do czynienia, gdy się mówi o demonach. Z tym, co dziś psychologia nazywa elementami neurotycznymi. Gdy te wyparte elementy pojawiają się skoncentrowane w świadomości, może rozgorzeć walka. Personifikujemy je w postaci demonów. Z dna duszy mogą się wtedy wyłaniać rzeczywiście straszne obrazy zwierząt i potworów. Takie bestiarium znamy z wielu obrazów, które pokazują świętego Antoniego na pustyni. Zawsze chodzi o wizje tego, czego my w nas samych nie możemy zaakceptować - co demonizujemy. Tym się tłumaczy niezwykła upartość demonów. Są one częścią nas, której próbujemy się pozbyć. I tym mniej się pozbywamy, im zacieklej staramy się ją pokonać.
Te „diabolizacje” projektuje się nie tylko na potwory i istoty baśniowe. Wydaje się, że częściej kierowane są one na zewnątrz, na realnych ludzi.
czas. ——————————————Czytaj Dalej :
Faktycznie. Nasze ciemne strony projektujemy na zewnątrz: na inną płeć, rasę, kulturę, religię, Żydów, pogan, nazistów, obcokrajowców. Tym samym „diabolizujemy” w innych to, co powinniśmy rozpoznać jako część nas samych. Niestety, taka diabolizacja jest także możliwa na płaszczyźnie religijnej. Wtedy różnica między materią a duchem, między ciałem a świadomością, między człowiekiem a Bogiem staje się przepaścią nie do pokonania. Ciało, seksualność, radość przyrody i życia są demonizowane i uznawane za diaboliczne. Tak zaczyna się religijny fanatyzm. Powstaje on w religii zawsze wtedy, gdy brak w niej miłości. Wiara bez miłości - wiara, która nie chce widzieć swojego cienia i przyjąć go, staje się fanatyzmem. C.G. Jung powiada, że projekcja na zewnątrz nadaje otoczeniu nasze nieznane nam oblicze. Wtedy zawsze inni są źli. Zadanie polega na tym, żeby te projekcje wycofać, w nas samych poznać „zło” i „negatywność”, a potem zintegrować je z naszą świadomością. Musimy, zatem dokonać czegoś prawie niemożliwego. Spojrzeć na siebie z boku, ażeby zło, które widzimy na zewnątrz i w innych, rozpoznać w nas samych.
Dusza, zamiast projektować cień na zewnątrz, tworzy wizje i demony, które przypominają świadomości — niejako wewnętrznie — ojej stłumionych aspektach. To, co zostanie zobiektywizowane, da się łatwiej włączyć do własnego życia.
Tak właśnie jest. Demonów nie wolno tłumić. Im bardziej bronimy się przed nimi, tym większą moc mają nad nami. Zamiast się bronić, powinniśmy zaakceptować je jako część nas samych i być świadomymi ich obecności. To nie znaczy, że musimy te ciemne strony realizować. Wystarczy przyznać i zaakceptować, że istnieją, by nie dać się im owładnąć. „Tybetańska Księga Umarłych” nie mówi o niczym innym. Wyjaśnia, jak może udać się umierającemu pojednanie między okropnymi a przyjaznymi demonami, które zdobią drogę umierania. Jego zadaniem jest przechodzenie spokojnie obok jednych i drugich, ponieważ pozostanie wśród nich pociąga za sobą reinkarnację.
A do tego spokoju dochodzi się na drodze duchowej?
Powinno się dojść. W każdym razie prowadzi ona do stawienia czoła mrocznym stronom naszej psychiki. Na moich kursach nie spotkałem jeszcze nikogo, kto w czasie siedzenia nie zostałby skonfrontowany z tym wszystkim, co wyparł. Stawiamy pierwszy krok, gdy poznamy swój cień. Wtedy możemy go włączyć w rozumienie siebie. Z czasem pozwalamy mu się stać naszym pomocnikiem na drodze duchowej.
Co to konkretnie znaczy dla praktyki duchowej?
To znaczy, że zachęcam uczestników kursu do ofensywnego obchodzenia się z tym, co się w nich pojawia w czasie siedzenia. Nic nie jest tłumione. „Przyjrzyj się, zaakceptuj, pozwól odejść. Nie oceniaj!” Niekiedy nawet radzę: „Porozmawiaj z pojawiającymi się obrazami, zapytaj je, co chcą ci powiedzieć! Zaprzyjaźnij się ze swoim lękiem i z gniewem! Należą do ciebie! Są energią życiową. Nie odcinasz palców u stóp, jeśli cię bolą. Przyjmij swój smutek i przestań się z nim zmagać. Nie czyń z niego czegoś specjalnego. Należy do ciebie. Przyjrzyj się mu, i powróć do swojego ćwiczenia!”. Smutek może być dobrym punktem wyjścia do ćwiczenia. To samo odnosi się do lęku: „Nie wiesz, skąd pochodzi i gdzie się skrywa. Ale jest obecny. Powiedz mu »tak«. Powiedz: »Tak, boję się«. Włącz go do ćwiczenia. I pozwól, żeby się tam zatopił”. My ćwiczymy czystą obserwację, czystą uważność, bez oceniania, bez opętania. Emocje i lęki muszą zostać porządnie przeżyte. Bez komentarza, bez kontynuacji, bez wykrzywiania, bez tłumienia. Emocje są jak chmury, które ciągną po błękitnym niebie. Przejściowo je zaciemniają, potem jednak znikają z pola widzenia.
Decydująca wedle tego jest zdolność do nie utożsamiania się z lękami, emocjami, urazami itp.?
Nie utożsamianie się z naszymi stanami uwalnia od przywiązania do ego i otwiera na naszą prawdziwą istotę. Umiejętność ta nie ma nic wspólnego ze stłumieniem. Chętnie porównuję emocje, nastroje, myśli i wydarzenia z burzą na oceanie. Cóż obchodzi ocean, że na Biskajach szaleje burza? Trzeba poczekać, aż minie. Im mniej się z nią utożsamiamy, tym mniejszą ma siłę. To nie znaczy, że już nic nie czujemy. To znaczy tylko, że pod wszystkimi wzburzeniami naszej psychiki kryje się pokład, który pozostaje nienaruszony. Emocje nas nie pochłaniają. Nie gnają nas. Są przekształcane. Przychodzi spokój.
4 Comments
marzec 9, 2008 at 12:23 pm
Ten sam model oferuje huna z jej symbolicznym poziomem rzeczywistości.
Pozdro!
Wojtek
marzec 9, 2008 at 9:48 pm
Jak widać do pewnych rzeczy po prostu intuicyjnie się dochodzi, nie ważne w którym miejscu na świecie i w której kulturze.
marzec 10, 2008 at 12:49 przed południem
Facet rozumie i widzi wiecej niz niejeden hierarcha z samego szczytu KrK.
marzec 18, 2008 at 5:26 pm
No tak … „Ten widzi najdalej, który zbudował sobie najwyższą piramidę czaszek” [autora nie pomnę, kto chce niech poszuka, ale fajna to aluzja i do Golgoty zarazem] … trochę szkoda jednak, że Cień facet rozumie bardzo jednostronnie, że ów rzeczoną odwrotność naszej psychiki łączy tylko z demonizmem, zapominając o jej anielskości. Nużyć już chyba dziś winno kładzenie nacisku na to, że winniśmy się głębinach siebie spodziewać najgorszego, jakoby lochy naszej nieświadomości nie były lochami dla aniołów … Zapomina się w tych powyższych akapitach, że o ile grecki [sokratejski] daimonion to w istocie rubież świadomości, to jednak bliżej mu do milczącego głosu sumienia względem naszych etycznych rozważań niż do demona. Demonizacja tej filozoficznej kategorii to zabieg późniejszy, zdaje się, że chrześcijański.
Freud, Jung [ten drugi odczytywany przez pierwszego], powrót wypartego, przymus powtarzania … modny psychoanalityczny miks … w istocie, rubież świadomości to to, co kiedyś było jej domem, sfera Innego, ekran dla projekcji i lustro zarazem … no spoko, czaję, ale czy momenty najwspanialszych naszych olśnień nie mogą być powrotem wypartego, zwłaszcza gdy mamy uczucie, że przecież zawsze to coś olśniewającego wi(e)dzieliśmy, przeczuwaliśmy i.t.d. i.t.p. Mówię tu o tym, że Innego nie tylko się diabolizuje. Zastanawiałem się też kiedyś nad tym, co jest wypierane podczas powrotu wypartego i co się z tym później dzieje i niczego nowego w sumie nie wymyśliłem, ale pomysł mi do głowy przyszedł, skoro te psychodynamiczne modele zakładają – sztucznie nieco - pewną ograniczoność pojemnika świadomości, no i tak sobie nim rzucę i tutaj, może coś wyprze
Leave a Reply