Depresja. Jak sobie z nią radzić?

2008 maj 30

Wszyscy doświadczamy bólu fizycznego i emocjonalnego. Na przykre wydarzenia możemy reagować w różny sposób; niektóre metody prowadzą do uzdrowienia, inne dają początek procesom, które nasilają cierpienie emocjonalne, uniemożliwiając wzrastanie i odzyskiwanie sił.

Ból emocjonalny można porównać do bólu fizycznego. Jeśli się przewrócisz i zranisz skórę na kolanie, możesz grubo obandażować ranę, żeby uniknąć zakażenia. Gdy po kilku tygodniach zdejmiesz bandaż, przekonasz się, że rana wcale się nie zagoiła, lecz wygląda gorzej niż zaraz po wypadku. Ranę trzeba chronić, ale trzeba jej też zapewnić dostęp powietrza, żeby mógł się uformować strup.

Podobnie jest z ludźmi, którzy w reakcji na traumatyczne wydarzenia emocjonalne zaprzeczają swoim uczuciom lub wypierają je ze świadomości. Zdarza się, że ktoś postępuje tak po śmierci bliskiej osoby. W rodzinie zawsze znajdzie się ktoś, kto nie okazuje smutku, bo woli wypierać nieprzyjemne uczucia. Taki człowiek może myśleć: „Trzeba być silnym i zająć się pogrzebem… Ktoś musi być oparciem dla innych”.

Niestety, często chwalimy takie osoby za ich siłę: „On doskonale daje sobie radę. Jest twardy jak skała”. Innym powodem, dla którego ludzie wypierają żal, jest strach przed tym, że ból okaże się nieznośny. To zrozumiałe i nie muszę tego tłumaczyć.
Czy wypieranie żalu lub zaprzeczanie mu jest złe? Wypieranie uczuć pomaga na krótko. Wewnętrzny ból nie znika, za to -jak grube

bandaże na świeżej ranie – utrudnia powrót do zdrowia. Ludzie, którzy nie chcą przeżywać żalu, zwykle tylko przedłużają okres rekonwalescencji. Wewnętrznie dhiżej niż inni boleją nad poniesioną stratą, są bardziej zagrożeni chorobami somatycznymi i często popadają w depresję. Wypieranie bolesnych uczuć w niczym nie pomaga.

Wróćmy do naszego przykładu ze zranionym kolanem. Możesz je zostawić nieobandażowane i narazić się na to, że kiedy rana zacznie się goić, znów się przewrócisz i zranisz albo zedrzesz strup. Za każdym razem, kiedy uszkodzisz strup, powstanie nowa rana, która będzie się musiała zagoić. Co gorsza, może dojść do infekcji.

W życiu emocjonalnym jest podobnie. Sami się ranimy. Robimy to dość często, chociaż zwykle nieświadomie. Jak to możliwe? Możemy na przykład narażać się stale na te same, bolesne sytuacje. Tak jest z kobietą bitą przez męża. Mąż jest wobec niej okrutny, poniżają i lekceważy, a ona ciągle do niego wraca, mimo cierpienia, na które się przez to naraża.

Drugim często spotykanym sposobem ranienia siebie jest kultywowanie negatywnych i samokrytycznych myśli. Specjaliści w zakresie zdrowia psychicznego odkryli bardzo powszechny i niezdrowy proces, który zwykle pojawia się na wczesnym etapie choroby depresyjnej. Człowiek zaczyna bardzo negatywnie postrzegać świat i siebie samego; widzi tylko swoje ograniczenia i braki. Świat jest czarny, przyszłość ponura, na siebie patrzy zbyt krytycznie. Mężczyzna, którego opuściła żona, robi sobie wyrzuty:
„Jestem przeklętym głupcem!
Co ze mną jest?
Zniszczyłem małżeństwo i całe swoje życie.
Jestem do niczego, nikt nie ma ze mnie żadnego pożytku.
Nic nie umiem zrobić dobrze”.
Nie dość, że cierpi z powodu odejścia żony, to jeszcze sam siebie karze i upokarza. Osoba pogrążona w depresji może nie być świadoma tych negatywnych myśli, ale one bardzo nasilają emocjonalny ból. (W dalszych częściach tego rozdziału napiszę o tym nieco więcej).
Zachowania, które przeszkadzają w odzyskaniu równowagi emocjonalnej
1. Wypieranie bolesnych uczuć lub zaprzeczanie im.
2. Robienie sobie krzywdy przez:
a) ciągłe narażanie się na te same, bolesne sytuacje,
b) nadmiernie negatywne i samokrytyczne myśli.

Co możesz zrobić, żeby pielęgnować zdrowie psychiczne? Ludzie, którym się udało przetrwać bardzo trudne chwile, twierdzą, że pomogło im sześć rzeczy:

Po pierwsze byli przekonani, że ból jest normalną reakcją. Jedna z moich pacjentek, opuszczona przez męża, ujęła to bardzo trafnie: „To cholerny ból, a ja nie lubię smutku, ale to przecież normalne, że się tak czuję, bo zależało mi na tym człowieku”.

Po drugie pozwalają sobie na te normalne, ludzkie uczucia. Wiele osób myśli: „Już dawno powinnam się z tym uporać”, „Nie powinienem pozwalać, żeby to tak bardzo bolało”, „Mam ochotę płakać jak dziecko”, „Muszę być silny” i podobnie. Tacy ludzie doświadczają uczuć, ale nie chcą się do nich przyznawać, wypierają je ze świadomości, często myślą o sobie krytycznie („Co mi jest? Jestem taka słaba”).

Ludzie, którzy dobrze znoszą bolesne doświadczenia, dają wyraz swoim uczuciom. Psychologowie nie wiedzą, dlaczego tak się dzieje, ale faktem jest, że wyrażanie bolesnych uczuć jest zdrowe, szczególnie kiedy możemy opowiadać o swoich emocjach osobie, która nas słucha, której na nas zależy i która nas nie osądza. Przyjaciele mówią czasem: „Będzie dobrze. Wszystko się jakoś ułoży Dasz sobie radę”. Mają dobre intencje, ale w ich słowach kryje się sugestia, że nie powinniśmy płakać ani się smucić. Zaprzeczanie uczuciom w niczym nie pomaga, przeciwnie, przeszkadza w ich wyrażaniu i w odzyskiwaniu ró-wnowagi.

Ogromnie ważne jest utrzymywanie kontaktu z przyjaciółmi i z członkami rodziny, którzy umieją nas wesprzeć. Kiedy próbujesz leczyć emocjonalne rany, nie powinieneś myśleć o tym, że musisz być dzielny i samodzielnie dać sobie radę ze wszystkim.

W leczeniu emocjonalnego bólu pomaga trzeźwa ocena rzeczywistości. Trzeba odważnie spojrzeć na swoje życie, na siebie samego, na to, co pozytywne i co negatywne. Wiele osób uczy się wyrażać swoje uczucia i zachowuje realistyczną ocenę rzeczywistości dzięki prowadzeniu dziennika. Warto przelewać na papier najgłębsze emocje (suche opisywanie faktów nie pomaga, lepiej jest pisać od serca).

Szóstą rzeczą, która pomaga w odzyskaniu równowagi, jest zaangażowanie się w rozwiązywanie problemów. W chwili głębokiej żałoby lub rozpaczy często jest to trudne, ale warto się zmobilizować. Przykładem może być mężczyzna, który ma za sobą bolesny rozwód. Jest smutny, bo jego małżeństwo się rozpadło, tęskni za żoną, ale nie zamyka oczu na fakty, na to wszystko, co się w jego życiu zmieniło, i pozwala sobie na odczuwanie i wyrażanie smutku.
„Jestem bardzo smutny, ale muszę żyć dalej i chcę myśleć o tym, co powinienem zrobić, żeby się pozbierać. Wiem, że dużo czasu będę teraz spędzał samotnie. Będę się musiał nauczyć żyć z bólem i z pustką samotności, ale chcę szukać czegoś, czym będę się mógł zajmować wieczorami”. Planując spotkania z przyjaciółmi i krewnymi, angażując się w działalność kościoła, mężczyzna zaczyna się zmagać z problemem samotności.

Działania, które ułatwiają odzyskanie wewnętrznej równowagi
1. Uznanie faktu, że ból jest normalną reakcją emocjonalną.
2. Pozwolenie sobie na odczuwanie normalnych uczuć.
3. Wyrażanie uczuć (rozmawianie o nich przynajmniej z jedną osobą).
4. Utrzymywanie kontaktu z przyjaciółmi i krewnymi, którzy umieją nas wesprzeć.
5. Utrzymywanie realistycznego spojrzenia na życie i na własną osobę (często pomaga w tym prowadzenie dziennika).
6. Angażowanie się w rozwiązywanie problemów w taki sposób, by możliwy był powrót do zdrowia.

John Preston – Pokonać depresję.

Powiązane posty:

Koniec cierpienia – inspirujące cytaty z Thich Nhat Hanh

Bądź wolny! – inspirujące cytaty E. Tolle

Czy istnieje dobra samotność?

Szczęscie w zasięgu ręki

Cierpienie może być najcenniejszą lekcją – historia Dana

Przyczyny cierpienia wg filozofii hinduskiej

Czy wiesz dlaczego cierpisz?

Odpowiedzi: 46 leave one →
  1. 2009 marzec 12
    flame permalink

    noo obrazki zaiste zawsze są piękne ^^.

    a co do tekstu… uważam że są to bardzo przydatne informacje, ale niestety w stanie wielkiego smutku bardzo ciężko zastosować. Teoria a praktyka to duża różnica jednak ;)

    poza tym zawsze myślałam że depresja to choroba, którą pokonuje się tabletkami. Doktor mówił, że to nie od nas zależy ten “przedłużający się zły nastrój” czasem nawet niczym nie sprowokowany, i właśnie leki pomogą nam dojść do równowagi, oczywiście z czysto medycznego punktu widzenia.

  2. 2009 marzec 12

    Prawda, że łatwo czytać o pokonaniu depresji na papierze, a gdy doświadcza sie głębokiego, wszechogarniającego przygnębienia, niechęci do życia, zmęczenia życiem, frustracji, etc….to wszystko co napisano o radzeniu sobie z depresją wydaje sie płaskie, śmieszne a nawet drażniące.

    Poza tym o wiele łatwiej jest spadać (w depresję, czy z górki :) )
    niż się z niej wydostawać (czy też mozolnie wspinać), prawda?
    Kalkulacja ego jest bardzo wygodna.
    Po co mam robić coś, wysilać się, skoro tak “źle” się czuję.
    Kiedy źle się czujemy fizycznie – dostajemy L4 i leżymy w łóżku.
    Umysł działa podobnie.
    “Nie staraj się nic zmienić, to takie męczące…”
    “to bez sensu…chcę tylko leżeć, chcę się chwilę pomartwić, tylko chwileczkę! maleńką!…”
    Brzmi znajomi?

    Dlatego ja gdy doznaję przypływu gorszego humoru, zwykle pozwalam mu być we mnie, eksploruję go.
    Nie robię nic WBREW sobie.
    Swego czasu stosowałam nawet taktykę kładzenia sie do łóżka i potęgowania tych emocji, przez płakanie i świadome, użalanie się nad sobą, wynajdywałam coraz nowe argumenty jaka to jestem nieszczęśliwa itp
    Takie podkręcanie tych emocji, powodowało, po przekroczeniu pewnego progu, odczucie absurdu i nierealności mego problemu.

    Wszystko to robiłam wiedząc – WIEDZĄC, że to tylko emocje, które prędzej czy później odpłyną jak chmury.
    Ważne to nie dać się im totalnie skonsumować, zjednoczyć się z nimi, tak że nie wiemy już nic oprócz tego, że cierpimy.

    Trzeba zawsze wiedzieć : cierpię, ale poza tym – istnieję. Świadoma.
    Cierpienie jest we mnie obecne, nie wypieram go, nie niszczę, nie staram się pokonać.
    Pozwalam mu być ale na moich warunkach.
    A te warunki to : świadomość cierpienia. To wszystko. Po jakimś czasie, siła emocji zdaje sie ustępować. Oswajam te emocje.

    To przypomina odcięcie generatora prądu. Gdy Świadomość jest cały czas włączona, pochłania cześć energii. I znane z książek Tolle “ciało bolesne”, nie ma się już czym karmić. Po jakimś czasie negatywne emocje słabną i odpływają.

    W każdym razie …. na mnie to działa. :)

  3. 2009 marzec 12

    Cóż depresja. Sam akurat jestem w takim momencie który można nazwać stanem depresyjnym a ma to związek min. ze związkiem który zakończyłem ponad rok temu był po kilku miesiącach krótkotrwały powrót tej kobiety do mojego życia ale zakończył się w dość dramatycznych okolicznościach. Kłamstwa oszustwa. Była nawet policja. To tylko utwierdziło mnie w słuszności podjętej rok temu decyzji. Bo do tanga trzeba dwojga. W sumie traktuję to wszystko jako inspirację do rozwoju wznoszenia swej świadomości. Mimo odczuwanego bólu który czasami tak powala że jedyne co mogę zrobić to położyć się właśnie do łóżka. Nie poprzestaję jednak na tym. Robię to co mogę w danej chwili. Czytam słucham muzyki. W jakiś sposób idę do przodu choć często też upadam ale podnoszę się. Min. trafiłem w ten sposób na blog Zen :)
    Stosuję na swój sposób punkty podane powyżej. Może po za jednym. Nie mam na dzień dzisiejszy Przyjaciół. mam kilku znajomych ale nie przyjaciół. Przestałem już rozmawiać z tymi znajomymi. Bo ileż można rozmawiać z kimś kto cię nie rozumie a nawet nie słyszy?
    Pozostała na razie samotność którą staram się zaakceptować choć nie zawsze to łatwe.
    Napisałem ostatnio do kobiety która pisze że zajmuje się “rozwojem duchowym” zobaczę co z tego wyniknie. Kiedyś już tak pisałem do kogoś “duchowego” pisałem szczerze i otwarcie. Cóż bez odzewu. OK mógłbym pisać tak długo nawet całą książkę :)

    p.s. Zen jeszcze raz wielkie dzięki za blog który jest jak mówię pełen kierunkowskazów, każdy może wybrać swój kierunek :)

  4. 2009 marzec 12

    Nie sztuką jest stać na brzegu i mówić dasz radę albo udzielać rad jak płynąć. Sztuką jest skoczyć do tej samej rzeki i pokazać że można lub wesprzeć.
    Myślę że najlepszym sposobem pomocy w takiej sytuacji jest bycie z taką osobą. Tylko być albo aż być.

    Orędzie serca

    We śnie
    szedłem brzegiem morza
    z Panem,
    oglądając na ekranie nieba
    całą przeszłość mego życia.
    Po każdym z minionych dni
    zostawały na piasku dwa ślady
    - mój i Pana.
    Czasem jednak widziałem tylko jeden ślad odciśnięty w najcięższych dniach mego życia.
    I rzekłem:
    “Panie, postanowiłem iść zawsze z Tobą, przyrzekłeś być zawsze ze mną;
    czemu zatem zostawiłeś mnie samego
    wtedy, gdy było mi tak ciężko?”
    Odrzekł Pan:
    “Wiesz, synu, że cię kocham
    i nigdy cię nie opuściłem.
    W te dni, gdy widziałeś tylko jeden ślad,
    Ja niosłem cię na moich ramionach”

  5. 2009 marzec 12
    filip permalink

    To wszystko prawda co piszecie, ja w swoim życiu przeżyłem wiele trudnych chwil związanych z relacjami zarówno z rodzicami, dziadkami oraz z dziewczynami. Czasem z jednego bolesnego doświadczenia przechodziłem w drugie.
    Pamiętam jak mnie wtedy wkurzały wszystkie próby pocieszenia a nawet racjonalne porady. Czasem trzeba coś po prostu przeżyć, zintegrować to, doświadczyć w pełni. Można próbować mówić: NIE temu przygnębieniu, ale to nigdy nie działa. To tylko je chwilowo wypiera. Dlatego jeśli pojawia się depresja, to trzeba stanąć na wprost niej i objąć ją. Zrozumieć ją. Widzę w tym szanse na to, że jej “nawroty” będą już słabsze. O ile oczywiście wyniesiemy z tego jakieś lekcje ;)

  6. 2009 marzec 12
    Shadow permalink

    Hmm, a po czym poznać, że trafiło się do dobrego psychologa? Jeśli n.p. dajmy na to jest problem z “otworzeniem” się przed psychologiem, czy jest to równoznaczne z tym, że to nie jest dobry specjalista? Psychoterapia to przecież proces, w którym nie od razu musi być zauważalna poprawa.. więc kiedy można stwierdzić, ze psychoterapia działa, że ma sens? Pozdrawiam (:

  7. 2009 marzec 12
    Zind permalink

    @Shadow
    Zanim zaczniesz otwierać sie przed psychologiem, i mówić mu prawdę o tym co czujesz, wróć najpierw o krok do tył i pomyśl:
    Czy kiedy jesteś sam ze sobą, to umiesz sobie powiedzieć np. :
    -Powiedziałem jej coś miłego, ale naprawdę chciałem przez to coś osiągnąć dla siebie, nie byłem szczery
    -Skrytykowałem go, ale naprawdę czułem się zagrożony, więc musiałem go zneutralizować
    -Okazywałem zły humor, tylko dlatego, że nie poświecono mi należytej uwagi
    -Obraziłem się, bo moje ego zostało zranione, i chciałem by wszyscy zobaczyli jak bardzo jestem urażony, aby na przyszłość wiedzieli, że to się im nie opłaca
    -Nabijałem się z nich, ale naprawdę nie chciałem do siebie dopuścić tego, że nie czuję się bezpiecznie i boję się utraty pozycji w grupie

    To są tylko przykładowe sytuacje.
    Umiejętność boleśnie szczerej rozmowy ze swoją podświadomością, to jest cecha którą posiada może jedna osoba na 1000. A pewnie i mniej.
    Ile razy łapałem się na tym, że sam sie usprawiedliwiałem, i to na naprawdę głębokim poziomie. Ile razy okazywałem złe humory, tylko dlatego, że ktoś nie zrobił czegoś tak jak tego chciałem i go w ten sposób ~karałem~.
    Ile razy wychodził ze mnie kapryśny rozpieszczony chłopiec, który musi mieć teraz-zaraz-to co chce, albo —Już ja wam pokaże!

    Naprawdę często wydawało mi się, że moje intencje są czyste jak kryształ. Zapytany wprost, odpowiadałem zgodnie z tym moim powierzchniowym przekonaniem i dlatego nikt nie mógł mi pomóc, a też otarłem się o różnych pedagogów. (W czasach moich licealnych)
    Najpierw, trzeba nauczyć się szczerości wobec siebie i akceptacji swojego cienia, swojej mroczniejszej, mniej fajnej połówki.
    Nie wstydzić się o niej mówić, nawet jeśli postawi to nas przed oczami psychologa w pozycji, powiedzmy, mało ciekawej. (A czasem nawet własnymi oczyma!) :)
    Nawet jeśli pokaże to naszą słabość! Rozbije wyidealizowane wyobrażenie o samym sobie! Ego warto schować do kieszeni jeśli chce się naprawdę zrozumieć samego siebie.
    I uzdrowić. Bo prawdziwe problemy wypływają właśnie z tej głębszej warstwy, a nie z tej powierzchniowej, życzeniowej. Dlatego warto kopać! :)

  8. 2009 marzec 13
    orion permalink

    To co napisałam o wychodzeniu z lęku może brzmieć jak dyrdymały, ale to była moja droga i dla mnie skuteczna.

    Nie opisywałam tu stanu gdy zawisły i wisiały nade mną czarne chmury, kiedy nie wiedziałam co dalej, kiedy nie widziałam sensu niczego, kiedy nie chciało mi się żyć, kiedy czułam się bezradna gdy mój syn był w depresji (totalne zaszycie się w domu, zero kontaktu z otoczeniem, nie wychodzenie z domu),
    kiedy zaszywałam się w łóżku; nie był to jednak taki stan całkowitego pogrążenia się jak w przypadku mojego syna.
    Terapeuta do którego chodziłam, kiedyś zapytał mnie czy mam coś takiego w sobie na czym mogłabym się oprzeć.
    Zaczęłam szukać, ale niczego takiego we mnie nie było uważałam się, za osobę do niczego, że z niczym sobie nie poradzę, zakompleksioną; znacie ten stan?

    Teraz mam coś takiego takie oparcie w samej sobie – to przyszło z czasem, można powiedzieć, że przyszło samo, ma jednak dobre podstawy bo opiera się na zdobytych doświadczeniach – na prawdzie o sobie.

    Każdy z nas ma inną drogę inne rzeczy przepracowuje, jednak jest punkt w którym się spotykamy – ból duszy.

    Nikt tego nie zrozumie, kto tego nie przeżył na własnej skórze.

    W tych ciężkich chwilach nie zaszyłam się całkowicie, chodziłam do pracy, itd., ale gdy mnie dopadał zły nastrój pozwalałam sobie po pracy na nic nierobienie i gdy mojemu synowi się to nie podobało mówiłam, że jestem silną kobietą, ale nie siłaczką; mam prawo źle się czuć, mam prawo być zmęczona, mam prawo do tego, że nic mi się nie chce, mam prawo być chora, a najchętniej to bym umarła.

    Takie rzeczy mówić dziecku w depresji – powiedziałabym wyrodna matka, ale wtedy tak się czułam. To była chyba terapia wstrząsowa; mój syn zaczął ze mną rozmawiać o tym co czuje i po jego zachowaniu widać, że dotarło do niego iż druga osoba może czuć to, co on czuje.

    Na ten blog trafiłam, gdy poszukiwałam rozwiązań jak rozmawiać z osobą w depresji, zmagając się ze swoimi stanami lękowymi, obawami, zamartwianiem się.

    Pamiętam jak przeczytałam jakiś artykuł i śmiałam się mówiąc na głos to otulam się lękiem, staję się nim(artykuł nie był o lęku); i wówczas stało się coś takiego, że oswajałam się z tą emocją, przyglądałam się jej we mnie, śmiałam się w głos mówiąc do niej – kocham cię – jeszcze dzisiaj wywołuje to uśmiech na mojej twarzy.
    Wiem, czym jest lęk, znam tą emocję – już się jej nie boję – nie paraliżuje mnie.
    Zmierzyłam się z tą emocją, stanęłam twarzą w twarz; jej siła prysła jak bańka.
    Nie raz jeszcze będę odczuwała różne stany obaw ale ja już wiem czym są.

    Rozmawiałam nie dawno ze znajomym, który wrócił do kraju – bardzo się z tego cieszę (egoistka ze mnie).
    Jest psychologiem klinicznym (jeżeli czegoś nie pokręciłam) – to on wskazywał drogę, światełko w ciemnym tunelu – mojemu synowi. Przyjeżdżał do domu – gdyż mój syn nie był w stanie wyściubić nosa poza swój pokój.

    Psycholog, do którego wcześniej chodził nie rozumiał tego, że syn nie jest w stanie zmobilizować się by wyjść z domu, po prostu nie umiał do niego dotrzeć w momencie gdy syn pojawiał się nieregularnie w jego gabinecie, miał o to do niego pretensje(sam psycholog mi to mówił, a dla mojego syna było dużym wysiłkiem pojawienie się w jego gabinecie).
    Proponowałam zmianę psychologa na mojego znajomego, który zaproponował pomoc.
    Bardzo długo trwało zanim syn zdecydował się.
    Powiedziałam, że psychologa obowiązuje tajemnica, że nie powtórzy mi niczego, a on powinien być z nim szczery do bólu i jeżeli coś mu nie pasuje w naszych relacjach to bez obaw może mu to powiedzieć.

    Mój syn przez ostatnie dwa lata bazował na sesjach odbytych wcześniej – teraz panowie znów się spotkają.
    Mój syn wykonał gigantyczną pracę z samym sobą; po jego zachowaniu widać postępy, ale przed nim jeszcze długa droga.
    Teraz rozmawiamy ze sobą na tematy dnia codziennego o planach, problemach, o samopoczuciu.
    Każdy dzień to wspinaczka do góry i na dół i znów do góry.
    Pozdrawiam

  9. 2009 marzec 13
    Zind permalink

    Orion, znamienne w twojej wypowiedzi jest to, że syn denerwował się na Ciebie, podczas gdy sam miał depresję. To pięknie pokazuje starą prawdę, że przeszkadza nam najbardziej w innych, to czego w sobie nie akceptujemy.

    A to że ty zaakceptowałaś depresję syna i pomagałaś mu, świadczy bardzo ładnie o Tobie i tym, że sama naprawdę stanęłaś na wprost tego bólu i lęku, bez wypierania, tylko popatrzyłaś im w twarz. Kojarzysz mi się trochę z Katie Byron :)
    Słyszałaś o niej?

  10. 2009 marzec 13

    Zind,
    podoba mi się ta twoja wypowiedź :http://zenforest.wordpress.com/2008/05/30/depresja-jak-sobie-z-nia-radzic/#comment-6325
    Sama staram się być zawsze tak szczera i uczciwa wobec siebie, ale to naprawdę niełatwe, zwłaszcza go na placu boju pojawia się pragnienie posiadania czegoś, lub perspektywa utraty. Wtedy samo-usprawiedliwianie się “dlaczego” coś się zrobiło, osiąga szczyty :)

    Orion,
    ja chcę się przyłączyć do Zinda i pogratulować tego jak umiałaś sobie radzić z depresją. Myślę że niejednej osobie mogłabyś teraz skutecznie doradzić.

  11. 2009 marzec 13
    orion permalink

    Zind
    dzięki
    Nie słyszałam o Katie Byron, możesz mi przybliżyć tę osóbkę?
    Masz rację drugi człowiek jest świetnym lustrem tego co chcemy wyprzeć z naszej świadomości zamiast się z tym zmierzyć, ale każdy z nas ma coś takiego do przepracowania a okoliczności prędzej czy później powiedzą: nadszedł czas; i to od nas samych zależy co z tym zrobimy.

    Zenforest
    dzięki,
    uważam, że każdy kto doświadczył depresji może skutecznie doradzić inej osobie i każdy sposób może być inny i równie skuteczny.

    pozdrawiam

  12. 2009 marzec 13
    Shadow permalink

    Zind,
    Dziękuję za cenne wskazówki (:
    Etap, na którym się obecnie znajduję to właśnie chęć takiego szczerego spojrzenia na swoją osobę i zaakceptowania również tej ciemnej strony( lecz jak wiele zabiegów czynię przy tej okazji by samej sobie wydać się lepszą )
    Teraz uczę się, że jestem ok, nawet gdy mam doła i nie tryskam naokoło pozytywną energią. Pozdrawiam (:

  13. 2009 marzec 13

    Takiego maila dostałem swgo czasu od terapeutki :

    “Fundacja Kobiece Serca pisze:
    > Witam,
    >
    > Przeczytałam.
    >
    > Jestem przekonana, że tzw radykalne wybaczanie prowadzi na manowce. Moim zdaniem, a w szczególności w Twoim przypadku, polecałabym książki Alice Miller i Johna Bradshaw, a także znalezienie terapeuty zajmującego się uzdrawianiem “wewnętrznego dziecka”.
    >
    > Dopóki nie pozwolisz sobie na złość i nienawiść do Twoich rodziców, a właściwie rodzicieli, niegodnych miana matki i ojca, dopóty nie odzyskasz siebie. Takie jest moje zdanie, a decyzja – oczywiście – należy do Ciebie. ……. “

  14. 2009 marzec 14

    Myślę że radykalne wybaczanie jak każda technika ma swoje zalety jak i swoje wady, aczkolwiek stwierdzenie, że prowadzi na manowce wydaje się… przesadzone…

    Z tym jest jak z każdym narzędziem. Dobrze użyte – może być pomocne.

  15. 2009 marzec 14

    Zgadza się wszystko to kwestia równowagi. Zacytowałem tego maila jako przykład jak terapeuci podchodzą do sprawy. W tradycyjny sposób czyli stosując tylko pewne techniki psychologiczne które owszem w pewnych wypadach działają. W sumie jeśli chodzi o mnie to łącze szereg metod taki badacz trochę ze mnie :) Zresztą każdy jest inny i idzie swoją nie powtarzalną drogą stosując dla siebie to co akurat działa u danej osoby.

  16. 2009 marzec 14
    filip permalink

    Zbigniew, myślę że może w życiu tej terapeutki wydarzyło się coś czego nie chce wybaczyć, coś czego wybaczenie wydaje się jej ponad jej siły, dlatego może reagować niechęcią na samą perspektywę tak radykalnego podejścia i zmiany swego dotychczasowego, zakorzenionego, utrwalonego wyobrażenia o bolesnej przeszłości.
    Na pewno jest w jakiś sposób przywiązana do tej bolesnej przeszłości, może nawet dzięki temu jej osobowość się mocniej krystalizuje.

    Sam mam wiele do powiedzenia w temacie wybaczania.
    Wychowali mnie w głównej mierze dziadkowie, wiele lat nosiłem (i może wciąż nieświadomie noszę) żal do rodziców za zostawienie mnie.
    Gdy pierwszy raz zetknąłem się z techniką Radykalnego Wybaczania, w pierwszym momencie chwyciłem się jej, mówiąc sobie, że to jest coś co pozwoli mi się wreszcie odciążyć, poczuć ulgę, usunąć stłumiony gniew. Ale jak napisałem List do Rodziców, to wylały się tam takie ilości żalu, bólu, pretensji, że poczułem się przytłoczony.
    Naprawdę wtedy niewiele ulgi poczułem.
    Zobaczyłem ile mam pracy do wykonania i zobaczyłem też, że – częściowo -nie chcę jej dokonać, bo to by znaczyło (tak myślałem) oddanie pola rodzicom, wyrażenie, wewnętrznie, zgody na to co zrobili, usprawiedliwienie a może nawet aprobata i legitymizacja ich postępowania!
    Moje uczucia opierały się takiemu podejściu. Zadawało sie ono zaprzeczać zdrowemu rozsądkowi.
    Sporo czasu upłynęło zanim coś zaczęło puszczać we mnie, ten List jednak zrobił swoje, pierwszy raz postawił _poza_mną rzeczy, które do tej pory były sprasowane wewnątrz mnie, pod takim ciśnieniem, że czasem nie mogłem wytrzymać nerwowo gdy ktoś przy mnie mówił o dobrych układach z rodzicami.

    Pomału pojawiły się pierwsze jaskółki zapowiadające, że może kiedyś uda mi się wybaczyć. Może nawet całkowicie :)
    Nie skazywałbym metody Radykalnego Wybaczania na ostracyzm na gruncie szanującej się psychologii. Nie jest to łatwa metoda, bo jak sama nazwa wskazuje, dość radykalna :) Gdy jednak zwykłe wybaczanie sięga za płytko, nie przynosi ulgi, warto rozszerzyć narzędzia pracy :)

  17. 2009 marzec 14
    kasia permalink

    szkoda ze DOPIERO depresja albo inne dramatyczne okolicznosci zmuszają ludzi do rozwoju:(
    podobno medytowanie to droga do szczęścia…? jak powinno sie medytowac? bo ja slyszalam ze potrzebne są jakies specjalne kasety do słuchania a ja takich nie mam, moze jest jakis inny sposob..?

  18. 2009 marzec 14

    Ok RW jak dla Mnie jest rewelacyjną metodą ale zgadzam się z @filipem :) na dzień dzisiejszy odpuściłem skupianie się na RW. Sama technika przemawia do mnie swą prostotą ale zarazem głębią. Colin w prosty sposób pisze o idei RW
    @Kasiu a ja się cieszę mimo tego bólu jaki się często pojawia bo dzięki temu Ja i myślę że wszyscy obecni na tym blogu mają szansę obudzić się :) co do medytacji to poszukaj na tym blogu akurat może coś znajdziesz dla siebie bo medytować można na różne sposoby.
    Załączam link do nagrania wykładu L.Hay “Jak pokochać siebie”

    http://www.mediafire.com/?sharekey=e98c21a87612758008f8df73f2072ed6e04e75f6e8ebb871

  19. 2009 marzec 14

    Polecam Ci kilka linków:
    http://zenforest.wordpress.com/2007/11/28/abc-medytacji/
    http://zenforest.wordpress.com/2007/10/09/czy-jest-medytacja/
    http://zenforest.wordpress.com/2008/06/03/medytacja-chodzaca/
    http://zenforest.wordpress.com/2007/12/09/emocje-i-mysli-podczas-medytacji/

  20. 2009 lipiec 9
    eliszka permalink

    Czytałam ze ściśniętym sercem. W 1996 r moja psychika załamała się i eksplodowała. Psychiatra zdiagnozował ch. afektywną dwubiegunową. Miesiąc mroku i miesiąc takiego szaleństwa myśli, słów, czynów, przedsięwzięć nowych, nieprzemyślanych do końca. Tak bardzo nie potrafiłam zaakceptować swojego życia, związku, że chciałam umrzeć.
    Kasia napisała, dlaczego trzeba depresji, dramatu żeby podjąć swój własny rozwój duchowy? Ze mną tak właśnie było.
    Nie chcę się rozwodzić, nie chcę wracać do tego co było.
    Od 2000 roku funkcjonuję bez leków, choć kalendarze z lat, które minęły, poza dwoma ostatnimi latami wypełnione są okresami… z notatkami i okresami, które przez całe tygodnie wypełniają strzałki przez obie strony kalendarza, bez treści, mówiące o okresach subdepresji, lżejszych form obniżonego nastroju.
    2 lata temu dostęp do internetu otworzył mi dostęp do tematu, do materiałów na temat choroby i szerokiego spektrum tematów związanych z rozwojem duchowym. W międzyczasie uczestniczyłam w kilku warsztatach ezoterycznych, duchowych.
    Stosuję mniej lub bardziej udolnie ćwiczenia uruchamiające energię czakr/ zalungi, 5 rytuałów tybetańskich/ nastawiam się na uzdrawiającą energię Bruna Groeninga i czytam… m.in ten blog.
    Moje wzruszenie dzisiejsze … przez półtora roku byłam na forum chorych na chad. Leczenie chemią, szpitale, również psychoterapia, tematy związane z duchowością, wiarą były źle przyjmowane. Sporo osób zdeklarowanych ateistów, w tym adminów.
    Przyznaję, że trudno mi było uwolnić się od nich, związałam się z tym towarzystwem emocjonalnie, rozumiałam ich, ale w pewnym momencie czułam, że ich wpisy mnie dołują a moje’ rady’ irytują i wzbudzają niezdrowe emocje. Zrozumiałam też, że nikogo nie uszczęśliwię, każdy musi sam dojrzeć do świadomości potrzeby poszukiwania innych środków wyjścia z cienia. Pożegnałam się.
    Przyznaję, nie przypuszczałam, że i na tym blogu wielu ludzi doświadczyło mroków depresji.
    Mieszkam na wsi, z 97letnim ojcem i chorym mężem. Dzieci na swoim.
    Radzę sobie raz gorzej, raz lepiej, oswajam swoje osamotnienie, swoje lęki, tęsknoty, smutki.
    Dziękuję autorce bloga i dyskutantom za ciekawe teksty, inspirujące, pomagające żyć i odnaleźć swoje miejsce w życiu i wiarę w siebie.

  21. 2009 lipiec 27
    iroke permalink

    :)

Dodaj komentarz

Note: You can use basic XHTML in your comments. Your email address will never be published.

Subscribe to this comment feed via RSS