Enkulturacja

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

program

Jedynym z aspektów myślenia i umysłu jest nasze zaprogramowanie poprzez enkulturację. „Enkulturacja” to uczone słowo na określenie wszystkiego, czego uczymy się od naszego kulturowego otoczenia od chwili naszych narodzin.
Te wpływy pochodzą z całej kultury, w której żyjemy, od naszych przyjaciół, ludzi, których spotkaliśmy, rodziny (a przede wszystkim rodziców), naszych kontaktów z władzami (nauczycielami, policjantami, urzędnikami itd.)… Czyli praktycznie od każdej osoby, rzeczy czy miejsca, z którymi mieliśmy w życiu do czynienia.

To naprawdę sporo wpływów, a wszystkie one programują naszą psychikę, nasz umysł w jakiś sposób, tak że stajemy się kimś innym, niż jesteśmy naprawdę. Enkulturacja wywołuje w nas liczne uprzedzenia, antypatie, irracjonalne skłonności, a także wiarę, że pewne rzeczy są „złe” albo „dobre”, nie dlatego, że takie są, tylko dlatego, że „tak nas życie nauczyło”.

Enkulturacja oczywiście ma też swoje istotne zalety, bo dzięki niej możemy żyć w społeczeństwie, nie podejmując co chwilę trudnych i wymagających długich deliberacji decyzji, tylko czyniąc wiele rzeczy w miarę automatycznie. Jednak w wyniku naszej enkulturacji niemal wszyscy spośród nas mają skłonność do zamykania się na wiele możliwości, nieeksplorowania wielu możliwych, a potencjalnie korzystnych dróg postępowania, ponieważ bezmyślnie określamy je jako „złe”.

Nasze zaprogramowanie przez enkulturację, szczególnie to najwcześniejsze, w dzieciństwie, przez naszych rodziców i resztę rodziny, było oczywiście przeważnie dokonane w dobrej wierze i miało na celu nauczyć nas funkcjonować w naszej kulturze, społeczności, w tym rodzaju życia, jakie dla nas przewidywano. Część z tego była czyniona świadomie, a część nie. Dużą część z tego, co nasi rodzice robili z nami, robili po prostu dlatego, że ich rodzice tak postępowali z nimi. Jako dzieci zazwyczaj to akceptowaliśmy, jako nastolatki buntowaliśmy się przeciw temu…
Potem zaś tak samo czynimy z własnymi dziećmi, ponieważ skoro w końcu wyszliśmy na ludzi, to widać rodzice mieli jednak rację…

Powtórzmy – znaczna część tego programowania jest konieczna, byśmy byli bezpieczni, zdrowi i mogli istnieć wśród ludzi. Inna jednak jego część, także zazwyczaj spora, stanowi po prostu balast dla naszych myśli i hamulec dla naszej kreatywności. To ona zamyka nasz umysł, nie pozwalając podejmować rozsądnych decyzji, nie pozwalając na istotne zmiany, utrzymując nas w przywiązaniu do nie najlepszej przyszłości, ponieważ boimy się ryzyka i nowości. Kiedy pozbędziesz się tej negatywnej części swego zaprogramowania, otwierasz drzwi do wielu nowych możliwości, a tym samym – do sukcesu.

Wiele z tego psychicznego zaprogramowania jest całkiem łatwe do rozpoznania.
Każdy z nas ma w głowie nagraną taśmę z tego rodzaju programami. Czy nigdy nie łapiesz się na tym, że zaczynasz brzmieć jak Twoja własna matka? Albo powtarzać zdania, które lubił powtarzać Twój dziadek? Albo reagować na coś w dany sposób tylko dlatego, że „to jest właśnie jedyny prawidłowy sposób reakcji na takie coś”? Albo odczuwać do czegoś niechęć, ponieważ zawsze ją odczuwałeś? To wszystko są właśnie te zaprogramowane taśmy.

Zaprogramowanie powoduje przywiązanie do przyszłości – lub raczej przywiązanie do zaprogramowania dokonanego w przeszłości. Takie przywiązanie powoduje negatywne myśli i wypowiedzi, niepotrzebne samoograniczenia w działaniu, nieadekwatne reakcje na wydarzenia. A często także psychiczny przymus podobania się każdemu bez różnicy i tego, by zawsze być „grzecznym chłopczykiem” czy „grzeczną dziewczynką”, choćbyśmy mieli już własne prawnuki. Żadna z tych rzeczy nie sprzyja otwartości umysłu i z pewnością nie przyczyni się do osiągnięcia wymarzonych celów.

To, co sam o sobie mówisz. Oto parę drobnych przykładów tego, co sami o sobie potrafimy mówić – w myślach albo głośno. Są to takie jakby etykietki, które sami sobie przyklejamy, i które nas naprawdę niesamowicie ograniczają:
Nie jestem dość dobry do tej pracy.
Nie jestem dość atrakcyjny, by ta dziewczyna ze mną się umówiła.
Jestem zbyt nieśmiały.
To mi się nigdy nie udaje (albo jeszcze dużo gorsza wersja: „To mi się nigdy nie uda”).
Mój ojciec miał rację. Nigdy nic wielkiego nie osiągnę.
Nie powinienem za wiele oczekiwać od życia. Jak człowiek jest w porządku, nie stanie mu się krzywda. A jeśli się szarpie i mu się nie udaje, to dopiero wychodzi na głupka!

W ten sposób sami sobie przyklejamy metki z negatywnymi ocenami, które nas następnie niesamowicie ograniczają. A przecież to tylko drobna część tego, co złego na swój własny temat potrafi, w ciągu choćby jednej doby, powiedzieć całkiem normalny, psychicznie zdrowy i ogólnie w porządku człowiek!
Większość tych samoumniejszających stwierdzeń pochodzi bezpośrednio z naszego zaprogramowania. Poniekąd to zadziwiające, jak niewielu ludzi na tym najlepszym ze światów naprawdę lubi samych siebie! I naprawdę nie jest to sprawa wesoła, ponieważ to, co ci ludzie o sobie mówią, tak samo niezawodnie definiuje ich rzeczywistość, jak i ich samych. Jest to bowiem nic innego, niż…
Samospełniające się proroctwo — kiedy mówisz, że czymś jesteś, stajesz się tym!

Takie samospełniające się proroctwa, zazwyczaj pochodzące z bardzo wczesnego zaprogramowania, powodują zwątpienie we własne możliwości i lęk za każdym razem, gdy chce się podjąć ryzyko albo komuś czy czemuś zaufać. W takich wypadkach samospełniające się proroctwa ściągają Cię wstecz, do strefy Twego psychicznego bezpieczeństwa, a potem utrzymują w bezpiecznym zamknięciu. Niczym tamte mustangi w zagrodzie. Utrzymują one także Twe oczekiwania – wobec siebie, wobec innych, wobec świata – na niskim poziomie, chroniąc Cię wprawdzie w pewnym sensie przed możliwością rozczarowania, ale przede wszystkim – ograniczając Twój potencjał, Twoje zdolności i Twoje szanse. Nie pozwalają Ci w ogóle zwracać uwagi na „zwariowane pomysły”, które mogą być drogą do wymarzonego sukcesu. W końcu – jeśli Twoi rodzice nigdy by czegoś takiego nie brali pod uwagę, to dlaczego Ty miałbyś brać? Prawda?

Potrzeba, by mieć zawsze słuszność.

Jest to symptom enkulturacji, z reguły przejęty od jakiejś osoby mającej na Ciebie duży wpływ, na przykład kogoś z rodziców. Niezależnie od wszystkiego, po prostu zawsze musisz mieć rację! Zostałeś w tym względzie zaprogramowany tak silnie, że to się już stało odruchem warunkowym. Będziesz się więc kłócił, aż całkiem zsiniejesz na twarzy. Czy czasem zastanawiałeś się po takiej kłótni, po co Ci to w ogóle było? Przecież sam przedmiot sporu nie miał większego znaczenia, a poza tym sam dostrzegałeś, że Twój przeciwnik ma sporo dobrych argumentów. Cóż, to właśnie jeden ze skutków negatywnej enkulturacji. I akurat to nie przyczyni Ci wielu nowych przyjaciół, sam zresztą na to wpadniesz, jeśli się chwilę zastanowisz.

Aby mieć otwarty umysł i osiągać swe cele, trzeba wyrzec się tej potrzeby, by zawsze mieć rację, nauczyć się odpuścić. Wyrzec się trzeba także samoograniczających wypowiedzi (na głos i w myślach) i w ogóle wszelkiej negatywności, która powstrzymuje Cię przed osiąganiem celów i odnoszeniem sukcesów…

Więcej w: Alan Falcone , Zmień swoje myśli

Powiązane

Zachwaszczony umysł?

Jak jest oprogramowany Twój mózg?

Zahipnotyzowana, śpiąca ludzkość

Ludzie i roboty

Memy i wirusy umysłu

Bełkoczący umysł

Choroba ma swój początek w umyśle?

Tagi

, , , , , , , , , ,

cialo1

fragment z : L. Hay „Możesz uzdrowić swoje życie”

Jestem przekonana, że sami tworzymy w naszym ciele wszystkie tak zwane choroby. Ciało, jak wszystko w życiu, jest lustrzanym odbiciem naszych myśli i przekonań. Ciało zawsze do nas mówi, jeśli tylko spokojnie go posłuchamy. Każda komórka naszego ciała odpowiada na każdą myśl, jaką tworzymy, i na każde wypowiadane przez nas słowo.
Trwale utrzymujące się sposoby myślenia i mówienia tworzą działania i postawy ciała, jego zdrowie lub chorobę. Osoba mająca stale ponury wyraz twarzy nie stworzyła go radosnymi i pełnymi miłości myślami. Twarze i postawy starszych osób ukazują dokładnie ich życiowy wzorzec myślenia. A jak ty będziesz wyglądał w podeszłym wieku?
W tym rozdziale przedstawiam listę prawdopodobnych wzorców
myślowych, które powodują choroby ciała, jak również wzory nowych myśli lub afirmacji, które mają zastosowanie w tworzeniu zdrowia. Ukazały się one w mojej książce ULECZ SWOJE CIAŁO. Dodatkowo prześledzę niektóre z najczęściej spotykanych przypadków i wyjaśnię, w jaki sposób tworzymy te problemy.

Nie każdy z tych wzorców myślowych jest w stu procentach trafny w odniesieniu do każdego.
Może być jednak punktem wyjścia do rozpoczęcia poszukiwania przyczyny choroby. Wiele osób, zajmujących się alternatywnymi metodami leczenia, stosuje książkę ULECZ SWOJE CIAŁO przez cały czas pracy z pacjentem. Stwierdzają oni, że przyczyny psychiczne sprawdzają się w dziewięćdziesięciu do dziewięćdziesięciu pięciu procent przypadków.

GŁOWA reprezentuje nas. To jest to, co pokazujemy światu. Dzięki niej jesteśmy zazwyczaj rozpoznawani. Jeśli dzieje się coś złego w obrębie głowy, oznacza to zwykle sygnał, że coś bardzo złego dzieje się z „nami”.
WŁOSY symbolizują siłę. Gdy jesteśmy spięci i zaniepokojeni, często tworzymy jakby stalowe opaski biorące początek z mięśni ramion i dochodzące do szczytu głowy. Czasami nawet sięgają do oczu. Każdy włos rośnie dzięki mieszkowi. Gdy skóra na głowie jest napięta, włos ulega zgnieceniu i nie mogąc oddychać, zamiera i wypada. Jeśli napięcie utrzymuje się przez dłuższy czas i skóra na głowie nie odpoczywa, mieszki włosowe są tak ściśnięte, że nowy włos nie może się przebić. W rezultacie powstaje łysina.
Łysienie u kobiet występuje coraz częściej od czasu, gdy rozpoczęły one działalność w świecie biznesu, poddając się wszystkim jego napięciom i frustracjom. Nie bardzo jesteśmy tego świadomi, głównie ze względu na peruki damskie, które wyglądają tak naturalnie i atrakcyjnie. Niestety, męskie peruczki są rozpoznawalne z dość dużej odległości.
Napięcie nie jest oznaką siły. Napięcie to słabość. Bycie rozluźnionym, skupionym i spokojnym oznacza siłę i bezpieczeństwo. Byłoby dobrze, gdybyśmy bardziej odprężyli nasze ciała, a wielu z nas potrzebowałoby także rozluźnienia skóry na głowie.
Spróbujcie teraz. Powiedzcie swojej skórze, by odpoczęła, i sprawdźcie, czy czujecie różnicę. Jeśli zauważycie, że skóra na głowie w widoczny sposób rozluźniła się, sugerowałabym częste powtarzanie tego ćwiczenia.
USZY reprezentują zdolność słuchania. Gdy występują kłopoty ze słuchem, oznacza to zazwyczaj, że dzieje się coś takiego, czego nie chcecie słuchać. Ból ucha mógłby wskazywać na złość spowodowaną tym, co się słyszy.
Ból uszu jest pospolity u dzieci. Często nie mając na to ochoty muszą słuchać tego, co dzieje się w rodzinie. Domowe prawa zwykle zakazują dziecku wyrażania złości, a ponieważ nie umie ono też zmienić sytuacji, tworzy ból uszu.
Głuchota oznacza długoletnią odmowę słuchania kogoś. Zwróćcie uwagę, że gdy jeden z partnerów nie dosłyszy, drugi zazwyczaj mówi, mówi i mówi.
OCZY reprezentują zdolność widzenia. Jeśli występują kłopoty z oczami, zazwyczaj oznacza to, że nie chcemy widzieć czegoś w sobie lub w życiu, w przeszłości, teraźniejszości lub w przyszłości.
Ilekroć widzę małe dzieci noszące okulary, wiem że coś dzieje się w ich domach – coś, na co one nie chcą patrzeć. Jeśli nie mogą zmienić przeżywanego doświadczenia, wolą „rozproszyć” wzrok, by nie widzieć tego dokładnie.
Wielu ludzi miało dramatyczne doświadczenia uzdrawiające, gdy zdecydowali się wrócić do przeszłości i oczyścić z problemów, na które nie chcieli patrzeć kilka lat przed założeniem okularów.
Czy odnosisz się negatywnie do tego, co dzieje się teraz?
Jakiemu problemowi nie chcesz stawić czoła?
Obawiasz się widzieć teraźniejszość czy też przyszłość?
Gdybyś widział wyraźnie – cóż takiego mógłbyś zobaczyć, czemu nie chcesz się przyjrzeć teraz?
Czy zdajesz sobie sprawę, jaką krzywdę sobie wyrządzasz?
Warto skupić się nad tymi pytaniami.
BÓLE GŁOWY mają za przyczynę umniejszanie własnej wartości. Przy następnym bólu głowy zastanów się i zadaj sobie pytanie – za co siebie obwiniasz. Wybacz sobie, pozwól temu odejść, a ból głowy rozpłynie się w nicości, z której przybył.
Migrenowe bóle głowy tworzą ludzie, którzy chcą być doskonali; ludzie, którzy wywierają na siebie dużą presję. Wiąże się z tym tłumienie silnej złości.
BOLE ZATOK odczuwane w okolicach czoła i nosa świadczą o tym, że irytuje was ktoś w waszym otoczeniu, ktoś bliski. Możecie nawet odczuwać, że was przytłacza.
Zapominamy, że to my tworzymy sytuacje, i negujemy swoją moc sprawczą, oskarżając inne osoby o nasze frustracje. Nie ma takiej osoby, miejsca ani rzeczy, która miałaby władzę nad nami, bo tylko my jesteśmy twórcami naszych myśli. Tworzymy nasze doświadczenia, rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. Jeśli stworzymy pokój, harmonię i równowagę w umyśle – znajdziemy je również w życiu.
SZYJA I GARDŁO są niezwykle fascynujące, ponieważ tak wiele tam się dzieje. Szyja odzwierciedla zdolność elastycznego myślenia, dostrzeganie drugiej strony medalu i umiejętności spojrzenia z punktu widzenia drugiej osoby. Jeśli występują kłopoty z szyją, zazwyczaj oznacza to, że jesteśmy uparci w naszym pojmowaniu sytuacji.
Ilekroć widzę kogoś noszącego kołnierz ortopedyczny, wiem, że jest to osoba wyjątkowo uparta, która dostrzega tylko swój punkt widzenia.
Virginia Satir, znakomita terapeutka w dziedzinie problemów rodzinnych, twierdzi, że wykonała „głupie badania” dotyczące zmywania naczyń. Stwierdziła, że istnieje ponad dwieście pięćdziesiąt sposobów zmywania naczyń, w zależności od tego, kto je zmywa i jakich środków używa. Jeśli trzymamy się przekonania, że jest tylko jeden sposób” lub „jeden punkt widzenia”, to zamykamy się na prawie cały świat.
GARDŁO przedstawia naszą zdolność wypowiadania się, proszenia o to, czego pragniemy, powiedzenia: swojego „Jestem” itd.. Jeśli mamy kłopoty z gardłem, oznacza to zazwyczaj, że nie czujemy się uprawnieni do zrobienia czegoś. Nie czujemy się na siłach, by bronić własnego zdania.
Ból gardła to zawsze złość.
Jeśli jest połączony z przeziębieniem, to zazwyczaj oznacza zagubienie psychiczne.
ZAPALENIE KRTANI najczęściej oznacza, że jesteśmy tak źli, że nie możemy mówić.
Gardło świadczy o twórczym przepływie energii. To przez nie wyrażamy naszą twórczość, a gdy jest udaremniona, niepełna, często mamy kłopoty z gardłem. Wszyscy znamy osoby, które przeżywają całe swoje życie dla innych. Ani razu nie zrobili tego, co sami chcieliby robić. Zawsze zadowalają matki, ojców, współmałżonków, partnerów, szefów.
ZAPALENIE MIGDAŁKÓW i kłopoty z TARCZYCĄ to nic innego, jak przejaw frustracji wynikającej z niemożności zrobienia tego, co chce się robić.
Ośrodek energii w gardle, piąta czakra -jest miejscem, w którym odbywają się zmiany. Kiedy opieramy się zmianie, jesteśmy w trakcie zmiany lub usiłujemy jej dokonać, wtedy zawsze dużo dzieje się w naszych gardłach. Zwróćcie uwagę na kaszel swój lub kogoś innego. Co zostało powiedziane przed chwilą? Na co reagujemy? Czy to opór lub zawziętość, czy jest to może rozpoczynający się proces zmian? Podczas warsztatów wykorzystuję często kaszel jako narzędzie odnalezienia siebie. Ilekroć słyszę, jak ktoś kaszle, polecam mu dotknięcie gardła i wypowiedzenie na głos: „Pragnę się zmienić” lub „Zmieniam się”.
RAMIONA symbolizują naszą zdolność i możliwość przyjmowania doświadczeń życia. Przedramiona związane są z możliwościami, ramiona ze zdolnościami. Stare emocje osadzają się w stawach; łokcie wyobrażają naszą elastyczność. Czy łatwo przystosowujemy się do zmian kierunków w życiu, czy też stare emocje przytrzymują nas w jednym miejscu?
DŁONIE sięgają, trzymają, zaciskają. Pozwalamy rzeczom prześlizgiwać się między palcami. Czasami zatrzymujemy coś zbyt długo. Mamy złote ręce, zaciśnięte pięści, otwarte dłonie. Jesteśmy zręczni, mamy dwie lewe ręce. Rozdajemy garściami. Możemy coś robić własnoręcznie lub sprawiamy wrażenie, że nie potrafimy nic utrzymać w rękach.
Kładziemy na czymś rękę. Ręce nam opadają. Wznosimy dłonie. Podajemy komuś rękę, idziemy ręka w rękę, coś jest nam na rękę, poza zasięgiem ręki lub pod ręką – wystarczy więc sięgnąć ręką. Wyciągamy pomocną dłoń.
Dłonie mogą być delikatne lub ciężkie, z widocznymi węzłami stawów od martwienia się na zapas lub zniekształcone krytycznym artretyzmem. Zachłanne ręce powstają ze strachu, z lęku przed utratą, z niepokoju, że nigdy dla nas nie wystarczy, ze strachu, że coś zniknie, jeśli nie będziemy tego dość mocno trzymać.
Duża zachłanność w związku uczuciowym powoduje jedynie rozpaczliwą ucieczkę partnera. Mocno zaciśnięte dłonie nie przyjmują niczego nowego. Swobodne potrząsanie dłońmi w przegubach daje uczucie wolności i otwartości.
To, co należy do ciebie, nie może być ci odebrane, więc rozluźnij się.
PALCE – każdy ma swoje znaczenie. Kłopoty z palcami wskazują, gdzie musicie się rozluźnić i co „odpuścić sobie”. Jeśli zatniecie się w palec wskazujący, oznacza to, że w aktualnej sytuacji złość i lęk związane są prawdopodobnie z waszym „ego”. Kciuk wskazuje na sferę mentalną i symbolizuje zmartwienie. Palec wskazujący to „ego” i lęk. Środkowy palec związany jest z seksem i złością. Gdy jesteście źli, potrzymajcie środkowy palec i obserwujcie znikanie złości. Przytrzymajcie palec prawej ręki, jeśli jesteście źli na mężczyznę, lub lewej, jeśli jesteście źli na kobietę. Palec serdeczny symbolizuje jednocześnie jedność oraz smutek. Mały palec to rodzina i udawanie.
PLECY symbolizują system oparcia. Kłopoty z plecami zazwyczaj sygnalizują poczucie braku bezpieczeństwa. Zbyt często sądzimy, że jedynym naszym oparciem jest praca, rodzina lub współmałżonek. W rzeczywistości we wszystkim wspiera nas Wszechświat, życie samo w sobie.
Górna część pleców związana jest z poczuciem braku oparcia emocjonalnego. Mój mąż / żona / partner / przyjaciel / szef nie rozumie mnie albo nie jest dla mnie oparciem.
Środkowa część pleców związana jest z poczuciem winy, całym tym bagażem, który wiąże się z naszą przeszłością. Czy obawiasz się spojrzeć na to, co jest za tobą, czy może usiłujesz ukryć coś, co masz za sobą? Czy czujesz się tak, jakby ktoś wbił ci nóż w plecy?
Czy czujesz się rzeczywiście „wypalony”? Czy twoje sprawy finansowe są nie uporządkowane lub zamartwiasz się o nie nadmiernie? W takim przypadku dolna część pleców może ci sprawiać kłopoty. Przyczyną tego jest brak pieniędzy lub obawa o nie. Kwota, którą dysponujesz, nie ma z tym nic wspólnego.
Tak wielu z nas ma poczucie, iż pieniądze są najważniejszą rzeczą w życiu, że bez nich nie możemy się obejść. To nieprawda. Jest coś znacznie bardziej ważnego i cennego, coś, bez czego nie moglibyśmy żyć. Cóż to takiego? To nasz oddech.
Nasz oddech jest najcenniejszą własnością życia, a jednak po każdym wydechu jesteśmy całkowicie pewni następnego oddechu. Gdybyśmy nie zaczerpnęli kolejnego oddechu, nie przeżylibyśmy nawet trzech minut. Jeżeli więc Potęga, która nas stworzyła, dała nam zdolność oddychania na cały długi czas życia, czemu nie możemy uwierzyć, że wszystko inne potrzebne do życia również będzie nam dane?
PŁUCA symbolizują zdolność przyjęcia i dawania życia. Problemy z płucami zazwyczaj oznaczają, iż obawiamy się przyjąć życie, lub być może poczucie, że nie mamy prawa żyć pełnią życia.
Kobiety z reguły płytko oddychają i często uważają siebie za obywateli drugiej kategorii, za osoby, które nie mają prawa do własnej przestrzeni życiowej, a czasami nawet nie mają prawa żyć. Dzisiaj to wszystko zmienia się. Kobiety zajmują należne im miejsce jako pełnowartościowi członkowie społeczeństwa i oddychają głęboko, pełną piersią.
Cieszy mnie widok kobiet uprawiających sport. Kobiety zawsze pracowały na roli. Teraz, po raz pierwszy w historii, o ile dobrze wiem, kobiety zajmują się sportem. Przyjemnie jest patrzeć na ich wspaniale ciała.
Rozedma i intensywne palenie to wyraz negowania życia. Maskują one głębokie przekonanie, że jesteśmy niegodni istnienia. Czynienie sobie wyrzutów nie zmieni nawyku palenia. Najpierw musi być zmienione to podstawowe przekonanie.
PIERSI symbolizują zasadę macierzyństwa. Jeśli mamy kłopoty z piersiami zazwyczaj oznacza to, że jesteśmy nadopiekuńczy w stosunku do kogoś lub zanadto oddani jakiemuś miejscu, rzeczy lub doświadczeniu.
Właściwie pojęta opieka macierzyńska powinna uwzględniać to, że dziecko musi dorosnąć. Musimy wiedzieć, kiedy przestać kierować dziećmi, oddać im wodze i pozwolić na samodzielność. Nadopiekuńczość czasami dosłownie odcina możliwość korzystania z własnych doświadczeń.
Jeśli chodzi o raka, to jest on skutkiem głębokiej urazy. Oddalcie strach i wiedzcie, że mądrość Wszechświata zawarta jest w każdym z nas.
SERCE oczywiście symbolizuje miłość, podczas gdy krew symbolizuje radość. Nasze serca z miłością pompują radość do naszych ciał. Jeśli odmawiamy sobie radości i miłości, serca się kurczą i stają zimne. W wyniku tego zwalnia się obieg krwi, a my zmierzamy prosto do ANEMII, DUSZNICY i ATAKU SERCA.
Serce nie „atakuje” nas. To my tak dalece dajemy się porwać akcji tworzonych przez siebie mydlanych oper i dramatów, że często zapominamy o dostrzeganiu drobnych radości wokół nas. Całe lata spędzamy na wyciskaniu z serca wszelkiej radości, aż dosłownie skręca się w bólu. Ludzie dotknięci zawałami serca nigdy nie są pogodni. Jeśli nie znajdą czasu na doświadczenie radości życia, to w krótkim czasie doprowadzą się do kolejnego zawału.
Złote serce, zimne serce, otwarte serce, twarde serce, kochające, gorące – a jakie jest twoje serce?
ŻOŁĄDEK przetrawia wszystkie nasze nowe idee i doświadczenia. Co lub kto leży wam na żołądku? Co gromadzi się w twoich wnętrznościach?
Jeśli występują kłopoty z żołądkiem, znaczy to zazwyczaj, że nie wiemy, jak przyswoić sobie nowe doświadczenie. Obawiamy się czegoś.
Wiele osób pamięta zapewne czasy, w których stawały się coraz bardziej popularne loty samolotem. To, że możemy wejść do środka dużej metalowej rury, która przeniesie nas bezpiecznie po niebie, było pomysłem trudnym do zaakceptowania.
Przy każdym fotelu znajdowały się torebki jednorazowego użytku i większość z nas korzystała z nich. Wymiotowaliśmy do tych torebek tak dyskretnie, jak było to tylko możliwe, zawijaliśmy je i oddawaliśmy stewardesie, która dużo czasu traciła na bieganie tam i z powrotem, odbierając je od pasażerów.
Obecnie, wiele lat później, aczkolwiek w dalszym ciągu torebki te znajdują się przy każdym siedzeniu, używamy ich rzadko. Oswoiliśmy się z myślą o lataniu samolotem.
……..
…..
Więcej opisanych dolegliwości – w Louise Hay, „Możesz uzdrowić swoje życie” , rozdział 15. (jest tam tego spora lista, na końcu książki podana jest tabela z rozpiską ogromnej ilości chorób + podanymi do nich uzdrawiającymi afirmacjami jako sposobem pracy z problemem)

Powiązane posty:
Biografia staje się biologią. Jak być zdrowym? Krótki poradnik.

Stres i napięcie = początek choroby

Filozofia zdrowia

Zdrowa psychika = zdrowe ciało?

Kilka słów o medycynie chińskiej

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

chinska

Przez wiele wieków w Europie, w naszej zachodniej tradycji, rozwijała się bardzo głęboka wiedza duchowa i medyczna. W wiekach średnich jej ostoją stały się klasztory. Jednakże w wyniku różnych konfliktów i kolei losu mnisi zostali pozbawieni możliwości leczenia ludzi i stosowania tradycyjnych terapii ziołowych. W związku z tym zaistniał rozdział między duchowością a uzdrawianiem.

Ostatnio w niektórych krajach usiłuje się ponownie powrócić do tej dawnej tradycji. Czasem wydaje się nawet książki zawierające tę bardzo starą wiedzę, sięgającą swymi korzeniami m.in. do starożytnego Egiptu i Grecji, a rozwiniętą dalej w wiekach średnich. Studiując takie teksty, można zauważyć, że zawierają one znaczny procent informacji, które również występują w żywych do dziś tradycjach wschodnich systemów medycznych, np. w medycynie chińskiej. Oczywiście europejskie rozprawy medyczne nie stanowiły kopii systemu chińskiego, ale nie zmienia to faktu, że reprezentowały system bardzo głęboki i zbliżony do wschodnich. Są w Europie klasztory, w bibliotekach których można znaleźć teksty zawierające wiele informacji dotyczących koncepcji “pięciu żywiołów”.

Prezentowane tu poglądy nie będą więc czymś całkowicie egzotycznym, lecz wiedzą, która została w naszej tradycji zagubiona, a niekiedy tylko popadła w zapomnienie. Żyjący przed wiekami wielcy lekarze, jak np. Hipokrates, Awicenna czy Paracelsus, leczyli skutecznie wykorzystując znajomość pięciu przemian, klasyfikując jedzenie w zależności od różnych rodzajów energii.
Hipokrates napisał wiele dzieł, spośród których dwadzieścia dziewięć znanych jest do dzisiaj. Cztery z nich mówią tylko o pożywieniu.
Wszystkie zioła, wszystkie rodzaje jarzyn, które są w nich przedstawione, są sklasyfikowane w kategoriach czterech natur energii:
1) jako wywołujące gorąco,
2) rozgrzewające,
3) ochładzające,
4) wywołujące zimno.
Tylko wtedy, gdy rozumie się dany system, można z dużą skutecznością pracować, wykorzystując jego dane. Bez zdolności postawienia odpowiedniej diagnozy i bez znajomości podstaw systemu tradycyjne leczenie nie ma sensu.

Do dzisiaj jest więc dostępna ta mądrość wieków średnich, i starożytności europejskiej, jak również tradycje chińska, indyjska (ajur-wedyczna) i tybetańska oparte na zbliżonych holistycznych modelach świata i człowieka. Bazując na nich, można powrócić do tradycyjnego diagnozowania i leczenia, istnieje dalej możliwość ich studiowania i wykorzystania na nowo.

Tak więc, by uzupełnić informacje o alternatywnych możliwościach leczenia i utrzymania zdrowia poprzez poprawne odżywianie się, zgodne z głęboką naturą człowieka i środowiska, przedstawiamy tu pokrótce tradycyjną teorię żywienia opartą na systemie medycyny chińskiej. Jest to bardzo stara tradycja, sięgająca swymi początkami aż w trzecie tysiąclecie p.n.e., w dalszym ciągu skutecznie praktykowana do dzisiaj. Można ją stosować również i u nas.

Medycyna chińska nie wyróżnia jednostek chorobowych, tak jak zachodnia, lecz zawsze traktuje człowieka całościowo, uwzględniając również jego środowisko, klimat itp.

Choroba to zakłócenie równowagi w organizmie, brak pewnych składników lub energii, albo niewłaściwy jej obieg.
Często takie same objawy wywoływane są przez bardzo różne przyczyny. Dlatego niezwykłą wagę przywiązuje się do właściwej diagnozy i usunięcia głęboko nieraz leżących przyczyn, leczenie objawowe traktując jako prymitywne, bo nie dające rzeczywistego wyleczenia (nawet mimo widocznej początkowo poprawy). Ponieważ medycyna chińska jest niezależnym całościowym systemem, błędem jest próba jej interpretacji przy mechanicznym zastosowaniu systemu pojęciowego medycyny zachodniej.

Na Zachodzie niemal co roku słyszy się inną – nową teorię na temat odżywiania, zdrowia czy leczenia. Raz jest to teoria na temat witamin, później na temat białek, następnie hormonów czy enzymów… aż w końcu zwyczajny człowiek przestaje się orientować, co jest naprawdę słuszne. Natomiast wschodnia medycyna (podobnie jak dawna medycyna europejska) opiera się na prawach kosmicznych, które są niezmienne.
Dlaczego?
Gdyż zawsze po dniu następuje pora nocna – i to jest jang i jin, po wiośnie następuje lato, późne lato, a po nim jesień i wreszcie zima – i to jest pięć ruchów znanych też w tradycji chińskiej jako “pięć przemian”. Tu nic nie wymaga zmiany, gdyż wynika wprost z praw kosmicznych rozpoznanych dzięki wnikliwej, rozumnej obserwacji natury. Spojrzenie takie czyni nasze działania bardzo prostymi. Gdy się tych praw raz nauczymy i właściwie je rozumiemy, widzimy, że mają one zastosowanie we wszystkich dziedzinach życia.
Wierzę, że rzeczy mogą być pożyteczniejsze wtedy, gdy są bardzo proste, a nie dlatego, że są skomplikowane. Teoria jin – jang oraz pięciu ruchów jest wszechstronnie użyteczna i łatwa do zrozumienia.

Podział ze względu na smak

Smak jest bardzo ważną cechą, gdyż wiąże się z pięcioma żywiołami stanowiącymi podstawę systemu medycyny chińskiej. W terapii ziołowej i sposobie odżywiania wyróżnia się pięć głównych smaków:
kwaśny – należy do żywiołu drewna; związany jest z wątrobą i pęcherzykiem żółciowym,
gorzki – należy do żywiołu ognia; związany jest z sercem, jelitem cienkim, systemem krążenia krwi oraz układem energetycznym ciała zwanym “potrójnym ogrzewaczem”,
słodki – należy do żywiołu ziemi; związany jest z żołądkiem i śledzioną wraz z trzustką. Pojawia się tu od razu pytanie, dlaczego smak ten jest tak popularny, czemu ludzie tak lubią słodycze? Tradycje wschodnie wyjaśniają to bardzo prosto: żywioł ziemi jest żywiołem centralnym, a więc punktem odniesienia dla wszystkiego. Żywioł ziemi daje możliwość – podstawę budowania, tworzenia substancji i energii, ostry – należy do żywiołu metalu; związany jest z płucami i jelitem grubym,
słony – należy do żywiołu wody; związany jest z nerkami i pęcherzem moczowym.
Pierwszą rzeczą wymaganą przy stosowaniu ziół i różnych rodzajów pożywienia, jest rozeznanie do którego smaku należą. Również zbierając zioła winniśmy znać ich smak. Znając go będziemy od razu wiedzieli, z którą przemianą – żywiołem współpracować. Wybierając do jedzenia np. zioła słodkie, poza całą pozostałą wiedzą jaką mamy, wiemy również o ich oddziaływaniu na żołądek. I rzeczywiście tak jest.
Pijąc np. kawę (smak gorzki) wpływamy na serce i krążenie krwi. Bardzo słony pokarm działa na nerki, a ostre dania lub przyprawy czy też alkohol – na płuca i układ oddechowy (nadmiar może wywołać kaszel lub potrzebę głębokiego oddechu).
Gdy na odmianę spożywamy ogórki w occie, to wpływamy tym samym na wątrobę i pęcherzyk żółciowy. Wprawdzie na razie nie zostało wyjaśnione w jaki sposób zachodzi to oddziaływanie, jednak można zorientować się, do której przemiany należy.

Systematykę smaków można przedstawić w nawiązaniu do obiegu odżywczego w cyklu pięciu ruchów: drewno – ogień – ziemia – metal – woda – drewno, itd. To niezwykle ważny obieg. Kolejność przedstawienia żywiołów i kierunek przechodzenia od jednego do drugiego symbolizuje właśnie obieg odżywczy. Oznacza to, że każdy poprzedzający ruch ma za zadanie odżywianie ruchu następującego po nim. Tak więc, rozpatrując to z punktu widzenia energetycznego, wątroba i woreczek żółciowy mają za zadanie odżywianie serca i układu krążenia (osierdzia). Te znowu winny odżywiać śledzionę i żołądek, itd.

Ruchy jin

Ruchy jin to przepływy energii w kierunkach z góry w dół i od zewnątrz do środka.
Są trzy smaki mogące wytwarzać tego typu ruch w organizmie: słony, kwaśny, gorzki. Te trzy smaki powodują ruch ku dołowi i ruch ku środkowi.
Tak więc, gdy u kogoś występuje ruch energii w górę, np. wysokie ciśnienie krwi, mogące wywoływać np. bóle głowy, albo nawet wylew krwi do mózgu – można zastosować leki oraz pożywienie o smaku, który wywołuje ruch w dół. Ktoś inny cierpi na suchy kaszel, co jest również ruchem na zewnątrz -powinien więc uwzględnić w terapii smak poruszający energię w dół i do środka. Jak widać, teoria ta jest bardzo ważna tak w przypadku gotowania jak i w czasie leczenia.

Ruchy jang

Drugą parą są ruchy w górę i na zewnątrz. Zależą one od pozostałych dwóch smaków: słodkiego i ostrego.
Tak więc smaki te działają ekspansywnie, rozszerzające od środka na zewnątrz. Zaliczenie ich do ruchów jang oznacza, że dostarczają energię na zewnątrz ciała, na jego powierzchnię. Znaczenie tego jest bardzo proste.
Gdy “złapie się” np. przeziębienie, to najlepszą, terapią jest wywołanie potów. W tym celu natęży spożyć coś, co łączy w sobie smak słodki i ostry. Tradycyjne medycyny wszystkich kultur stosują właśnie zioła lub napoje o takim smaku. Nie ma znaczenia, czy będzie to cebula z miodem, czy imbir z miodem, czy też imbir z cynamonem – podstawowa zasada zawsze pozostaje taka sama.
To również tłumaczy, dlaczego podczas chłodów należy jeść zupę zawierającą cebulę, czosnek i pory – gdyż będzie to chronić organizm przed przeziębieniem.
Jednakże gdy choroba jest na zewnątrz (tzn. w zewnętrznych narządach lub na powierzchni ciała), a spożyje się coś o nieodpowiednich do tej sytuacji smakach, np. kwaśnym – ściągającym, to wtedy choroba poruszy się w kierunku np. przewodu pokarmowego. Może to być nawet bardzo niebezpieczne, bo pojedynczy, wydawałoby się nieistotny, błąd dietetyczny potrafi dużo zmienić. Zamiast lekkiej grypy może rozwinąć się grypa jelit. Dlatego oddziaływanie smaków na organizm jest ważne, a z drugiej strony do każdego zachorowania trzeba podchodzić bardzo indywidualnie i uważnie, nie bagatelizując niczego.

Pięć właściwości

Aby móc efektywnie stosować zioła i produkty żywnościowe, należy wiedzieć jakie właściwości energii są z nimi związane. Trzeba ciągłe pamiętać, że może być to oddziaływanie:
1. gorące (re) – np. kora cynamonowa;
2. ciepłe, rozgrzewające (wen) – np. marchew, rodzynki;
3. neutralne (ping) – np. ziemniaki, sezam;
4. ochładzające i odświeżające (liang) – np. biała rzodkiewka, pomidor, bakłażan, ogórek, cytryna, gruszka, jogurt;
5. zimne (han) – np. korzeń rabarbaru, wodorosty, sól.
Wszystko co spożywamy można scharakteryzować według przedstawionych właściwości energetycznych czyli ich natury, oraz smaku należącego do jednego z pięciu ruchów. Bywają też zioła czy produkty żywnościowe mające podwójną naturę (np. biały ser: neutralny i ochładzający) albo dwa smaki (np. cynamon: słodki i ostry).

Powinniśmy dążyć do zrównoważonego jedzenia opartego głównie na produktach mających naturę ciepłą, ochładzającą i neutralną, a unikać skrajności (natura gorąca i zimna).
Ogólnie gorące i ciepłe związane jest z aspektem jang, a ochładzające i zimne z aspektem jin energii.
Z powyższą klasyfikacją wiąże się podział wszystkich chorób na dwie wielkie grupy: choroby gorąca i choroby chłodu. W zależności od tego zaleca się odpowiedniego rodzaju pożywienie i terapię. Powyższą klasyfikację i odpowiadające jej leczenie stosowano w dawnej medycynie europejskiej, znana jest również z wielu innych tradycyjnych systemów medycznych.

Ruch energii w organizmie

Medycyna chińska zwraca wielką uwagę na energie życiową (czi) stanowiącą podstawę wszystkich procesów życiowych. Organizm czerpie ją z trzech źródeł: powietrza, pokarmu i z tzw, zapasu przedurodzeniowego – energetycznego daru rodziców otrzymanego od nich w chwili poczęcia. Dwa pierwsze źródła są odnawialne, natomiast trzecie wyczerpuje się stopniowo – gdy go braknie, następuje śmierć. Energia życiowa manifestuje się jako jin lub jang, a te mają również po dwa aspekty.
Jin przejawia się poprzez substancję (również określaną terminem jin) i płyny wewnętrzne (ksue). Natomiast jang określają: ciepło (też nazywane jang) i ruch (czi).
Niezwykłe osiągnięcie medycyny chińskiej i jej istotny wyróżnik od innych systemów stanowi odkrycie i opisanie tzw. kanałów energetycznych, zwanych też południkami, czyli merydianami. Miało to miejsce około pięć tysięcy lat temu i odtąd wiedza o nich jest ciągle doskonalona i stosowana z wielkim powodzeniem terapeutycznym.
Współczesne badania naukowe zaczynają potwierdzać słuszność tej starej teorii, mimo że kanały nie istnieją w tak materialny sposób jak np. żyły czy nerwy.
Uważa się, że występują one w tzw. ciele subtelnym (odpowiadającym energetycznemu aspektowi każdej istoty) opisywanym dokładnie m.in. w tradycji jogicznej, a wzmiankowanym także i w niektórych dawnych systemach europejskich. Energia porusza się kanałami związanymi z różnymi narządami i funkcjami ciała. Dlatego też merydiany biorą swe nazwy od tych narządów i czynności, z którymi są najmocniej związane. Chińska wiedza na ten temat jest tak precyzyjna, że można dokładnie określić na co dany produkt po spożyciu będzie oddziaływał i którym kanałem popłynie jego energia.

Energia jin i jang

Mówiąc na temat jin i jang powracać będziemy do wcześniejszych informacji na temat smaków oraz sztuki żywienia i gotowania.
Około trzy tysiące lat przed Chrystusem legendarny chiński cesarz Huang Ti dokonał podstawowego odkrycia, że wszystko we wszechświecie może być scharakteryzowane w jednej z dwóch podstawowych kategorii, które nazwał jin i jang. Analizując chiński ideogram “jang” dochodzi się do znaczenia: “słońce świecące na mur” Analizując ideogram ,,jin” otrzymuje się znaczenie: “cień za murem”. Toteż jin i jang rozpatrywać można w kontekście światła. Jang jest właściwością światła, a jin właściwością ciemności. Mimo że stanowią przeciwieństwa, nie wolno ich traktować jak oderwane od siebie pojęcia czy byty są one zarazem nieodłączne, jak słońce i cień widoczne dopiero w kontraście do swego przeciwieństwa i wzajemnie się dopełniające. Oczywiście zarówno jin jak i jang nie podlegają wartościowaniu.
Jang oznacza zewnętrzność – jako położenie i jako kierunek. Również, jak to było już wzmiankowane, do jang przynależy każdy rodzaj ruchu w górę i na zewnątrz oraz dwa smaki: słodki i ostry. Jang jest także ciepłem i gorącem oraz suchością. W aspekcie energetycznym jang oznacza rozpraszanie energii, jej ekspansję.
Jin to ciemność cienia, ruchy skierowane na dół i ku środkowi oraz wnętrze, centrum. Smaki kwaśny, gorzki i słony sklasyfikowane są jako jin, ponieważ powodują ruch energii ku dołowi. Cechami jin są także chłód i wilgoć. Jest też biegunowym aspektem energii względem jang – koncentracją (aż po największe jej skupienie – substancję). Jest to podstawowa klasyfikacja.

Rozmawiając z Chińczykami od razu wiemy, że mówiąc o jang mówią oni równocześnie na temat ciepła, światła i rozprzestrzeniania się, natomiast w przypadku jin o skupianiu, ciemności i chłodzie. I dlatego określając coś jako jin, rozumieją przez to chorobę zimna, a mówiąc o jang myślą o chorobie gorąca. Należy je leczyć przeciwieństwami; w przypadku zimna dostarczać ciepło i odwrotnie.

Mimo, że jest to najbardziej elementarna wiedza, jej wyłączne stosowanie nie zawsze wystarcza. Widać to wyraźnie na przykładzie makrobiotyki. Ten japoński system dietetyczny i leczniczy jest ostatnio dość popularny na Zachodzie. Wielu ludzi żyje zgodnie z zaleceniami makrobiotyki i diagnozuje schorzenia na podstawie kategorii jin i jang. Lecz nie daje to możliwości pełnej charakterystyki zaburzeń chorobowych oraz indywidualizacji rozpoznania i dlatego system ten jest niewłaściwy! Trzeba powiedzieć wprost: makrobiotyczny system jin i jang nie jest w pełni skuteczny, a w wielu przypadkach prowadzi do poważnych błędów dietetycznych.

Dla wyjaśnienia, przedstawimy rodowód makrobiotyki. Medycynę chińską sprowadzili do Japonii mnisi buddyjscy w IX i XI wieku. Podstawą przekazu było dzieło Shan Han Lun, opisujące część systemu znanego w Chinach. Od tego czasu stosowane są w Japonii leki ziołowe zwane kampo. Makrobiotyka powstała dopiero w 1870 roku. a jej twórcą jest Ishizuka – japoński lekarz wykształcony i leczący według prawideł zachodniej medycyny. Odkrył on bezpośrednią zależność pomiędzy zdrowiem, a równowagą sodowo-potasową organizmu.

Dzięki temu uratował wielu ludzi, ówcześnie uważanych za nieuleczalnie chorych. Jednym z nich był Georges Oshawa, który zaczął budować własny system terapeutyczny, niezależny od chińskiego oraz od zielarskiej tradycji kampo. Tak więc makrobiotyczna koncepcja jin i jang jest inna, a w niektórych przypadkach nawet przeciwna tradycyjnej. Dlatego nie ma kompromisu między medycyną chińską a makrobiotyką! Coraz częściej w różnych krajach (także w Japonii) spotyka się ludzi, którzy zachorowali z powodu stosowania ścisłej diety makrobiotycznej.
By temu zapobiec, znany współczesny makrobiotyk Michio Ku-shi zaczął zmieniać klasyfikację produktów żywnościowych, opierając się na medycynie chińskiej. Jednak w dalszym ciągu makrobiotyką bazuje wyłącznie na teorii jin i jang. Pomija np. całą koncepcję pięciu przemian, gdzie też występuje jin i jang, tyle że wyjaśnione o wiele precyzyjniej i głębiej. Do dzisiaj makrobiotyką nie rozróżnia także rzeczywistego od fałszywego nadmiaru (lub niedoboru) jin albo jang. Jest to niezwykle istotne, gdyż nie uwzględnianie tej różnicy prowadzi do poważnych błędów dietetycznych mających wpływ na zdrowie.
Nie wystarcza więc wiedza o tym, że jest ciemno lub jasno, albo zimno czy gorąco. Konieczne jest zapoznanie czytelnika z koncepcją pięciu żywiołów.

Pięć przemian

Mówiąc o pięciu przemianach, określanych też jako pięć ruchów albo pięć żywiołów, rozpatrzymy ich różnorodne przejawy.
Oto przykład: wystarczy stanąć i spojrzeć w kierunku południowym. Po lewej ma się wschód, po prawej zachód, a za plecami północ. Są to cztery niebiańskie kierunki, ale dla Chińczyków jest jeszcze kierunek piąty: to miejsce, gdzie stoimy – centrum. Odpowiadają one pięciu żywiołom.

Pory roku

Wiosnę nazywamy małym jang; ziemia jest jeszcze zimna, chłodna i wilgotna po zimie, ale niebo staje się ciepłe. Potem następuje lato, czyli wielkie jang; niebo i ziemia są ciepłe. Jak widać, występuje nie tyko proste, zwykłe jang, ale małe jang i wielkie jang – wschód i południe. Chińczycy wiążą też wiosnę z ruchem drewna, a lato to ruch ognia.
Jesienią niebo staje się chłodne, lecz ziemia jeszcze jest nagrzana. Pora ta odpowiada małemu jin. Zimą niebo i ziemia są chłodne i wilgotne – to wielkie jin. Małe jin to ruch metalu, czemu odpowiada zachód. Wielkie jin to ruch wody, wiążący się z północą.
W ten sposób scharakteryzować zostały cztery ruchy w zależności od pór roku i niebiańskich kierunków – stron świata. Jak widać, charakterystyka ta jest bardzo naturalna i nie ma w niej żadnej egzotyki. Nie trzeba udawać się aż do Chin, aby ją zrozumieć. W tym systemie opisuje się strony świata patrząc na południe; chiński kompas zawsze wskazuje kierunek południowy. Po lewej jest wschód, po prawej zachód, z tylu północ, a w centrum – tu, gdzie się stoi – to Ziemia. Chińczycy mówią: po lewej jest małe jang, z przodu wielkie jang, po prawej małe jin, a z tylu wielkie jin. I dlatego medycyna chińska wiąże lewą część ciała z jang, ponieważ ma ona małe i wielkie jang, natomiast prawa część ciała jest określana jako jin,

Mówiąc o porach roku w tradycji chińskiej, należy być świadomym, że nie są one tak samo rozumiane jak w naszej kulturze. Ma to bardzo duże znaczenie. Według nas początkiem wiosny jest 21 dzień marca, natomiast zgodnie z tradycją chińską wiosna rozpoczyna się dużo wcześniej – marcowe zrównanie dnia z nocą przypada na środek (czyli maksimum energetyczne) wiosny! Równonoc wiosenna i jesienna oraz przesilenia letnie i zimowe są środkiem czterech pór roku. Każdy sezon ma 72 dni, toteż obliczając wstecz widać, że początek wiosny wypada w lutym. Znajomość tego odmiennego systemu podziału pór roku warunkuje poprawność rozpoznania i późniejsze leczenie.

Medycyna Chińska, Claude Diolosa

Powiązane

Akupunktura a medycyna współczesna

Propozycja Tao dla kobiet. Zdrowie i płodność.

Energia w naszym ciele – Taoistyczny punkt widzenia.

Tai-chi

Czym jest energia “Chi” ?

Radość niebezpiecznego życia

Tagi

, , , , , , ,

1

Odważni pędzą na złamanie karku. Poszukują niebezpieczeństwa. Ich życiowa filozofia nie ma nic wspólnego z podejściem firm ubezpieczeniowych. To filozofia himalaistów, lotników, surferów. A surfują nie tylko w morzach zewnętrznych, ale także po oceanach ukrytych we wnętrzu nich samych. Nie wspinają się jedynie w Alpach czy Himalajach; zdobywają najwyższe szczyty w sobie.

Niebezpieczne życie sprawia, że czujesz się w pełni żywym człowiekiem. Jeśli nie podejmujesz ryzyka, nie żyjesz wcale. Życie kwitnie tylko, gdy jest niebezpiecznie, niepewnie; w bezpieczeństwie nie rozkwita nigdy.
Jeśli dążysz do bezpieczeństwa, stajesz się spokojnym stawem. Twoja energia przestaje się poruszać. Zaczynasz się bać… ponieważ nie umiesz wyprawić się w nieznane. Po co ryzykować? Znane jest bardziej bezpieczne. Wpadasz w obsesję tego, co znane. Czujesz się nim zmęczony, jesteś znudzony, czujesz się smutny, ale nadal pozostajesz w tym, co znasz, w tym, co zdaje się być wygodne. Nieznane sprawia, że drżysz. Na samą myśl o nim masz zawroty głowy.
Na świecie są tylko dwa typy ludzi: jedni, dążący do wygody, poszukujący śmierci, zmierzający do komfortowego grobu, i drudzy, którzy chcą żyć. Ci ostatni wybierają ryzyko, ponieważ tylko dzięki niemu życie kwitnie.

Czy wspinałeś się kiedyś? Im wyżej wejdziesz, tym młodszy, świeższy się czujesz. Im większe ryzyko spadku, im głębsza przepaść za plecami, tym więcej życia czujesz w sobie (…)• Właśnie wtedy – na granicy życia i śmierci, gdy wisisz pomiędzy życiem i śmiercią – wtedy nie ma nudy, nie ma kurzu przeszłości, nie ma pragnienia przyszłości. Wtedy wyostrza się teraźniejszość jak płomień. To wystarczy – żyjesz tu i teraz.
Podobnie w przypadku surflngu, narciarstwa, szybownictwa – tam, gdzie pojawia się ryzyko utraty życia, jest też ogromna radość, bo czujesz, jak wielką wartość ma twoje życie. Stąd przywiązanie ludzi do sportów ekstremalnych.
Ludzie wspinają się na szczyty górskie (…). Ktoś spytał Edmunda Hillarego: „Dlaczego chciałeś wejść na Mount Everest? Po co?” A Hillary odpowiedział: „Ponieważ jest. Stanowi nieustające wyzwanie”. Było to ryzykowne, wielu poprzedników zginęło. Przez sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat ludzie się tam wspinali całymi grupami. Mimo że to była prawie pewna śmierć, chętnych nie brakowało. Co ich pociągało?
Sięgając wyżej, udając się daleko od terenów zamieszkałych, od rutyny życia, ponownie stajesz się dziki, ponownie stajesz się częścią świata zwierząt. Znów żyjesz jak tygrys czy lew, jak rzeka. Znów wzbijasz się w niebo jak ptak, coraz wyżej i wyżej. Chwila po chwili bezpieczeństwo, konto w banku, żona, mąż, rodzina, społeczeństwo, kościół, szacunek bledną, stają się coraz odleglejsze. Zostajesz sam.

Właśnie dlatego ludzi tak bardzo ciągnie do sportu. Nie jest to prawdziwe zagrożenie, ponieważ możesz się przygotować. Możesz się nauczyć, przejść trening. Ryzyko jest skalkulowane -jeśli mogę użyć takiego określenia.
Wspinaczkę możesz trenować i podjąć wszelkie środki ostrożności. Albo w przypadku szybkiej jazdy samochodem – możesz jechać sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę i będzie to niebezpieczne, emocjonujące. Ale możesz się w tym tak wprawić, że dla ciebie przestanie to być niebezpieczne; będzie się takie wydawało tylko z zewnątrz. Nawet jeśli jest ryzyko, to jest ono niewielkie. Z czasem staje się zaś tylko cielesne, dotyczy tylko ciała.
Gdy mówię, żebyś żył ryzykownie, nie mam na myśli po prostu ryzyka fizycznego, ale psychiczne, a w końcu – duchowe.

Religijność jest duchowym ryzykiem. Dociera ona do tak wysokich pułapów, że być może nie ma już z nich powrotu. Takie jest znaczenie określenia Buddy: anagamin – „ten, który nigdy nie wróci”. Dochodzi do pułapu, do punktu, z którego nie ma powrotu… a potem po prostu znika. Już nigdy nie wraca.
Gdy mówię, byś żył niebezpiecznie, chodzi mi o to, żebyś nie wiódł życia szacownego obywatela – burmistrza miasta czy członka zarządu korporacji. To nie jest życie. Jeśli zostaniesz ministrem albo będziesz miał jakiś inny dobry zawód, każdego dnia będą ci na konto napływać nowe pieniądze i wszystko będzie wspaniale. Ale kiedy wszystko tak wspaniale się układa – przyjrzyj się: umierasz, nic się nie dzieje. Być może ludzie cię szanują, a gdy umrzesz, podąży za tobą długa procesja. Pięknie! Ale na tym koniec. W gazetach pokażą twoje zdjęcie i wydrukują artykuły, a potem ludzie o tobie zapomną. Ty zaś całe swoje życie oddałeś tym rzeczom.

Człowiek może zmarnować swoje życie dla zwykłych, doczesnych spraw. Bycie uduchowionym oznacza zrozumienie, że te malutkie rzeczy nie mają większego znaczenia. Nie mówię, że zupełnie nie mają znaczenia. Mają pewien sens, pewne znaczenie, ale nie tak duże, jak ci się wydaje.
Pieniądze są potrzebne. Są potrzebą. Ale nie są i nie mogą być celem. Dom jest potrzebny, oczywiście. Jest konieczny. Nie jestem ascetą i nie namawiam, żebyście zburzyli swoje domy i uciekli w Himalaje. Dom jest potrzebny – ale ma służyć tobie. Nie zrozum tego źle. Gdy obserwuje ludzi, widzę, że wszystko przewróciło się do góry nogami. Żyją tak, jakby to dom ich potrzebował. Pracują na potrzeby domu. Żyją tak, jakby zaspokajali potrzeby swoich kont w banku – po prostu zbierają pieniądze, a potem umierają. Zresztą nigdy nie zaczęli życia. Ani przez chwilę nie doświadczyli pulsowania, mocy życia. Byli uwięzieni w bezpieczeństwie, w rutynie, w szacunku.

To naturalne, że tacy ludzie odczuwają nudę. Przychodzą do mnie i mówią, że są znudzeni. Mówią, że są zmęczeni, że utknęli, i nie wiedzą, co mogą z tym zrobić. Wydaje im się, że dzięki powtarzaniu jakiejś mantry znów ożyją. A to nie takie proste. Będą musieli zmienić cały wzorzec swojego życia.
Kochaj, ale niech ci się nie wydaje, że jutro kobieta nadal będzie twoja. Nie licz na nic. Nie ograniczaj kobiety do bycia żoną. Wtedy będziesz żył niebezpiecznie. Nie ograniczaj mężczyzny do bycia mężem, ponieważ „mąż” to paskudne określenie. Pozwól mężczyźnie być twoim mężczyzną, a kobiecie – twoją kobietą. Niech twoje jutro będzie nieprzewidywalne. Niczego nie oczekuj i na wszystko bądź gotów. To właśnie mam na myśli, mówiąc, byś żył niebezpiecznie.

Co zwykle robimy? Zakochujemy się w kobiecie i natychmiast idziemy do urzędu stanu cywilnego czy do kościoła, aby wziąć ślub. Nie mówię, żeby nie brać ślubu. To formalność. Dobrze, usatysfakcjonuj społeczeństwo, ale głęboko w swoim umyśle nigdy nie staraj się zawłaszczyć tej
kobiety. Nigdy, nawet przez chwilę, nie mów: „Należysz do mnie”. Jak druga osoba mogłaby do ciebie należeć? Gdy zaczniesz przywłaszczać sobie kobietę, ona zacznie przywłaszczać
sobie ciebie. Wtedy oboje przestaniecie się kochać. Wtedy niszczycie się i zabijacie nawzajem, paraliżujecie. Kochaj, ale nie pozwól twojej miłości zdegradować się jedynie do małżeństwa.

Pracuj – praca jest potrzebna – ale nie pozwól, by stała się twoim jedynym życiem. W centrum twojego życia powinna tętnić zabawa. Praca powinna być tylko środkiem do realizacji tej zabawy. Pracuj w biurze, pracuj w fabryce, pracuj w sklepie, ale znajduj czas i okazje do zabawy. Nie pozwól, aby twoje życie było jedynie rutyną pracy – ponieważ celem życia jest zabawa!

Zabawa to robienie czegoś, co sprawia ci radość. Im więcej rzeczy cię cieszy, tym więcej jest w tobie życia. Oczywiście, twoje życie zawsze będzie zagrożone, w niebezpieczeństwie. Ale takie właśnie powinno być. Ryzyko stanowi część życia. Właściwie ryzyko jest jego najlepszą częścią, najpiękniejszą. Każda chwila jest ryzykiem. Wdychasz i wydychasz powietrze -jest ryzyko. Kto wie, czy oddech się nie zatrzyma? To nie jest pewne, nie ma gwarancji.
Ale są ludzie, dla których bezpieczeństwo stało się jak religia. Nawet jeśli rozmawiają o Bogu, mówią o Nim jako o najwyższym bezpieczeństwie. Jeśli myślą o Bogu, robią to jedynie dlatego, że się boją. Jeśli modlą się i medytują, robią to tylko po to, aby dobrze zapisać się w Boskich kartotekach: „Jeśli Bóg istnieje, będzie wiedział, że regularnie chodziłem do kościoła, że sumiennie Go czciłem. Oto zaświadczenie”. Nawet ich modlitwa jest tylko środkiem do celu.

Żyć niebezpiecznie oznacza żyć tak, jakby każdy moment był ostatni.

Każda chwila ma swoją nieodłączną wartość, a ty się nie boisz. Wiesz, że jest tam śmierć, i akceptujesz to, nie ukrywasz się przed nią, spotykasz się z nią. Takie spotkania podobają ci się – fizycznie, psychicznie i duchowo. Radowanie się z tych momentów bezpośredniego kontaktu ze śmiercią – gdy staje się ona prawie rzeczywista – to właśnie niebezpieczne życie.
Odważni pędzą na złamanie karku. Poszukują niebezpieczeństwa. Ich życiowa filozofia nie ma nic wspólnego z podejściem firm ubezpieczeniowych. To filozofia himalaistów, lotników, surferów. A surfują nie tylko w morzach zewnętrznych, ale także po oceanach ukrytych we wnętrzu nich samych. Nie wspinają się jedynie w Alpach czy Himalajach; zdobywają najwyższe szczyty w sobie.

Ważne, byś nigdy nie zapomniał sztuki ryzykowania. Zawsze bądź w stanie ryzykować. Nie trać okazji do ryzyka, a nigdy nie będziesz przegranym. Ryzyko to jedyna gwarancja, by być naprawdę żywy.
Czegokolwiek byś nie uczynił, życie pozostanie tajemnicą
Rozum nie może pogodzić się z tym, że nie wszystko da się wyjaśnić. Ma szaleńczą potrzebę wytłumaczenia wszystkiego, a jeśli nie pełnego wytłumaczenia, to przynajmniej opisania. Wszystko, co jest zagadką, paradoksem, niepokoi go.
Historia filozofii, religii, nauki, matematyki ma wspólne korzenie, ten sam umysł i… to samo swędzenie. Ty możesz podrapać się tak, a ktoś inny zupełnie inaczej. Ale jedno jest wspólne – potrzeba dowiedzenia się, dlaczego coś cię swędzi. Usiłujesz dowieść samemu sobie, że egzystencja nie jest tajemnicą. Umysł tylko wtedy poczuje się dobrze, kiedy uda mu się rozwikłać sekrety egzystencji.

Religia chrześcijańska dokonała tego przez stworzenie koncepcji Boga, Ducha Świętego, Syna Bożego; inne religie wytworzyły inne pojęcia. To jest ich sposób na przykrywanie dziury niemożliwej do przykrycia; cokolwiek zrobisz, ona nadal tam jest. Im bardziej starasz sieją przykryć, tym bardziej zdajesz sobie sprawę, że istnieje. Twój ogromny wysiłek, aby ją zakryć, pokazuje, jak wielki jest twój strach przed tym, że ktoś ją zobaczy.

W dzieciństwie wiele razy spadałem z drzew. Uwielbiałem się na nie wspinać, a im wyżej wchodziłem, tym większą odczuwałem radość. I oczywiście wiele razy spadałem. Wciąż mam na łydkach, na kolanach, wszędzie – blizny po zranieniach. Ponieważ stale wspinałem się i spadałem, każdego dnia rozrywałem ubranie. Moja mama mówiła: „Nie wychodź w tych podziurawionych spodniach. Daj mi, zaceruję je”. Ja odpowiadałem: „Nie, nie chcę”.
A ona upierała się: „Ale co ludzie pomyślą… Jesteś synem najlepszego sprzedawcy ubrań w mieście, a zawsze włóczysz się w podartych spodniach, jakby nikt o ciebie nie dbał”. Odpowiadałem: „Jeśli zaszyjesz, będzie to brzydko wyglądać. Teraz każdy widzi, że jest to świeżo podarte.
Nie wyszedłbym przecież z domu z taką dziurą. Jest świeża, właśnie spadłem z drzewa. A jeśli zaszyjesz – będzie wyglądać jak coś starego, coś, co usiłuję ukryć. Jeśli zaszyjesz, będę wyglądał na biedaka. A teraz rozdarta koszula sprawia, że wydaję się odważny. Nie martw się. Każdego, kto wspomni coś na ten temat, mogę wyzwać na pojedynek. Powiem mu: «Możesz wejść ze mną na to drzewo. Jeśli z niego nie spadniesz, będziesz miał prawo mówić o mnie, co chcesz»”.
W Indiach drzewa są bardzo miękkie, łatwo się łamią, np. dżamun. Dżamun to bardzo słodki owoc, ale drzewo rośnie wysokie i jest bardzo delikatne; jego gałęzie mogą się w każdej chwili złamać. Jeśli jednak nie wejdziesz wysoko, nie zdobędziesz najlepszych owoców, ponieważ te dojrzewające nisko zostały już zerwane przez tchórzy – przez tych, którzy nie odważyli się wspiąć wyżej niż dwa metry.

Jeśli masz odwagę wspiąć się na wysokość sześciu metrów, wtedy zdobędziesz naprawdę soczyste dżamuny. Są zarezerwowane dla tych, którzy mają odwagę – z tej wysokości upadek jest prawie pewny. Nic na to nie poradzisz, to wykracza poza ludzkie możliwości. Wystarczy mocniejszy wiatr… Nie dasz rady szybko zejść; całe gałęzie odłamują się od pnia i zanim zdążysz cokolwiek zrobić, leżysz już na ziemi.

Cała historia rozumu w różnych dziedzinach wiedzy to właśnie łatanie – głównie matematyka, ponieważ matematyka to gra
czysto rozumowa. Są matematycy, którym wydaje się, że to nie prawda, tak jak są teolodzy, którzy myślą, że Bóg jest rzeczywisty.
Ale Bóg to tylko koncepcja. Jeśli konie miałyby swoją wiarę, ich Bóg byłby koniem. Możesz być pewien, że nie byłby człowiekiem, ponieważ ludzie byli dla koni tak okrutni, że mogą być utożsamiani jedynie z szatanem, nie z Bogiem. Ale wtedy każde zwierze miałoby swoją własną koncepcję Boga, tak jak każda ludzka rasa ma swoją.

Koncepcje to substytuty wypełniające dziury w miejscach, w których życie jest tajemnicą, a których nie może wypełnić rzeczywistość. Zapychasz te dziury koncepcjami i dzięki temu odczuwasz satysfakcję, że znów pojmujesz życie.
Czy zastanawiałeś się kiedyś nad słowem „pojmować”?
Oznacza ono, że czymś zawładnąłeś.
To dziwne, że słowo to nabrało znaczenia, które jest tak dalekie od oryginalnej treści: wszystko, co możesz zagarnąć, co znajduje się na wyciągnięcie ręki, w zasięgu twojej władzy, pod butem.
Wszystko, czego jesteś panem.

Ludzie starają się interpretować życie w ten sam sposób. Chcą mieć możliwość włożenia go pod pantofel i stwierdzenia: „Jesteśmy panami. Nie ma nic, czego byśmy nie rozumieli”.
Ale to niemożliwe.
Czegokolwiek byś nie zrobił, życie jest tajemnicą i nią pozostanie.
Zawsze jest coś dalej, coś poza. Jesteśmy przez to otoczeni. Tym czymś jest Bóg; to coś, trzeba zgłębić. Jest wewnątrz i na zewnątrz; jest zawsze.
Ale zapominamy o tym (…). Często dlatego, że spoglądanie w to, jest niewygodne, kłopotliwe.
To tak, jak z patrzeniem w przepaść – człowiek zaczyna drżeć, zaczyna mu się kręcić w głowie. Wystarczy świadomość przepaści i zaczynasz się trząść. Nikt nie patrzy w przepaść; odwracamy głowę w innym kierunku, unikamy rzeczywistości. Ale rzeczywistość jest jak przepaść, ponieważ to ogromna pustka.
To niezmierzone niebo bez granic.
Budda mówi: durangama – „otwórz się na to, co jest poza”. Nigdy nie zamykaj się w granicach, przekraczaj je. Twórz granice, jeśli są ci potrzebne, ale zawsze pamiętaj, żeby je przekraczać. Nie czyń sam siebie więźniem.

Budujemy wiele więzień: relacje z ludźmi, przekonania, religie – to wszystko są więzienia. Jest tam wygodnie, ponieważ nie wieją silne wiatry. Czujemy się chronieni – aczkolwiek ochrona jest złudna, ponieważ w końcu przyjdzie śmierć i zabierze cię poza.
Zanim to się stanie, pójdź tam sam.

Osho, Odwaga. Radość niebezpiecznego życia.

Powiązane

Bądź wolny! – inspirujące cytaty E. Tolle

Kochaj i bądź radosny!

Uśmiechaj się, przełamuj schematy!

Pościć czy ucztować? Pogląd na życie.

Cztery kroki do wolności

Starożytne podejście do medytacji: Kabała i chrześcijaństwo

Tagi

, , , , , , , , ,

mnich

W każdej religii – pisze współczesny kabalista Z’ev ben Szimon Halewi (1976) – są zawsze dwa aspekty: widzialny i ukryty.” Widzialne manifestuje się jako rytuał, święte księgi i służba; ukryte niesie światło, które powinno te formy rozświetlać. W judaizmie ukryte nauki to kabała.
Uważa się, że bierze ona swój początek od aniołów, które z kolei otrzymały tę wiedzę od Boga. Wszystkie wielkie postacie czasów biblijnych – Abrahama, Dawida i proroków, a także esseńczyków i inne mistyczne grupy, jakich wiele w historii Izraela, kaba-liści uznają za zwiastunów tej tradycji. Halewi mówi, że Joszua ben Miriam, znany jako Jezus, był także orędownikiem kabały.

Ta ukryta żydowska tradycja pojawiła się w Europie po raz pierwszy dopiero w Wiekach Średnich, a jej przewijający się przez judaizm nurt trwa do dnia dzisiejszego.

Kosmologia kabały zakłada wielopoziomową rzeczywistość, gdzie każdy poziom stanowi w sobie kompletny świat. Plany te uporządkowane są hierarchicznie: wyższa część każdego z nich koresponduje z niższym aspektem tego, który jest powyżej. Najwyższą sferę stanowi Metatron, naczelny archanioł, który uczy ludzkie istoty. Każdy poziom uosabia stan świadomości; większość ludzi egzystuje na poziomach najniższych – mineralnym, roślinnym i zwierzęcym. W widzeniu kabalistów zwykły człowiek jest niedoskonały, ograniczony do niższych planów. Jego życie jest mechaniczne, hamują go rytmy ciała oraz codzienne reakcje i spostrzeżenia; szuka przyjemności na ślepo i na ślepo unika bólu.
Może mieć krótkotrwałe wizje wyższych możliwości, nie ma jednak żadnego pragnienia, aby wejść na wyższy poziom świadomości.
Kabała usiłuje przebudzić praktykanta na jego własne ograniczenia i nauczyć go, aby wchodził w stan świadomości, na którym dostroi się do świadomości wyższej, gdzie nie będzie już dłużej niewolnikiem swojego ciała i jego uwarunkowań.
Aby stać się wolnym, kandydat musi najpierw rozczarować się mechanicznymi grami życia. Następnie buduje on podstawę dla wejścia w wyższą świadomość, wewnętrzny Raj. Właśnie takie, jak mówi Halewi, jest alegoryczne znaczenie egipskiej niewoli i eksodusu: niewolnicza praca ograniczonego ego, oczyszczenie poszukiwacza na pustyni oraz jego wejście do krainy mlekiem i miodem płynącej.

Aby spełnić to zadanie, kabalista musi obserwować prace Jesod, swojego zwykłego umysłu czy też ego; pozwoli mu to spojrzeć poprzez własne słabości i okłamywanie samego siebie, i wnieść do świadomości siły nieświadome, które ukształtują jego myśli i działania. Aby tego dokonać, musi on najpierw dosięgnąć poziomu świadomości nazywanego Tiferet – stanu czystości, który jest świadkiem czy też „obserwatorem” Jesod.
Z tego stanu podwyższonej samoświadomości pochodzi to, co postrzegane jest czasami jako anioł stróż, który z łatwością i wprawą przeprowadza człowieka przez trudne sytuacje. Tiferet jest poza zwykłym umysłem odnoszącym się do codziennych spraw; tu ego zostaje przekroczone.
Jest to królestwo ducha, most pomiędzy człowiekiem i tym, co boskie, brama Raju, dusza. W stanie Jesod rządzi więc ego, zaś kiedy dominuje Tiferet, pojawia się wyższy stan, w którym spogląda się na siebie z góry. W codziennym życiu człowieka ten stan przebudzonej świadomości jest zazwyczaj postrzegany w przelocie, jedynie przez chwilę. Kabalista usiłuje osiągnąć stan trwałego wchodzenia w ów poziom i wznoszenia się na poziomy jeszcze wyższe.

Specyfika praktyki kabalisty – co umożliwia osiąganie wyższych stanów – jest zmienna w zależności od szkoły, chociaż jej podstawa jest wręcz stała. Kiedy aspirant kontaktuje się z magidem, nauczycielem, zaczyna, się jego prawdziwa praktyka. Magid nakłania go do szczerej samoobserwacji, używając życia studenta, jako materiału do nauczania.
Istnieje wiele systemów, które pomagają poszukującemu w poznawaniu siebie; jednym z nich jest zawiła numerologia, która przemienia hebrajskie litery i słowa w liczbowy kod z mistycznymi interpretacjami. Innym, bardzo rozpowszechnionym systemem kabalistycznym jest Drzewo Życia, mapa hierarchi i cech wielu planów, które oddziałują wzajemnie w świecie i w człowieku.
Drzewo służy jako forma, poprzez którą aspirant spostrzega swoją własną naturę i klucz do otwarcia ukrytych wymiarów, kierujących jego życiem. Zwykłe umysłowe zrozumienie Drzewa może się dokonać jedynie poprzez Jesod, ego. Nieważne jednak, jak poszukujący pojmie zawiłości Drzewa – jego studia będą niczym, jeżeli zaniedba on swój duchowy rozwój. Warunkiem wstępnym jest szkolenie woli, zdolności niezachwianej uwagi.
Dlatego też kabalista zwraca się w stronę medytacji.
Jak pisze Halewi (1976, str. 126):

Przygotowanie oznacza zdolność do otrzymywania i przekazywania (…) stopień przyjmowania określa jakość Wiedzy. Wymiana jest precyzyjna i zależy od świadomej uwagi w złożonej sytuacji. Gdzie jest uwaga, tam jest moc.

Instrukcje dla medytacji są częścią tajemnego nauczania kabalistów i poza pewnymi regułami nie udostępniono ich ogółowi.

Każdy uczeń poznaje wiedzę z ust swojego magida. Medytacja w kabale jest zazwyczaj odgałęzieniem codziennych modlitw pobożnego żyda. Medytacyjna koncentracja pozwala kabaliście dotrzeć do głębin określonego przedmiotu – słowa w modlitwie czy aspektu Drzewa – a także zatrzymać myśl, aby pozostawała skupiona w jednym punkcie – na przedmiocie. To czyste ognisko koncentracji nazywa się ka-wana i jest przylgnięciem myśli do przedmiotu.

W jednym z rodzajów kawany medytujący z pełną uwagą koncentruje się na każdym słowie zwyczajowej modlitwy, aż jego umysł przekracza proste znaczenie słów, dzięki czemu może on ich użyć jako wehikułu, którym dostaje się do wyższego stanu. Azriel z Gerony, średniowieczny kabalista, opisywał kawanę jako proces, w którym „myśl rozprzestrzenia się i wznosi do swego źródła, zaś kiedy je osiąga, nie może już wznosić się dalej”. W rezultacie tego stanu słowa modlitwy są przemienione, pełne boskiego przypływu pochodzącego z nicości myśli.

Zgodnie z kabalistyczną wiedzą wejście w wewnętrzny Raj kogoś, kto nie przygotował właściwej podstawy przez samo-oczyszczenie, może być niebezpieczne.
Talmud opowiada historię czterech rabinów, którzy weszli do Raju.
Jeden oszalał, drugi zmarł, a trzeci stracił wiarę; tylko ostatni, rabin Akiba, powrócił w pokoju.

Wśród najbardziej szczegółowych opracowań kabalistycznej medytacji są pisma Abrahama Abu-lafii, które ukazują bezpieczny dostęp do wewnętrznego Raju.
Medytacja Abulafii łączy różne litery hebrajskiego alfabetu w koncentrowaniu się na świętych imionach Boga. Ta metoda jest odmienna od modlitwy; aspirant poświęca się jej raczej w odosobnieniu niż w synagodze, w określonych godzinach i pod kierownictwem swojego magida. Halewi opisuje ścieżkę przebytą przez ucznia, który praktykuje taką medytację. Kiedy powtarza on imię Boga, kieuje swoją uwagę powyżej Jesod, ograniczonego umysłu, w Tiferet, świadomość poza ego.

Oznacza to, że ogniskując się na imieniu kieruje on swoją myśl daleko od wszelkich form tego świata. Jeśli jego wysiłki spotkają się z łaską Boga, jaźń nagle wzniesie się poza Tiferet do ekstatycznego stanu, nazywanego Daat, wiedza. Tu jego poczucie oddzielenia od Boga znika, chociaż dzieje się tak tylko przez chwilę. Jest on przepełniony wielką radością Żydowska kabała i ogarnięty słodkim uniesieniem. Kiedy powracając wyłoni się z tego stanu, znowu stanie się świadomy wewnętrznego powtarzania imienia, które przekroczył dla tej chwili w stanie, jaki adepci therawady mogliby nazwać dżhaną.
Końcem ścieżki kabalisty jest dewekut, w którym dusza poszukującego trzyma się Boga.

Kiedy kabalista stabilizuje swoją świadomość na tym poziomie, nie jest on dłużej zwykłym człowiekiem, ale człowiekiem nadnaturalnym, cadykiem czyli świętym, który porzucił łańcuchy ego. Cechy człowieka, który osiągnął ten poziom, obejmują spokój, obojętność na pochwały i zarzuty, poczucie bycia z Bogiem i prorokowanie. Wola ego jest zatopiona w boskiej woli, tak więc działania adepta służą raczej Bogu niż ograniczonej jaźni. Nie musi on już dłużej studiować Tory, ponieważ sam stal się Torą.
Pewien klasyczny komentator definiuje dewekut jako stan umysłu, w którym (Scholem, 1974, str.
175)…

…stale pamiętasz Boga i jego miłość, i nie możesz oderwać od Niego swojej myśli (…) kiedy z kimś rozmawiasz, twoje serce nie jest wcale z nim, ale nadal znajduje się przed Bogiem. Istotnie, dla tych, którzy osiągają ten etap, prawdą może być to, że ich duszom przyznane jest nieśmiertelne życie, nawet w tym ich życiu, ponieważ sami są mieszkaniem dla Ducha Świętego.

Chrześcijański hezychazm

Pierwsi mnisi chrześcijańscy byli pustelnikami; w czwartym wieku po Chrystusie żyli oni w najbardziej odosobnionych częściach jałowej egipskiej pustyni. Historia z tymtych czasów (Waddell, 1957, str. 57)
opowiada o tym, jak „pewien mnich przyniósł kiść winogron świętemu Makariuszowi”, jednemu ze swoich braci. Ale pustelnik ów…

…który w imię miłości myślał nie o własnych sprawach, ale o sprawach bliźnich, zaniósł ją innemu zakonnikowi, który był chory. Człowiek ten podziękował Bogu za dobroć swego brata, ale również myśląc bardziej o swoim sąsiedzie niż o sobie, zaniósł mu ją, tamten zaś jeszcze innemu i w ten sposób ta sama kiść winogron przechodziła z rąk do rąk przez wszystkie miejsca odosobnienia, jakie znajdowały się na pustyni, i nikt już nie wiedział, skąd się wzięła, aż trafiła w końcu do tego, który ją przyniósł.

Ojcowie Pustyni, podobnie jak dzisiejsi indyjscy jogini, uznali, że odosobnienie jest najlepszym miejscem do obcowania z Bogiem, gdyż w pustelni człowiek jest wolny od doczesnych rozrywek.

Praktyka medytacji i reguły życia tych wczesnych chrześcijańskich mnichów są bardzo zbliżone do wyrzeczeń ascetów hinduskich i buddyjskich.
Podczas gdy natchnieniem był dla nich Jezus i jego nauki, techniki medytacyjne, jakie przyjęli dla szukania swojego Boga, sugerują albo zapożyczenie ze Wschodu, albo też spontaniczne odkrycie.

Drogi Ojców Pustyni wpływają na chrześcijański monastycyzm, aż do dnia dzisiejszego; ich bezinteresowna miłość pozostaje przewodnim przykładem.
Stałe podtrzymywanie myśli o Bogu – dużo większe, niż u bhakta i kabalisty – było ostoją chrześcijańskiej wiary od samych początków jej istnienia; dzisiejsze odmawianie różańca jest nikłą pozostałością o wiele bardziej szczerego oddania się Bogu.

Thomas Merton (1960) uważa, że to, co dzisiaj praktykowane jest w kościołach chrześcijańskich jako „modlitwa”, jest jedyną przetrwałą formą kontemplacji z całego szeregu bardziej zaawansowanych praktyk. Ojcowie Pustyni medytowali powtarzając na głos lub szeptem określony zwrot z Pisma Świętego, co było chrześcijańskim ekwiwalentem mantry.

Najpopularniejsza była tzw. Modlitwa Jezusa: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”. W swej skróconej formie Kyrie eleison była ona powtarzana cicho w ciągu dnia „aż stawała się tak odruchowa i instynktowna, jak oddychanie”.

Ojcowie Pustyni kładli nacisk na czystość; ich ascetyczne czyny zostały okryte sławą. Św. Szymon Słupnik, jeden z najbardziej znanych, przez trzydzieści lat żył na wierzchołku słupa. Oczyszczenie było niezbędnym warunkiem dla koncentracji (podobnie mówi Yisuddhimagga); według słów jednego z Ojców, „dusza zanim nie zostanie oczyszczona z obcych myśli, nie może modlić się do Boga w kontemplacji”.

Sentencja końcowa jest więc taka, że życie w świecie odgrywa rolę jedynie o tyle, gdy odbija wewnętrzne życie kontemplacyjnej praktyki. Duch tej tradycji, zachowany we współczesnych regułach zakonnych, takich jak u benedyktynów trapisów, podsumowany został przez Abbę Doroteusza, jednego z wczesnych Ojców Pustyni, kiedy określał on kierunki duchowego treningu (Kadloubovsky and Palmer, 1969, str. 161):

Ponad wszystko, co musisz czynić, nawet jeśli jest to bardzo pilne i wymaga wielkiej troski, ważniejsze jest, abyś nie został wyrwany ze swojego stanu. Bądź pewny, że wszystko, co robisz, czy jest to duże czy małe, jest zaledwie jedną ósmą problemu, podczas gdy utrzymywanie swojego stanu niezakłóconym, nawet jeśli skutkiem tego nie wypełniasz swojego zadania, to pozostałe siedem ósmych. Tak więc skoro jesteś czymś zajęty i pragniesz to zrobić dokładnie, spróbuj tak uczynić – co, jak powiedziałem, będzie jedną ósmą problemu, a jednocześnie zachowaj swój stan nienaruszonym – co stanowi siedem ósmych. A jednak, jeśli wykonując swoje zadanie spierałbyś się, uważaj, abyś nie stracił siedmiu ósmych przez wzgląd na zachowanie jednej ósmej.

Tradycja praktykowania Modlitwy Jezusa, wywodząca się od Ojców Pustyni, chociaż zagubiona w chrześcijaństwie zachodnim, we wschodniej ortodoksji ulegała pewnym przemianom od czasów pierwszego tysiąclecia chrześcijaństwa. Powtarzanie Modlitwy jest spełnieniem nakazu Pawła, aby „modlić się zawsze”.
Wcześni Ojcowie nazywali to „sztuką sztuk i nauką nauk”, gdyż prowadzi to poszukującego ku najwyższej ludzkiej doskonałości. Ta tradycja zachowana jest w zbiorze wczesnych pism chrześcijańskich, znanych jako Filokalia (Kadloubovsky and Palmer, 1971). Ich tłumaczenie z greki na rosyjski, co miało miejsce na przełomie wieków XVIII i XIX, wywarło znaczny wpływ na odrodzenie się tych praktyk w Rosji (French, 1970).

Praktykowanie Modlitwy rozwija siłę koncentracji. Podobnie jak w hinduskiej bhakti, wstępnym warunkiem jest tu „prawdziwa pokora, szczerość, cierpliwość i czystość”.

Hezychiusz z Jerozolimy, kaznodzieja z piątego wieku, zalecający stosowanie Modlitwy Jezusa (nieprzerwana modlitwa duszy zagłębionej w kontemplacji znana jest dziś w Kościele Wschodnim jako hezychazm), opisuje ją jako duchową sztukę, która całkowicie uwalnia mnicha od porywczych myśli, stów i złych czynów i daje „nieomylną wiedzę Boga Niepojętego”. Praktyka modlitwy przynosi czystość serca, która jest „tym samym, co ochrona umysłu, utrzymywanie go doskonale wolnym od wszelkich fantazji” i wszystkich myśli.

Drogą do tej czystości jest bezustanne wołanie Chrystusa z doskonałą uwagą oraz jednoczesne opieranie się wszystkim innym myślom. Hezychiusz opisał myśli jako „wrogów, którzy są bez-cieleśni i niewidzialni, złośliwi i sprytni w zadawaniu szkód, zręczni, szybcy i wyćwiczeni w działaniach wojennych” – wchodzą one poprzez pięć zmysłów. Umysł pochwycony w zmysły czy opanowany doczesną myślą jest daleki od Jezusa. Aby przezwyciężyć świadomość wrażeń i osiągnąć uspokojenie umysłu, trzeba być z Nim.
Pośród „Reguł dla hezychastów” jest też instrukcja, aby znaleźć nauczyciela, który zachowuje w sobie ducha.

Poszukiwacz, kiedy już odnajdzie mistrza, poświęca mu siebie, spełniając wszystkie jego nakazy. Inne przepisy obejmują odizolowanie się w cichej i przyciemnionej celi, spożywanie tylko tyle, ile potrzeba, aby pozostać przy życiu, spokój, wypełnianie religijnych rytuałów, czuwanie i rzecz najważniejszą – praktykowanie Modlitwy.

Filokalia cytują św. Nila: „Kto chciałby widzieć, czym naprawdę jest jego umysł, musi uwolnić siebie od wszelkich myśli, a wtedy ujrzy go jako szafir czy odcień nieba.” Instrukcje dla uspokojenia umysłu zalecają siedzenie na niskim stołku w odosobnieniu swojej celi przez godzinę po przebudzeniu (lub dłużej, jeśli adept jest do tego zdolny), a w czasie tym powinien on „powstrzymywać swój umysł od wędrowania na zewnątrz i prowadzić go w ciszy do serca drogą powtarzania modlitwy: ‘Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną!’, połączonej z kontrolą oddechu.”

Kiedy wraz z praktyką możliwa staje się modlitwa z doskonałą jednopunktowością, „wtedy rezygnując z wielości i różnorodności, jednoczymy się z Jedynym i Jednością bezpośrednio we wspólnocie, która przekracza wszelkie zrozumienie”. Stan ten jest przypuszczalnie czymś na kształt dżhany.

Modlitwa nie powinna być ograniczona do określonych sesji, ale praktykowana bez rozpraszania uwagi podczas każdej czynności. Tak odprawiana modlitwa przynosi czystość doczesnej działalności.
Mnich, który opanował tę zdolność, ma postawę Chrystusa, ponieważ cieszy się doskonałą czystością serca. Celem wysiłków Ojców Pustyni było to, co Merton nazywa „nigdziością i nie-umysłowością” – stan znany jako spokojność, „spoczynek”, gdzie mnich traci całe zaabsorbowanie, które wiąże się z jego ograniczoną jaźnią. Połączone z ascetycznym życiem na pustyni praktykowanie modlitwy umożliwiało, według słów Mertona, „usunięcie powierzchownej jaźni i stopniowe wyłonienie się prawdy o tajemnej jaźni, w której wierzący i Chrystus są ‘jednym duchem’ „. Św. Izaak mówi, że ten, kto osiągnął bezwysiłkowy stan stałej modlitwy (Kodloubovsky and Palmer, 1971, str. 213)…

…dosięgną} szczytu wszystkich cnót i stal się mieszkaniem dla Ducha Św. (…) kiedy Duch Św.
przychodzi, aby zamieszkać w człowieku, człowiek nigdy nie przestaje się modlić, gdyż Duch Św. stale modli się w nim (…) W jedzeniu czy piciu, spaniu czy robieniu czegokolwiek, nawet w głębokim śnie, jego serce bez wysiłku przesyła modlitwę.

Akty oczyszczenia, głęboka medytacja i ostateczna realizacja w samoistnej czystości oraz stałe podtrzymywanie w pamięci Boga nie są ograniczone do wschodniej ortodoksji hezychastów.
Wątki te są dość powszechne w katolickich tradycjach kontemplacyjnych.
Zwolennikiem tych samych podstawowych praktyk był na przykład św. Augustyn; podobieństwo wejścia w dżhanę i zjednoczenia się z Jedynym w mistyce chrześcijańskiej jest dość wyraźne w jego Wyznaniach.

Augustyn był orędownikiem długiego procesu wyrzeczenia się, samopodboju i praktykowania cnoty jako przygotowania do „wchodzenia w kontemplację Boga”. Tylko taka ascetyczna dyscyplina wewnętrzna może spowodować Daniel Goleman ponowne uporządkowanie podstawy dla wejścia w wyższe etapy duchowego życia. Augustyn jest dość stanowczy w tym, że dopóki mnich nie stanie się „oczyszczony i uzdrowiony”, nie może zacząć właściwej praktyki tego, co nazywa on „kontemplacją”.

Sama kontemplacja wymaga „pamięci” i „introwersji”. Pamięć jest koncentrowaniem umysłu, odpędzaniem wszystkich wyobrażeń, myśli i sensorycznego postrzegania. Dopiero po oczyszczeniu umysłu ze wszystkich jego rozproszeń może rozpocząć się intro-wersja.
Koncentruje ona umysł na jego własnej najgłębszej części, która widziana jest jako ostatni krok, zanim dusza odnajdzie Boga: „Umysł wydobywa siebie z wszelkich czczych rzeczy tego świata, które go oplatają, a czyni to, aby widzieć siebie w sobie”. Mając takie widzenie, dusza dochodzi do Boga „w sobie i ponad sobą”.

Augustyn opisuje fizyczną stronę stanu wywołanego przez to doznanie, stosując określenia, jakich używa również Yisuddhimagga przy opisie czwartej dżhany (Butler, 1966, str. 50):

Kiedy uwaga umysłu jest w całości odwrócona i wycofana ze zmysłów ciała, nazywane to jest ekstazą.
A wtedy nie jest widziany jakikolwiek z obecnych przedmiotów; nie są słyszane również żadne głosy.
Jest to stan istniejący w połowie drogi pomiędzy snem a śmiercią. Dusza porwana jest w taki sposób, że odsuwa się od materialnych zmysłów bardziej niż podczas snu, ale mniej niż w chwili śmierci.

Reguła św. Benedykta przedstawia tę drogę jako stopnie „pokory” bądź czystości. Na dwunastym stopniu (i wyższych) mnich nie tylko sprawia wrażenie pokornego, ale ma autentyczną wewnętrzną pokorę. Jego pokora wywodzi się ze stałej myśli, bardzo podobnej do Modlitwy Jezusa: „Panie, jestem grzesznikiem i nie jestem godzien wznieść swoich oczu ku niebu”. W tym punkcie wymagająca przedtem dużego wysiłku wewnętrzna dyscyplina staje się łatwa (Doyle, 1948, str. 28-29):

Zatem wspiąwszy się na wszystkie stopnie pokory mnich dojdzie wkrótce do tej doskonałej miłości Boga, która wykorzenia strach. I wszystkie te nakazy, których przestrzegał on przedtem ze strachu, zacznie teraz wypełniać z powodu tej miłości, bez żadnego wysiłku, jak gdyby naturalnie i przez przyzwyczajenie. Jego bodźcem nie będzie już dłużej strach przed piekłem, ale raczej miłość Chrystusa, dobre przyzwyczajenie i zachwyt z cnót, które Pan raczy umieścić przez Ducha Św. w jego słudze, oczyszczonym teraz z wad i grzechu.

D. Goleman Medytujący umysł

Powiązane posty

Medytacja chodząca

Ból a medytacja

Myśleć czy medytować…

Czy Twoje życie ucieka?

Medytacja a egoizm

Emocje i myśli podczas medytacji

Medytacja – praktyka czy tajemnica?

Twórczy umysł

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

krea
Umysł nieświadomy a umysł twórczy

Na początku wieku XIX, gdy badacze ludzkiego zachowania zaczęli naukowo studiować ludzkie zachowania, stwierdzono, że umysł człowieka jest w swym działaniu dwoisty. Część tego umysłu znajdująca się poniżej poziomu świadomości została nazwana podświadomością.
Sądzono wtedy, że umysł świadomy, ze swą zdolnością myślenia, planowania, przewidywania, będzie umysłem niejako panującym, a ten drugi będzie mu służył. Było to bardzo dalekie od prawdy. Jak się wkrótce dowiesz, to umysł podświadomy jest prawdziwym siedliskiem inteligencji i mocy.

Nikt jeszcze nie miał tyle inteligencji świadomie, ile każdy z nas posiada jej nieświadomie! Przedrostek „pod-”, wiadomo, oznacza, że coś znajduje się niżej i najprawdopodobniej jest ze swej istoty niższe, gorsze, słabsze. To samo dotyczy przedrostka „sub-”, pochodzącego z łaciny i używanego choćby w angielskiej nazwie „podświadomości” — „subconscience”.

Czemu więc, skoro podświadomy umysł jest siedliskiem inteligencji, nazywamy go podświadomym?
Nasze myśli i działania są cały czas prowadzone przez umysł podświadomy — niezależnie od tego, czy prowadzeni jesteśmy do sukcesu i szczęścia, czy też do porażki i rozpaczy.
Kiedy tylko wyrobimy w sobie nastawienie odpowiednie do odnoszenia sukcesów, nasza podświadomość będzie nas wiodła — w myślach i działaniach — do sukcesu i szczęścia. Jeśli zaś tak jest, to czy nie zgodzisz się, iż nazwa Twórczy Umysł byłaby bardziej odpowiednia?
Z pewnością też tak uważasz, więc od tej strony za każdym razem, gdy wspomnę o Twórczym Umyśle, mam na myśli to, co przedtem nazywaliśmy podświadomością.

Nasz psychiczny generator

Oto bardzo uproszczony model Twórczego Umysłu i jego relacji ze świadomością.
Jako porównania użyjemy dużej fabryki.
Każda wielka firma, jak z pewnością wiesz, ma swego prezesa zarządu i dyrektora zarządzającego. Ma też oczywiście wielu pracowników średniego szczebla: wiceprezesów, sekretarzy, księgowych itd. Dla uproszczenia uwzględnimy jedynie prezesa zarządu i dyrektora zarządzającego. Przyjmijmy, że to jest firma produkująca samochody.
Prezes zarządu jest odpowiedzialny za planowanie, dyrektor zarządzający realizuje te plany. Kiedy rozważa się nowy model samochodu, prezes zarządu podejmuje decyzję o wszystkich zmianach w stosunku do poprzednich modeli. Potem te decyzje przekazuje się dyrektorowi zarządzającemu.
Projektanci i kreślarze otrzymują polecenie narysowania tego wszystkiego, wykonuje się modele, fabryka zostaje wyposażona we wszystko, co potrzebne do produkowania nowego modelu…
I tak dalej — aż w końcu samochód zjeżdża z taśmy ze wszystkimi zmianami zaplanowanymi przez prezesa zarządu. Ten opis daje idealny obraz stosunków pomiędzy świadomością a Twórczą Inteligencją.
Świadomość jest prezesem zarządu, Twórcza Inteligencja zaś dyrektorem zarządzającym.
Świadomość zajmuje się myśleniem, planowaniem, ocenianiem.
Twórcza Inteligencja wykonuje polecenia.

Przyjmijmy, dla zilustrowania tej sprawy, że ktoś zaledwie wiąże koniec z końcem. Ma co położyć na stole i dość, by zapłacić czynsz, ale nigdy nie pozostaje mu dość pieniędzy na eleganckie ubrania, rozrywki itd. Nagle nachodzi go potężna myśl. Zaczyna widzieć sam siebie jako człowieka sukcesu.
– Zaczyna myśleć w kategoriach „JESTEM CZŁOWIEKIEM SUKCESU”. Co się wtedy dzieje? Jego dyrektor zarządzający — Twórczy Umysł — akceptuje myśl „JESTEM CZŁOWIEKIEM SUKCESU” jak rozkaz.

Jest to ten nowy model samochodu, którego produkcję zarządził prezes zarządu — świadomość. Teraz więc, całkiem tak samo, jak dyrektor zarządzający wydałby polecenia wszystkim podległym mu kierownikom oddziałów, Twój własny dyrektor zarządzający — Twórczy Umysł — zaczyna wysyłać instrukcje swym podwładnym w Twoim ciele.
Twój dyrektor zarządzający wie, że aby być człowiekiem sukcesu, trzeba wyglądać jak ktoś taki. Uczyni Cię energiczniejszym, sprawi, że zaczniesz chodzić sprężystym krokiem, nada Twojemu wzrokowi wyraz zdecydowania, a Twojemu głosowi brzmienie ewokujące sukces. Najważniejsze jednak jest to, że Twój dyrektor zarządzający tak pokieruje Twoimi myślami, że poprowadzą Cię, byś robił właśnie te rzeczy, które Ci sukces przyniosą.
Twój dyrektor zarządzający pokieruje Twoim myśleniem w tę stronę, która doprowadzi Cię do sukcesu.

Kilka lat temu przyszedł do mnie pewien człowiek — z nadzieją, że pomogę mu znaleźć pracę. Był w poważnych tarapatach. Zalegał z czynszem. Właśnie mu wyłączyli telefon. Sklepikarz, u którego kupował żywność, właśnie przestał mu dawać na kredyt. Poprosiłem tego człowieka, by w ciągu następnych 24 godzin powtarzał sobie możliwie często, a szczególnie przed udaniem się na spoczynek: „Jestem człowiekiem sukcesu”. Wydawało mu się to absurdalne, ale obiecał mi, że będzie tak robił.

Następnego ranka obudził się z takim zapałem, by wyjść i udowodnić, że jest człowiekiem sukcesu, że po prostu wrzucił w siebie śniadanie w maksymalnym pośpiechu, aby zaoszczędzić każdą minutę. Wychodząc z domu, zamiast powłóczyć nogami z uczuciem, że czeka go kolejny beznadziejny dzień, pomaszerował z uniesioną głową i wypiętą klatką, z nastawieniem, że idzie na spotkanie świata pełnego znakomitych możliwości, z których może sobie dosłownie wybrać tę, która mu najbardziej będzie odpowiadać.

Mijając dom towarowy, ten niemal na nowo narodzony człowiek ujrzał w jego oknie niewielką wywieszkę z tekstem: „Poszukuje się sprzedawcy do działu artykułów żelaznych”. Popatrzył na nią przez chwilę, po czym zdecydowanym krokiem wszedł do sklepu. W dziale personalnym stanął naprzeciw człowieka, od którego zależało zatrudnianie nowych pracowników.
„Proszę pana”, powiedział ten nasz bohater, „nie mam doświadczenia w sprzedawaniu artykułów żelaznych, ale uwielbiam narzędzia i naprawdę sądzę, że mógłbym dobrze wykonywać pracę, o której mówi wasza wywieszka w oknie”. Śmiały i pewny siebie sposób, w jaki ten kandydat zwracał się do personalnego, sprawił znakomite wrażenie. Padło tylko kilka wstępnych pytań. „Chciałbym dać panu szansę wykazania się. Może pan zacząć jutro rano”, powiedział człowiek siedzący za biurkiem.
Wszystko to działo się kilka lat temu. Człowiek, o którym Ci opowiadam, dzisiaj jest szefem tego wydziału i zarabia naprawdę dobrze. Kupił wygodny dom, jeździ nowiutkim samochodem, a także świetnie dba o wszelkie potrzeby swej żony i ich dziecka.

Przeciętny człek — z tych, co to „nigdy mi się nie uda” — uważa, że droga do sukcesu jest długa i kręta.
Czy tak jest naprawdę?
Opisany przed chwilą przypadek wskazuje, że tak nie jest. Dla tego człowieka trend odwrócił się radykalnie w ciągu 24 godzin.

Po zainstalowaniu wzorca w jego Twórczym Umyśle stał się on, prowadzony przez ten właśnie Twórczy Umysł, człowiekiem sukcesu.
Czy to nie jest dla Ciebie rewelacyjne odkrycie?
Czy nie trudno Ci uwierzyć, że szedłeś przez życie, pragnąc różnych rzeczy i nie zdając sobie sprawy z tego, że dzięki Twórczemu Umysłowi nie musisz tylko pragnąć, mając dosłownie w zasięgu ręki siłę, która te Twoje marzenia spełni?

Osiągnięcie finansowego sukcesu absolutnie nie jest jedynym możliwym zastosowaniem Twojego Twórczego Umysłu, jak Ci to wykażę w następnej historii.

Pewna samotna „stara panna” ubolewała, że nie jest atrakcyjna dla płci przeciwnej i dlatego skazana jest na życie w pojedynkę. Otrzymała polecenie, by myślała takie rzeczy, jak: „Jestem atrakcyjna dla mężczyzn. Spotkam mężczyznę, którego uczynię szczęśliwym i który mnie uczyni szczęśliwą”.
Jak myślisz, co się wydarzyło?
W ciągu paru tygodni spotkała wspaniałego człowieka i w zaledwie cztery miesiące później byli już małżeństwem. Kiedy ostatnio o nich słyszałem, byli rajsko szczęśliwi.

Historie takie jak powyższe mogłyby komuś nasunąć podejrzenie, że pozwalam sobie na jakieś mrzonki.
Jednak tak nie jest.
Są one po prostu kolejnymi dowodami na to, co Twórczy Umysł może dla Ciebie uczynić, jeśli go do tego skłonisz.
Po prostu poprzednio ta kobieta, o której Ci teraz mówiłem, nie była dość miła wobec ludzi, za to była egoistką, myślącą wyłącznie o sobie.
Twórczy Umysł, który — jak wiesz — posiada zdolność rozumowania niezależną od umysłu świadomego, poprowadził tę kobietę tak, że stała się bardziej przyjazna ludziom i mniej egoistyczna. Nie jest wcale trudno dostrzec czyjeś przyjazne nastawienie do nas, a mężczyźni lubią towarzystwo przyjaznych kobiet. I tutaj leży cała tajemnica.
Spotkała mężczyznę, który szybko znalazł się pod jej urokiem. W miarę jak spędzali razem coraz więcej czasu, względy, które ona mu okazywała, sprawiały, że zaczął myśleć o spędzeniu razem z nią życia. Pobrali się więc i jestem pewien, że żyć będą razem szczęśliwie aż po grób. Przez piętnaście lat mojego życia byłem popularną tzw. „osobowością radiową”.

W San Francisco miałem przez ponad dziesięć lat codzienną trzydziestominutową audycję. Zazwyczaj publiczność szybko się nuży słuchaniem półgodzinnej pogadanki przez siedem dni w tygodniu, jednak w moim przypadku tak nie było.
„Staje się pan stale lepszy i lepszy”, pisano mi w niezliczonych listach.
Wcale nie staram się przedstawić siebie jako kogoś nadzwyczajnego, ponieważ nikim takim nie jestem. Nie robiłem niczego, czego i Ty nie potrafiłbyś robić. Moją tajemnicą, która pozwalała mi przyciągać aż do 70 procent przychodzących do tamtej stacji listów od słuchaczy, było to, iż w pełni wykorzystywałem mój Twórczy Umysł.

Skrypt dla trzydziestominutowego programu normalnie wymaga co najmniej czternastu stron maszynopisu o podwójnych odstępach między wierszami. Ja używałem jedynie jednej kartki najbardziej ogólnych notatek. Inaczej mówiąc, praktycznie cała pogadanka była improwizowana.
Trzeba zaś pamiętać, że konieczny był nieprzerwany strumień słów.
Każdego dnia, zanim weszliśmy na antenę, powtarzałem sobie: „Ta audycja będzie najlepszą ze wszystkich, jakie kiedykolwiek zrobiłem”. I tak właśnie się działo. Zaraz po przywitaniu mych słuchaczy strumień myśli zaczynał płynąć i płynął nieprzerwanie aż do chwili, gdy zegar wskazał, że nadszedł czas, by powiedzieć „good-bye”.

Moi wydawcy często dziwią się, jak niewiele poprawek trzeba czynić w moich rękopisach. Autorzy często muszą całkiem od nowa pisać całe duże fragmenty swych książek, zanim zostaną one zakwalifikowane do druku. Czasem nawet wszystko.

W mojej ostatniej książce „I Will” ani jedna strona nie musiała zostać przepisana.
Czy się chwalę?
Wcale nie! Nie jestem bowiem w niczym lepszy od Ciebie. Po prostu czynię użytek z pewnej siły, którą wszyscy posiadamy.
Używam Twórczego Umysłu, który zawsze jest gotów mnie poprowadzić. Zanim zasiadłem do maszyny do pisania, przemawiałem do mego Twórczego Umysłu. Zazwyczaj mówiłem coś w rodzaju: „Moje myśli są prowadzone w taki sposób, że ta książka okaże się pomocna wszystkim, którzy ją przeczytają”.
I wyglądało, jakby mi jakiś wewnętrzny głos dyktował — myśli płynęły bowiem nieprzerwanym strumieniem. Proszę Cię, nie czytaj tego i nie mów sobie:
„Fajnie to brzmi, kiedyś mam zamiar to wypróbować”.
„Mam zamiar” to nie jest dobry zwrot.

Można sobie mówić „mam zamiar” — i nawet jeśli nie spróbujesz tego zrobić przez dziesięć lat, to i tak będzie to prawda. Zamiast mieć zamiar coś zrobić — po prostu to zrób! Nigdy nie poznasz potęgi Twórczego Umysłu, zanim jej nie wykorzystasz. Daj mu szansę, by Ci wykazał swe możliwości. Właśnie w tej chwili czeka on na Twój rozkaz.
Nie podchodź do Twórczego Umysłu negatywnie. Nie mów sobie: „Spróbuję i zobaczę, czy to u mnie zadziała”. Słowo „próbować” wskazuje na wątpliwości. Nie próbujemy robić rzeczy, które wiemy, że zrobić potrafimy — po prostu je robimy. Zwrot „czy to u mnie zadziała” także wyraża wątpliwość. Pomyśl o czymś dobrym, co chciałbyś, by się zdarzyło.
Na przykład załóżmy, że masz jutro do podjęcia ważną decyzję. W tej chwili jesteś zagubiony i nie wiesz, który kierunek wybrać. W porządku! Już teraz zacznij w swym umyśle utrzymywać myśl w rodzaju: „Co do tej decyzji, którą mam podjąć, to zostanę poprowadzony tak, iż decyzje przeze mnie podjęte będą najlepsze dla wszystkich zainteresowanych”.
Powtórz to kilka razy, a szczególnie wtedy, kiedy idziesz spać. Wiedz, że kiedy będziesz miał podejmować swą decyzję, plan działania będzie dla Ciebie przygotowany. Zdziwisz się, widząc, jak logiczne jest Twoje myślenie i jak instynktownie wiesz, że Twoja opinia jest rozsądna.
Nie kończ jednak na tym. Daj swemu Twórczemu Umysłowi następne zadanie. Z tym nie da się przesadzić. Jak dobrze przygotowany samochód, zawsze gotowy, by Ci służyć, Twój Twórczy Umysł czeka tylko na instrukcje, które ma wykonać. Zapamiętaj! Twój Twórczy Umysł nigdy nie jest bezczynny.
Zawsze pracuje — albo na Twoją korzyść, albo też przeciw Tobie. Czyż nie jest zatem właściwe, byś mu zawsze dawał pracę, z której Ty będziesz miał korzyść?

Fragment  z darmowego ebooka, Ben Sweetland – Bogac sie kiedy spisz

Powiązane

Wizualizacja. Materializacja marzeń. Sekret.

Co posiejesz – to zbierzesz. Sztuka kahuńskiej wizualizacji.

Co cię powstrzymuje przed realizacją marzeń?

Zaufanie – w realizacji marzeń

Jak oduczyć sie sabotować własne marzenia?

Przełamując fale…. I życiowy impas :)

Ciekawe cytaty z filmów

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

yoda

We are who we choose to be….
Jesteśmy tym, kim wybieramy być
Spiderman

*

There is a difference in walking the path and knowing the path
Jest różnica pomiędzy poznaniem ścieżki, a kroczeniem po niej.
Martix

*

Luke: What’s in there?
Yoda: Only what you take with you.
Luke:Co tam znajdę?
Yoda:Tylko to co weźmiesz ze sobą.

Luke: I, I don’t believe it.
Yoda: That is why you fail.
Luke: Nie moge w to uwierzyć!
Yoda : I dlatego ponosisz porażkę

You must unlearn what you have learned.
Musisz się oduczyć tego co się nauczyłęś

Do… or do not. There is no try.
Rób lub nie rób. Nie próbuj.

Train yourself to let go… of everything you fear to lose.
Trenuj się w uwalnianiu od tych rzeczy, których najbardziej boisz się utracić.
Star Wars

*

To live in fear, thats what it is to be a slave
Żyć w strachu – to znaczy być niewolnikiem
Blade Runner

*
We all began – something else
Wszyscy zaczynaliśmy, jako ktoś inny
Riddick Chronicles

*

Everything has a purpose, even this, and it’s up to you to find it.
Wszystko ma swój cel, nawet to, i od ciebie zależy czy go odnajdziesz

There is only the Journey
Jedyne co jest to Podróż.

This moment is the only thing that matters.
Ten moment, to jedyne co ma znaczenie
Peaceful warrior

*

That’s how i did it, i never saved anything for the swim back.
I tak właśnie tego dokonałem – nie zostawiając sobie rezerwy sił na powrót.

For someone who was never meant for this world, I must confess I’m suddenly having a hard time leaving it. Of course, they say every atom in our bodies was once part of a star. Maybe I’m not leaving… maybe I’m going home.
Jak na kogoś komu ten świat nie był nigdy przeznaczony, muszę wyznać że odczuwam nagłą niechęć do opuszczania go. Oczywiście, mówi się że każdy atom naszego ciała był kiedyś częścią gwiazd. Może zatem nie odlatuję? Może powracam do domu?
Gattaca

*

You can kill me, but you cannot defeat me
Możesz mnie zabić, ale nie możesz mnie pokonać.
Star Trek :TNG

*

Our lives are defined by opportunities, even the ones we miss.
Nasze życie definiują sposobności, nawet te których nie wykorzystujemy.
The Curious Case of Benjamin Button

*

When you’re climbing your mind is clear and free from all confusions. You have focus. And suddenly the light becomes sharper, the sounds are richer and you’re filled with the deep, powerful presence of life.
Kiedy się wspinasz, twój umysł jest wolny od wszelkiego pomieszania. Jesteś skupiony. I wtedy nagle światło staje się wyraźniejsze, dźwięki bogatsze, i wypełnia cię głęboka, potężna obecność życia.
Seven Years in Tibet

*

Oogway: Niektórzy spotykają swoje przeznaczenie właśnie na tej drodze, której chcą uniknąć
KungFu Panda

*

Zapraszam wszystkich do dodawania swoich własnych ulubionych cytatów w komentarzach :)!

Zobacz też
Kosmiczna mądrość. Cytaty z Andromedy.

Inspirujące cytaty sławnych ludzi

Bądź wolny! – inspirujące cytaty E. Tolle

Koniec cierpienia – inspirujące cytaty z Thich Nhat Hanh

Proste odpowiedzi na trudne pytania. Inspirujące cytaty E. Tolle


Poczucie szcześcia a negatywne uczucia wobec innych

Tagi

, , , , , , ,

koles

Fragment wykładu A. de Mello,  „Przebudzenie”

Podczas jednej z moich konferencji ktoś podzielił się następującym przeżyciem:

- Chciałem opowiedzieć wam coś wspaniałego, co autentycznie mi się przydarzyło. Poszedłem do kina i wkrótce po tym pracowałem nad ważnym dla mnie problemem. Miałem kłopoty z trzema osobami w moim życiu. Powiedziałem więc sobie: „Dobrze, zrobię tak, jak to widziałem na filmie = wyjdę poza siebie”.
W ciągu kilku godzin uzyskałem dobry kontakt ze swymi uczuciami, z tymi negatywnymi uczuciami wobec wspomnianych osób. „Naprawdę nienawidzę tych ludzi” – stwierdziłem. „Jezu, jak możesz mi pomóc?” Chwilę później rozpłakałem się, gdy zdałem sobie sprawę, że Jezus umarł również za tych ludzi i że nie są oni winni tego, jakimi są. Tego popołudnia musiałem iść do biura i rozmawiać z nimi. Opowiedziałem im o swoich problemach, a oni zgodzili się ze mną. Nie doprowadzali mnie już do szaleństwa i nie czułem wobec nich nienawiści.

Ilekroć żywisz wobec kogoś negatywne uczucia, żyjesz iluzją, coś jest z tobą nie tak.
Nie widzisz tego, co rzeczywiste, coś wewnątrz ciebie musi ulec zmianie.

Co jednak zazwyczaj robimy, kiedy te negatywne uczucia nas ogarniają? – „On jest winny, ona jest winna. Oni powinni się zmienić”. Nie! Świat jest w porządku. To z tobą nie jest w porządku. Tym, który ma się zmienić, jesteś ty.

Ktoś z was opowiadał o pracy. Podczas zebrania pracowników pewien człowiek powiedział:

- Jedzenie tutaj śmierdzi
– a dietetyczka omal nie wyleciała ze złości w powietrze. Identyfikowała się z jedzeniem. Tak, jakby mówiła: „Każdy, kto atakuje pożywienie, atakuje mnie. Czuję się zagrożona!”
Ale „ja” nigdy nie jest zagrożone, to tylko „moje” zostało zagrożone.

Załóżmy jednak, że jesteś świadkiem wciąż powtarzającej się niesprawiedliwości; czegoś, co jest w oczywisty i obiektywny sposób złe.  Czy nie byłoby słuszną rzeczą powiedzieć, że nie powinno to mieć miejsca?
Czy nie należałoby się w jakiś sposób zaangażować w skorygowanie sytuacji, która jest zła?
Mam nadzieję, że nie zakładaliście, iż powiem: nie powinniście nic robić. Powiedziałem tylko, że jeśli nie będzie w was negatywnych emocji, będziecie znacznie bardziej efektywni.
Kiedy w grę wchodzi negatywne uczucie, jesteście ślepi. Na scenę wkracza „moje” i wszystko idzie na opak. Tam, gdzie borykaliśmy się z jednym problemem, teraz mamy dwa.

Wiele osób błędnie przyjmuje, że nie mieć negatywnych emocji, takich jak złość, resentyment, nienawiść oznacza nierobienie niczego w danej sytuacji.
Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie jesteś pod wpływem emocji, ale szybko przechodzisz do działania. Stajesz się bardzo wyczulony na ludzi i sprawy dookoła ciebie.

To, co zabija wrażliwość, to właśnie tak zwana „uwarunkowana jaźń”. Ma to miejsce wtedy, kiedy tak bardzo identyfikujesz się z „moje”, że jest tego „moje” zbyt wiele, byś mógł widzieć sprawy obiektywnie.
To bardzo ważne, aby przystępując do działania widzieć wszystko z pewnym dystansem. A negatywne emocje taki dystans uniemożliwiają. Czy wobec tego istnieje taki rodzaj pasji, która motywuje nas czy też aktywizuje naszą energię do walki z jakimś obiektywnym złem?
Czymkolwiek by nie była, nie jest to mechaniczna reakcja, ale świadome działanie.

Niektórzy z was zastanawiają się zapewne, czy istnieje jakiś przejściowy obszar, nim coś stanie się częścią mnie, nim dojdzie do identyfikacji.
Powiedzmy, że umiera przyjaciel. Jest rzeczą ludzką i słuszną, że odczuwamy smutek.
Ale jaka to jest reakcja?
Litujesz się nad sobą?
Co właściwie opłakujesz? Pomyśl o tym.

To, co powiem, zabrzmi okropnie, ale jak już powiedziałem – przychodzę z innego świata.

Reagujesz na tę śmierć jak na osobista stratę, prawda? Opłakujesz swoje „mnie” i innych ludzi, którym przyjaciel mógł przynieść radość. Ale to oznacza, że przykro ci z powodu innych ludzi, którym jest przykro z własnego powodu. Gdyby nie było im przykro z własnego powodu, to z jakiego?
Nigdy nie czujemy żalu z powodu utraty czegoś, czego prawo do wolności uznaliśmy, czego nigdy nie usiłowaliśmy posiąść. Smutek jest oznaką tego, że uzależniłem swoje szczęście od jakiejś rzeczy lub osoby, przynajmniej w pewnym zakresie.

Do tego stopnia przyzwyczailiśmy się do tego, że kiedy słyszymy coś przeciwnego, to takie stwierdzenie brzmi dla nas nieludzko.

A przecież wszyscy mistycy o tym nam właśnie mówili. Nie twierdzę, że „mnie”, czyli uwarunkowana jaźń, nie będzie czasami wpadała w stare koleiny. W ten sposób nas uwarunkowano. Rodzi się jednak pytanie, czy możliwe jest przeżycie życia, w którym byłoby się tak całkowicie samotnym, że nie zależałoby się już od nikogo.

Wszyscy w jakimś stopniu wzajemnie od siebie zależymy. Zależymy od rzeźnika, piekarza, producenta świec. Jest to zależność wzajemna. To dobrze! W ten sposób tworzymy społeczeństwo. Powierzamy pewne funkcje różnym ludziom dla dobra nas wszystkich – tak, byśmy funkcjonowali lepiej i żyli efektywniej.
Taką przynajmniej mamy nadzieję. Być od kogoś zależnym psychicznie, być od kogoś zależnym emocjonalnie – co to ze sobą niesie?
Oznacza to, że moje szczęście zależne jest od innej istoty ludzkiej.

Pomyślcie o tym. Jeśli tak jest, to następnie, bez względu na to czy sobie uświadamiacie to, czy nie, żądacie od innych, by jakoś przyczynili się do waszego szczęścia.
A wówczas pojawia się następny krok: strach.
Strach przed utratą, strach przed alienacją, strach przed odrzuceniem i wzajemna kontrola.

Nie żądam, abyś uczynił mnie szczęśliwym; moje szczęście nie jest zależne od ciebie. Jeśli mnie opuścisz, nie będę rozczulał się nad sobą, twoje towarzystwo sprawia mi wielką radość, ale nie mogę zatrzymywać cię kurczowo dla siebie. Cieszę się bez potrzeby zawłaszczania tego, co sprawia mi radość. To, co naprawdę mnie cieszy, to nie ty; to coś większego niż ty i ja.
To coś – jak odkryłem – jest podobne do symfonii, jest osobliwym rodzajem orkiestry grającej jakąś melodię w twojej obecności, ale kiedy odejdziesz, orkiestra grać nie przestanie. Gdy spotkam kogoś innego, gra ona inną melodię, równie zachwycającą. A kiedy jestem sam, orkiestra gra nadal. Jej repertuar jest olbrzymi, nigdy grać nie przestaje.

I tego właśnie dotyczy przebudzenie.

A. de Mello, Przebudzenie

Powiązane

Życie to lekcja

Historia pewnego przebudzenia

Czy przeraża Cię Pustka?

Los, karma, wolna wola?

Przebudzenie.

Potrzeba bezpieczeństwa i cykl ofiary

Tagi

, , , , , , , , ,

rise3

Potrzeba bezpieczeństwa jest utożsamianiem się z lękiem przed swą bezsilnością i słabością.
Musimy mieć, przychodzącą z zewnątrz, pewność, że zawsze będziemy mieli jakieś posiadłości, pieniądze, dom, sukces, partnera życiowego lub kogoś, kto się nami zaopiekuje, zapewni nam udane życie, rozwiąże nasze problemy i uczyni nas szczęśliwymi.
Ale bezpieczeństwo oparte na rzeczach zewnętrznych jest mitem i pułapką.
Sytuacje i ludzie zmieniają się. Możemy stracić całe nasze mienie i pieniądze, a nasi bliscy mogą umrzeć lub odejść.

Potrzeba bezpieczeństwa jest wyuczoną, uwarunkowaną pozostałością z dzieciństwa. Wynika z lęku i braku zaufania do siebie, co z kolei rodzi się z braku wiedzy, że jedynym prawdziwym bezpieczeństwem jest bezpieczeństwo wewnętrzne, czyli nasze Prawdziwe Ja.
Jeśli nigdy naprawdę nie doświadczymy tej wewnętrznej prawdziwej części siebie, zawsze będziemy pokładać zaufanie w rzeczach i ludziach, którzy są na zewnątrz nas. To w końcu doprowadzi nas do rozczarowania i braku poczucia szczęścia.

Poleganie na rzeczach zewnętrznych łatwo przekształca się w zależność i nałogi, ponieważ, wierząc, że potrzebujemy ich do swego szczęścia, oddajemy im panowanie nad sobą. Skupiamy się na świecie zewnętrznym, podczas gdy nasz świat wewnętrzny spychamy do podświadomości. Raj zostaje utracony, wewnętrzne przebudzenie – zatrzymane.

Utożsamiając swe szczęście i powodzenie z tym, co się dzieje w świecie zewnętrznym, usiłujemy tam wprowadzić zmiany na wypadek, gdybyśmy stali się nagle nieszczęśliwi. Przypomina to malowanie domu z zewnątrz w nadziei, iż dzięki temu wnętrze będzie wyglądało lepiej.

Wewnętrzne bezpieczeństwo i szczęście odnajdujemy tam, gdzie one naprawdę są – w sobie. Zmiana zawodu, partnera, przyjaciół, kochanka, miejsca zamieszkania, otoczenia itp. nie ma najmniejszego znaczenia dla naszego stanu wewnętrznego.
Jeśli czujemy się źle, żadna przeprowadzka ani inna zewnętrzna zmiana nic nie zmieni w naszych uczuciach. Może na krótko, ale dawna tęsknota i pustka szybko powrócą, gdyż zabieramy siebie wszędzie, dokądkolwiek idziemy.

Pokładanie zaufania w rzeczach zewnętrznych, szczególnie w ludziach, prawie automatycznie wprowadza nas w stan emocjonalnej zależności i czyni nas ofiarami.

PIĘĆ ELEMENTÓW CYKLU OFIARY

1. Postrzeżenie niepożądanej sytuacji.

2. Uświadomienie sobie sytuacji i porównywanie jej z wcześniejszą sytuacją.

3. Osądzanie, zaklasyfikowanie jej jako złej i wytworzenie określonych uczuć wobec niej.

4. Stawianie oporu, walka, kreowanie napięcia w ciele, kontrolowanie oddechu i stłumienie uczuć.

5. Nieświadome utożsamianie siebie z rolą ofiary i szukanie ucieczki.

Miłość i radość są naszymi naturalnymi uczuciami, natomiast czucie się ofiarą wymaga wysiłku – musimy pamiętać o kłamstwach, który sobie powiedzieliśmy, o podziale na „dobre i złe”, o winie, poczuciu własnej ważności i użalaniu się nad sobą; musimy pamiętać iluzje z przeszłości i udawać, jeśli nie wierzyć, że są prawdziwe; musimy żyć doświadczaniem tego świata, który sami świadomie lub nieświadomie wykreowaliśmy, ale udajemy, że przychodzi do nas z zewnątrz.
Czucie się ofiarą – to oddawanie się iluzjom, bólowi i cierpieniu.

Zdumiewa mnie niechęć ludzi do zbadania, dlaczego ich życie jest nieudane. Wydają tysiące dolarów i spędzają mnóstwo czasu na seminariach i warsztatach, próbując się udoskonalić, ale nie poświęcają ani chwili na zrozumienie, co się dzieje teraz, w danym momencie. Gdyby naprawdę poobserwowali siebie bez przywiązania, uzyskaliby prawdziwe poznanie i wolność.

Mając świadomość, możemy zacząć przełamywać ten cykl.
Przełamujemy go, uświadamiając sobie, że życie jest procesem przebudzenia.
Jeśli zrozumiemy, że to prawda, możemy wykorzystać cykl ofiary do przebudzenia się. Jeżeli zrozumiemy to, co tu jest napisane, zdobędziemy narzędzie do „zintegrowania” każdej negatywności i cierpienia, które pojawi się na naszej drodze.
– Nie zdążyliśmy na autobus!
Jakaż to wspaniała okazja do obserwowania swych osądów związanych z tym wydarzeniem.
– Krytykują nas i oto mamy kolejną wspaniałą szansę, by zaobserwować, jak ciężko pracują nasi ministrowie, by wzbudzić w nas nieprzyjemne uczucia.
– Przyjaciel nie przyszedł na umówione spotkanie i czekamy na niego w deszczu całą godzinę. Jaka wspaniała okazja do przebudzenia się i otworzenia na proces życia.
Celebrujmy wszystko! :)

JAK UWOLNIĆ SIĘ OD NEGATYWNYCH UCZUĆ

1. Uświadom sobie negatywne uczucie (reakcję).

2. Zauważ, że to uczucie jest w tobie, a nie w zewnętrznych sytuacjach.

3. Zdaj sobie sprawę, że uczucie jest tylko reakcją i nie ma nic wspólnego z twoim Esenscjalnym Ja.

Ciągle pojawiają się nowe, dokuczliwe dla nas sytuacje i gdy tylko poczujemy się nieszczęśliwi, możemy przestać obserwować siebie. Zatrzymajmy się na chwilę i dobrze przyjrzyjmy swoim emocjom. Nie możemy zintegrować uczucia, którego jesteśmy nieświadomi.

Po drugie, trzeba zrozumieć, że żadna zewnętrzna sytuacja ani stan nie ma takiej mocy, by uczynić nas nieszczęśliwymi.
Żadna krytyka, osoba, odtrącenie, traumatyczne wydarzenie nie ma takiej siły oddziaływania. Różne sytuacje mogą stanowić dla nas wyzwanie, ale gdy reagujemy na nie, nasza reakcja jest odpowiedzią na to, co sami mówimy sobie o danej sytuacji.

Po trzecie, trzeba zrozumieć, że każda reakcja jest dzieckiem lęku i nie ma nic wspólnego z naszym Prawdziwym Ja. Nieśmiertelne, podstawowe, rzeczywiste Prawdziwe Ja jest poza iluzją i jest zawsze wolne. Nie doświadczamy tej wolności, bo mamy nawyk utożsamiania siebie ze swymi negatywnymi reakcjami.

Te informacje są ważniejsze, niż sobie wyobrażamy. Ludzie szukają ich przez całe życie i nie znajdują. Nie znajdują, ponieważ myślą, że szczęście jest na zewnątrz nich…

C. Sisson, „Wewnętrzne Przebudzenie”

Powiązane

Chcesz zmienić innych? Zacznij od siebie

Utrata kontroli

Jedyna rzecz, nad którą całkowicie panujesz

SONDA: Posty na blogu

Tagi

,

Inne sondy:

•  Czy wierzysz w reinkarnację?

Jak często zaglądasz na tego bloga?

Jaki jest ten blog?

Jakie tematy chciałbyś/chciałabyś widzieć na tym blogu?

Jaka jest Twoja opinia o pisaniu komentarzy?

W co wierzysz?

Natura ciała

cialo
wg. P. Godlewskiego (Moment boskości)

Dla ciała nic nie jest trudne. Wszystko jest doskonale proste. Ono nie widzi problemów, po prostu działa. Spontanicznie i naturalnie. Jest pełne życia. Ciało w swojej pierwotnej postaci jest totalnie czyste i wolne. Dopiero umysł wprowadza do niego
niepotrzebne blokady i ograniczenia.
Dlatego wyciszając umysł, przechodzi się w przestrzeń naturalności.
Jednak nie wystarczy jedno wyciszenie umysłu. Ciało jest przyzwyczajone do ciągłej walki, dlatego warto je przyzwyczaić do ciągłej swobody i naturalności. Do tego potrzeba czasu praktyki, bądź zwyczajnego aktu woli, który natychmiast zmieni wibrację całej istoty. Przydaje się codzienna praktyka świadomości „bycia w ciele”.

Warto zwrócić uwagę na pewną prawidłowość natury – ona niczego moralnie nie ocenia lecz pozwala na wszystko. Zarówno „dobrzy” jak i „źli” ludzie mogą mieć zdrowe ciało i być w nim bosko naturalni. Ważne, że nie stawiają oporów swoim wyborom i swojemu życiu.
Ciało jest wtedy naturalne i rozluźnione. Nie ma mentalnych sprzeczności, czy niszczących mocnych uczuć. Nic nie przeszkadza cielesnemu  w pełnym przejawianiu się.
Nieważne co się robi, jeśli robi się to z czystym sercem i lekkością – robi się w zgodzie z naturą, czyli boskością.

Inną sprawą jest to, że robiąc niekorzystne rzeczy, zawsze w ruch pójdą uczucia winy, lęku, nienawiści, które odłożą się w ciele w postaci napięć.
To już staje się niekorzystne, ponieważ zacznie ono chorować.
O wiele łatwiej jest mieć czyste ciało i umysł robiąc rzeczy powszechnie uważane za dobre.
Jednak to nie jest regułą. Przede wszystkim dlatego, że „dobre” w dzisiejszej cywilizacji wcale nie oznacza naturalne dla człowieka. A przecież naturalność jest podstawą w przejawianiu boskości.
Naturalność jest pierwotnym stanem ciała, kiedy to w pełni przejawia siebie i wypełnia przestrzeń bez oporów.

Podstawowym kryterium wyboru działania okazuje się intuicyjne odczucie, co  powinno się robić. Jeśli coś Ci nie służy ciału, nie rób tego. Jeśli coś Ci nie smakuje, nie jedz tego. Ciało doskonale wie, co dla niego dobre i dopóki nie zagłuszysz intuicyjnego
prowadnictwa swym oceniającym umysłem, nic Ci nie zaszkodzi.
Twoja wibracja będzie naturalna i ciało będzie się przejawiało w pełni swojej boskości. Jednak zanim to się urzeczywistni, warto uwolnić ciało od zbędnych przeszkód w postaci napięć i oporów.

Każda najmniejsza myśl, uczucie czy przekonanie ma swoją własną charakterystyczną wibrację energetyczną. Ona to właśnie organizuje ciało materialne w ściśle określony sposób. Wszystkie niewłaściwie przekonania nabyte w dzieciństwie mają swoje odłożenie w ciele. Każde ważne dla nas zdarzenie wpływa bardzo na przejawianie się ciała. W młodości ciało przejęło więcej lub mniej ograniczeń i napięć.
Częściowo od swoich rodziców, nauczycieli, czy tych, którzy stanowili jakiś autorytet.
Wszystkie wzorce zachowań dziecko przejmuje od innych. Za tym idą wszystkie reakcje, napięcia, sposoby zachowania i światopogląd. To wszystko jest uwarunkowane i nieświadome.
Warto zwrócić dogłębnie uwagę na swoje ciało. Można zauważyć większe lub prawie niewyczuwalne napięcia. Można też wyczuć słabszy lub silny przepływ energii.

To wszystko co dzieje się w Twoim ciele jest obrazem Twoich myśli.

Stanowi to całość istoty, którą jesteś. Każde napięcie, czy zaburzona aktywność energetyczna, ma swoje źródło w przeszłych zdarzeniach czy podjętych decyzjach. Na dodatek decyzje te były najczęściej podejmowane w młodości, kiedy jeszcze nie było takiej świadomości i nie było wiadomo co jest korzystne.
Proces wychowawczy zabił naturalność. Kazał się ograniczać, by wpasować się w społeczność. Dziecko przechodzi bunt, by później stać się dorosłym, podobnym bardziej do maszyny niż żywego człowieka. W miarę oddalania się od naturalności, cierpienie przybiera w siłę. Warto to sobie uświadomić.

Skoro wiadomo, że wszystkie rzeczy kryją się w ciele, można coś z tym zrobić.
Przede wszystkim warto przyjrzeć się swemu ciału. Co ono w sobie ma? Jakie programy kierunkują jego działanie? W ciele działa wiele programów sztucznie wprowadzonych przez umysł, z czego większość jest już tak utrwalona, że działa nieświadomie.

Umysł rozprasza się po najróżniejszych rzeczach całymi dniami, jednak rzadko świadomość  nakierowywana jest całkowicie na ciało. Dlatego można powiedzieć, ze ciało jest częścią nieświadomą człowieka, a wszystkie wyuczone procesy – kontynuują swoją pracę samoistnie. Nieważne czy są korzystne, czy niekorzystne. Ciało się nie pyta co wykonywać, tylko wykonuje nadane zadanie.
Jeśli przyjmie myśli powodujące napięcie, będzie napięte. Można to zmienić, dostrajając myśli do wibracji
spokoju i błogości. Wtedy ciało się zreorganizuje i nauczy się nowego schematu działania, tym razem o wiele korzystniejszego.
Ciało daje swoje znaki. Najczęściej poprzez ból, ale i też przez cudowne wibracje radości czy przyjemności. Kiedy ciało się odzywa, warto zwrócić na nie uwagę. Poczuć to co się w nim dzieje.
Nie oceniać, nie krytykować, nie rozmyślać, tylko poczuć. Całym sobą.

wg. P. Godlewskiego (Moment boskości)

Powiązane

Boskie ciało?

Grzeszne ciało?

Ulecz swoje ciało !

Filozofia zdrowia

Tajemnica Twego ciała

Człowiek o niezwykłych własciwościach

Tagi

, , , , , ,

Polecam zapoznać się z ciekawym filmikiem o człowieku obdarzonym niezwykłą mocą :)

Film jest w języku angielskim, opowiada historię skromnego uzdrowiciela, który wykorzystywał energię chi emanująca z jego dłoni i brzusznego czakramu. Jak sam twierdzi, w rozwoju tej mocy pomogła mu  medytacja :)

zobacz też:

Tai-chi

Czym jest energia “Chi” ?

Ciało energetyczne człowieka. Przykłady zaburzeń.

Jak reagujesz gdy zostaniesz obrażony? Ciała duchowe.

Czakramy, poziomy Twojego życia!

Jak nauczyć się widzieć aurę?

Kolory Twojej Aury – jak się zmieniają i co oznaczają

Geneza blokad na czakramach

Świat to energia!

Ciała duchowe według Jogi Kundalini

Co tak naprawdę wiemy o świecie?

Ego

Tagi

, , , ,

ego
Umysł szuka bezustannie pożywienia nie tylko dla myśli: poszukuje także pożywienia dla swojej tożsamości, poczucia Ja”. Tak właśnie powstaje ego i podtrzymuje swoją ciągłość.
Kiedy myślisz i rozmawiasz o sobie, kiedy mówisz „ja”, odnosi się to zwykle do „małego ja” i jego historii. To małe ja, to twoje sympatie i niechęci, lęki i pragnienia, to Ja, które bywa zaspokojone tylko na krótko. Jest to stworzone przez umysł poczucie siebie, uwarunkowane przeszłością i szukające spełnienia w przyszłości.
Czy potrafisz dostrzec, że to „ja” jest tylko przelotną, tymczasową formą, tak jak fala na powierzchni wody?
Kim jest ten, kto dostrzega? Kim jest ten, kto jest świadomy przelotności twojej fizycznej i psychicznej formy? Jam Jest. To jest to głębsze „Ja”, które nie ma nic wspólnego z przeszłością i przyszłością.
Co pozostanie z lęków i pragnień, pochłaniających większość twojej uwagi każdego dnia? Myślnik, o długości dwóch, czy trzech centymetrów, pomiędzy datą urodzenia a datą śmierci na twoim nagrobku.
Dla ego taka myśl jest przygnębiająca. Dla ciebie jest wyzwalająca.
Jeżeli każda myśl całkowicie zajmuje twoją uwagę, to oznacza, że identyfikujesz się z głosem w swojej głowie. Myśl wzmacnia wówczas twoje poczucie siebie. To jest ego, ja stworzone przez umysł, które czuje się niekompletne i nietrwałe. Dlatego właśnie dominującą emocją i siłą napędową ego są strach i pragnienie.
Z chwilą, kiedy zaczynasz zauważać głos w swojej głowie, który udaje ciebie i nigdy nie przestaje mówić, budzisz się ze snu nieświadomej identyfikacji ze strumieniem myśli. Kiedy zauważysz ten głos, będziesz wiedział, że prawdziwy ty, to nie głos – ten kto myśli – lecz ten, który jest go świadomy.
Poznanie siebie jako świadomości poza głosem w głowie jest wolnością.
Ego jest zawsze zajęte szukaniem. Szuka czegoś więcej, co mogłoby do siebie dodać, żeby poczuć pełnię. Stąd wynika jego nieustanna troska o przyszłość.
Kiedy zauważasz, że żyjesz „następną chwilą” – już wyszedłeś poza stworzony przez ego wzorzec myślowy. Możesz wtedy dokonać wyboru i skierować swoją pełną uwagę na chwilę obecną.
Kiedy kierujesz swoją pełną uwagę na chwilę obecną, do twojego życia wkracza inteligencja nieporównywalnie potężniejsza od umysłowości ego.
Kiedy żyjesz poprzez ego, chwila obecna zostaje zredukowana i staje się środkiem do celu.  Żyjesz dla przyszłości, a osiągnięte cele nie dają ci satysfakcji, przynajmniej nie na długo.

Kiedy kierujesz więcej uwagi na to co robisz, niż na wynik, który chcesz osiągnąć, przełamujesz stary wzorzec ego. To co robisz, staje się wtedy nie tylko o wiele bardziej efektywne, ale daje ci nieporównanie więcej spełnienia i radości.

Tolle, Cisza przemawia

Część druga

W poszukiwaniu nowego podejścia do medytacji

Tagi

, , , , , , , , ,

medyt1
Część I

Część II
Czy jesteśmy w stanie rozwinąć takie metody pracy wewnętrznej, które umożliwią odkrycie naszych własnych, wrodzonych sposobów prowadzenia medytacji i które zaspokoją potrzeby określane przez istniejące już wschodnie i zachodnie podejścia?

ZMIANY PARADYGMATU MEDYTACJI
Nowy paradygmat medytacji powinien umożliwiać osiąganie zarówno dawnych jak i nowo postawionych celów, jednak sposób, w jaki ma się to odbywać, będzie inny.
Typowymi celami, które człowiekowi dążącemu do osiągnięcia kolejnych stopni rozwoju stawiały zarówno współczesne jak i dawne podejścia, były:
– podążanie za nieświadomością (jak czyniła to psychologia analityczna),
– wzrost i uwalnianie energii (akupresura oraz inne systemy pracy z ciałem),
– stawanie się wojownikiem (Castaneda i Trungpa),
– wyzwolenie się ze świata iluzji (buddyzm) oraz
– świadoma obserwacja przepływu i zmienność rzeczywistości (medytacja vipasyana)

Model pracy z procesem łączy wszystkie te cele.

PROCESY SĄ CELAMI
Fascynującą cechą charakterystyczną dla celów stawianych medytacji jest takt, że wpływ na nie mają nasze wyobrażenia na temat idealnej, w pełni rozwiniętej jednostki.
Wyobrażenia te zmieniają się wraz z naszym własnym rozwojem. Czy jesteśmy w stanie odkryć taką metodę medytacyjną, która będzie w stanie realizować zarówno nasze cele obecne w danej chwili, jak i dopasowywać się do zmian naszych celów w czasie?

Czy rozpoczynając medytację zorientowaną na proces będę mógł spełniać, na przykład ważne dla mnie teraz cele wynikające z filozofii Zen, a kiedy indziej realizować swoją potrzebę zrozumienia snów lub problemów relacyjnych?
I czy będę zdolny do rozwiązywania w różnych momentach problemów związanych z codziennym życiem oraz do transformowania choroby?

Koncepcje zorientowane na proces powinny:
1. korzystać ze zróżnicowanych technik medytacyjnych
2. umożliwiać jednostce podążanie za indywidualnym procesem zmieniających się wraz z rozwojem jednostki celów
3. potwierdzić swoją zdolność do odsłaniania znaczenia bólu i symptomów psychosomatycznych, a także do zmniejszania tych objawów
4. umożliwiać jednostce odkrywanie własnych procedur medytacyjnych.
Twórczy ruch i taniec, hatha joga, praca z relacjami, poszukiwanie objawienia, wizualizacje i prowadzenie wewnętrznego dialogu – wszystko to może to pojawić się w sposób naturalny w trakcie medytacji,  nawet jeżeli dana osoba uprzednio nie miała z tym kontaktu.
5. być gotowe do poddania się krytyce oraz szczegółowym badaniom.

CZY BYCIE CZŁOWIEKIEM JEST CZYMŚ NIEWŁAŚCIWYM?

Jednym z fundamentalnych, choć czasami nieświadomych założeń, jakie odnajdujemy w wielu kierunkach psychologicznych i metodach medytacyjnych jest pogląd, że człowiek jest istotą niezdyscyplinowaną,
pozbawioną miłości, pełną zazdrości, chciwości i egoizmu, a ponadto niebezpieczną i w pewien sposób coś jest z nią nie tak.

U podstaw tych założeń leży ukryte przekonanie, że ludzie nie są w porządku będąc takimi, jakimi są.
Większość z nas tak właśnie myśli.
Sądzimy, że coś jest z nami nie tak, że w świecie panuje jeden wielki bałagan i że niesposób tego zmienić.
[...]
Tymczasem te problemy mogą reprezentować tę część mnie samego, o której nic jeszcze do tej pory nie wiem.
Ważnym elementem, który niesie ze sobą takie negatywne myślenie jest to, że zaczynamy złościć się na świat, gdy nie spełnia on naszych oczekiwań.

Jeżeli nie jesteśmy w stanie rozwiązać jakiegoś problemu zwracamy się przeciwko niemu:
„Agresywnie działające narody i kiepscy politycy nie odpowiadają moim oczekiwaniom dotyczącym pokoju na świecie. Chciałbym to zmienić ale nie potrafię.”
Jeżeli nie będziesz wystarczająco uważny, możesz  „wypowiedzieć im wojnę”,  stłamsić siłą lub zamknąć w szpitalach psychiatrycznych.  Istnieje wiele sposobów reagowania na rzeczy, które nam się nie podobają, a które istnieją dokoła nas. Musimy nauczyć się tego jak radzić sobie najpierw z naszą własną agresją w sposób, który byłby dla nas bardziej użyteczny.

KAŻDE WYDARZENIE JEST POTENCJALNIE UŻYTECZNE

Do naszych przekonań dotyczących tego, co to znaczy być człowiekiem, musimy wprowadzić nowy wymiar.
Brzmi on trochę jak starożytne  podejście, które stwierdzało, że świat jest doskonały takim, jaki jest.

Chociaż nie czuję, aby świat był rzeczywiście doskonały takim, jaki jest, to jednak odkryłem, jak bardzo mogą wzbogacać nas pozornie niepomyślne wydarzenia.

Ważnym i prawdopodobnie nowym wymiarem do wprowadzenia w medytację byłoby zaakceptowanie i pracowanie z procesami wszystkich możliwych zdarzeń włącznie z uczuciami gniewu, zazdrości i zachłanności, tak aby odsłonić ich potencjał i znaczenie dla ludzkiego życia.

Zamiast próbować zmieniać naszą naturę tak aby pasowała do z góry przyjętych poglądów na temat pokoju i harmonii, możemy starać odnaleźć cel do którego prowadzą te wydarzenia.
Może one sa właśnie ziarnem, które potrzebujemy, a z którego wyrosną przyszłe przełomy w naszym życiu?

WSPÓŁCZUCIE
Zacznijmy nasze rozważania dotyczące koncepcji PROCESU.

Odrzucanie jakiejkolwiek części nas, nie może zakończyć się prawdziwym sukcesem, gdyż tych części nie da się tak po prostu wymazać.
Wewnętrzna postawa o większej dozie współczucia zakładałaby, że złe nastroje, bóle, negatywnie myśli itp. mogą być przynajmniej potencjalnie użyteczne.
Współczucie jest podstawowym elementem pracy z procesem ponieważ oznacza ono akceptację i pełną miłości tolerancję dla potencjalnego rozwoju człowieka.
„Napełniona miłością życzliwość” i inne rodzaje duchowych uczuć w stosunku do innych ludzi zmieniają się, w pracy z Procesem, w akceptację i chęć do pracy  ze wszystkimi zdarzeniami które pojawiają się w naszej świadomości.

Oznacza to postawę, która docenia, że wszystkie nasze części oraz interakcje z innymi ludźmi mogą służyć naszemu rozwojowi.
Nie ma „złych” czy „dobrych” ludzi, każdy z nas jest częścią całości, która domaga się uświadomienia oraz tego, aby ją w jakiś sposób uwzględniać.

Dlatego też centralnym punktem pracy z procesem jest pełna współczucia świadomość naszej własnej percepcji.
Każda interwencja w terapii czy medytacji opiera się na pewnej bazie filozoficznej; = współczucie, na ile jestem tego świadomy, stanowi taki właśnie paradygmat pracy z Procesem.

Filozofia zakłada, że natura nie jest zła, jest taka, jaka jest.
Ludzie nie są ani mili, ani też paskudni, ciało czuje się zdrowe albo chore, masz przyjemne sny albo koszmary, słyszysz pochwały albo krytykę,  świat zachowuje się raz tak, jak gdyby leżał u twoich stów, po to by za chwilę zwalić ci sie na głowę…

Wszystko –  co się dzieje, jest procesem świadomości, a zatem jest podstawowym materiałem do medytacji.

[...]

PROCES I SYGNAŁY

Punktem wyjścia jest Proces, podstawowe tworzywo, które ma podlegać przemianie.
Weź Proces, dodaj swoje uczucia jakie są z nim związane, włóż to wszystko do tygla i jesteś już  gotowy, żeby zaczynać.

To właśnie tego uczyły alchemia i taoizm przez tysiące lat.
Prawdopodobnie jedną z trudności w praktykowaniu alchemii, taoizmu, medycyny wschodu, a nawet zachodniej psychoterapii,  było to że nie określiły one dokładnie czym są Sygnały i czym jest Proces.

Spróbujmy zatem zacząć od podania takich definicji.
Proces – jest to informacja, którą otrzymujemy dzięki specyficznym drogom (kanałom), takim, jak widzenie, słyszenie, poruszanie się, odczuwanie, itp.
W tym momencie, na przykład, siedzę sobie na wybrzeżu w stanie Oregon.
Widzę siebie (kanał wizualny) jak siedzę w domku na plaży oraz słyszę i widzę morze naprzeciwko mnie. Tak więc mógłbym zająć się tymi wrażeniami poprzez wzmacnianie doznań wzrokowych i słuchowych.

Proces –  powoduje zmianę Sygnałów, które widzę i słyszę, i po chwili orientuję się, że patrzę na swoją maszynę do pisania i słyszę dźwięki morza osiemdziesiąt metrów przede mną, które przywodzą mi na myśl jakąś gigantyczną istotę.
Próbuję skupić się na słuchaniu tej istoty jednak na swoich plecach czuję ciepło (kanał propriocepcji – odczuwanie w ciele) ostatnich promieni letniego słońca, zachodzącego za morski horyzont.
Zauważam ruchy, które wykonują moje ręce oraz spokój i bezruch reszty ciała. [...]
Gdy zajmuję się nim dalej i wzmacniam go, uświadamiam sobie, że nie je jeszcze czas, żeby zaprzestać pisania.
[...]

PROCES PIERWOTNY I PROCES WTÓRNY
W teorii procesu mówimy o procesie pierwotnym, z którym utożsamiamy się przez większość czasu. Proces pierwotny jest tą częścią, której każdy z nas nadaje nazwę:
-„To jestem ja”
Jest to część, którą spostrzegamy jako świadomego twórcę naszego życia, część, która odgrywa pewne role, pracuje i wykonuje obowiązki.

Następnie mamy do czynienia z wtórnymi okolicznościami i podświadomymi przeszkodami, które zwykłe nie idą w parze, to znaczy nie są spójne z tym, co robimy.
Wtórny proces – reaguje na to, co robimy, i odciąga naszą uwagę od tego co robimy, od problemów związanych z naszym ciałem oraz konfliktów powstających w relacjach.
Proces wtórny jest zazwyczaj spostrzegany przez osoby medytujące jako przeszkoda, jako coś, co rozprasza uwagę, wypływa z podświadomości i nie daje się kontrolować.

Proces wtórny może pojawić się jako przypadek udaremniający nasze zamierzenia lub jako zły sen zrywający nas na równe nogi w czasie nocy.
To, kim jesteś w sposób wtórny, nie zawsze pozostaje w zgodzie z tym, kim jesteś pierwotnie.

I wreszcie istnieje rodzaj „bezstronnego świadka„,
–   metakomunikatora, który, gdy człowiek jest świadomy,  może obserwować zarówno procesy pierwotne jak i wtórne.
Jest on w stanie patrzeć na nie z dystansu, jak gdyby ze góry, i z tej pozycji komunikować o swoich wrażeniach i wglądach.

CZY MAMY WZMACNIAĆ EGO CZY TEŻ JE ELIMINOWAĆ?

Jak teoretycznie podchodzi się do procesów związanych z ego?
Wschodni i zachodni nauczyciele różnie definiują ego, gdyż podstawa ich obserwacji opiera się na różnych paradygmatach.

Wielu zachodnich psychologów utrzymuje, że powinniśmy rozwijać nasze ego oraz bronić go.
Jednak większość nauczycieli ze wschodu doradza, aby je eliminować.

Mówią oni, że nie ma ego, że istnieje jedynie tak zwany „bezstronny świadek”.
Oba typy definicji ujmują ego jako statyczny stan, którym, rzecz jasna, jest ono niezwykłe rzadko.

Koncepcja psychologii zorientowanej na proces rozwiązuje ten problem poprzez definicję ujmującą ego ,jako jednego z naszych możliwych obserwatorów.
Rozpoczynając definiowanie ego powiedziałbym na początku, że ,jest ono takim „ja „, które utożsamia się z działaniami dokonywanymi w świecie.
Ego , „urodziło się” jako bliźniak procesu pierwotnego.
Stąd też początkowo jest ono równie jednostronne jak proces pierwotny,  a ten fakt trudności w jego rozróżnieniu, tak drażni osoby praktykujące medytację na sposób wschodni.

Chcą oni wyeliminować ego, przerwać jego identyfikację ze sprawami dnia codziennego i oderwać je od nich sprawiając, by patrzyło na nie z dystansu zauważając również wtórnie dziejące się procesy.

Osoba medytująca ma nadzieję, że przekształci ego z jednostronnego obserwatora patrzącego na proces pierwotny  – w bezstronnego świadka.
W trakcie medytacji to, co nazywamy , „ja”, ego w rozumieniu zachodniej psychologii, wpada w tarapaty napotykając na wtórne procesy, które stoją w opozycji do procesów pierwotnych, z którymi , ja” utożsamiało się do tej pory.
Przykładowo:
– Powiedzmy że ego identyfikuje sie z byciem miłą i sympatyczną osobą.
np. „Jestem dobry mężem”
Gdy jednak w pewnych okolicznościach, zaczyna odkrywać w sobie  istnienie nieprzyjemnych, dotąd ukrytych wcieleń, istniejących w jej procesach wtórnych, czyli np w snach, wizjach, projekcjach itp.(np. fantazjowanie o zdradzie małżeńskiej) , sprawia to, że staje ono wobec pewnego konfliktu.

Konflikt ten stwarza napięcia i powoduje, że , ja” nieustannie „przeskakuje” z pozycji na pozycję, w jednym momencie utożsamiając się z procesem pierwotnym, a w innej chwili z procesem wtórnym.

ZMIANA POZYCJI I ZDYSTANSOWANIE SIĘ

Ku wielkiemu zmartwieniu otoczenia, które znało nas do tej pory jako mile i postępujące w łatwy do przewidzenia sposób osoby, w chwilach zmiany i wewnętrznego rozwoju stajemy się nagle niesympatycznymi i nieprzyjemnymi postaciami.

Dzięki pomocy psychoterapeuty lub nauczyciela medytacji,
– ego, które początkowo było tylko jednym procesem, a następnie chaotycznie „przeskakiwało” w drugi- teraz dystansuje się wobec obu i staje się „bezstronnym świadkiem”, obserwatorem obu swoich części, metakomunikatorem, który patrzy na nie z neutralnej pozycji.

Kiedy „klasyczny” terapeuta dokonuje interpretacji na temat jakiejś części swojego klienta, mówi do metakomunikatora, choć go tak nie nazywa. Terapie prowadzone w sposób werbalny w istocie zależą od metakomunikatora klienta.

Z tego powodu większość kierunków psychologicznych na zachodzie pragnie rozwijać i wzmacniać ego; musi ono osiągnąć taki poziom integracji, z którego będzie w stanie obserwować zarówno siebie, jak i proces wtórny.

Wschodnie metody nauczania dążą do osiągnięcia tego samego celu, jednakże w odmienny sposób.
Poprzez medytację ego rozluźnia swoje więzy łączące je z procesem pierwotnym i ostatecznie przekształca się w metakomunikatora.

Teoretyczne różnice pomiędzy tymi dwoma podejściami polegają na tym,  że wschodnie podejście podkreśla przejściowość wszystkich rzeczy, a zachodnie podkreślają ważność tego świata.
Stąd też różnica dotyczy tego czym jest lub czym powinno być ego.
Oba podejścia używają tego terminu, jednak wiążą go z różnymi stanami:  albo z pierwotnym „ja” albo też ze stanem zdystansowania i odłączenia się zarówno od pierwotnych jak i wtórnych procesów.

Model psychologii zorientowanej na proces stosuje jeszcze inny sposób widzenia i rozumienia ego.
W terminach pracy z Procesem jest ono tylko jednym ze stanów lub poziomów rozwoju metakomunikatora: bezstronnego świadka.

PROCES PIERWOTNY
Z pewną przykrością musiałem wprowadzić tutaj nowe terminy w postaci „procesu pierwotnego i wtórnego”, jednak nie było innej możliwości.
Używam określenia „proces pierwotny” zamiast pojęcia ,świadomość”, które jest jego przybliżeniem, jako że proces pierwotny jest zazwyczaj pewnego rodzaju przymusem, podczas gdy „świadomość” zakłada zdawanie sobie sprawy z czegoś i ciągłej możliwość wpływu oraz kontroli.

W trakcie medytacji możemy zaobserwować, że nasze normalne zachowanie jest kompulsywne, że myśli, które
organizują nasze „normalne” życie i działania, faktycznie pozostają poza naszą kontrolą!

Wykonujemy określone działania w świecie tak, jak gdybyśmy byli bezwiednie zaprogramowani do ich wykonywania.  Tego typu działania określane są jako maya.
Osoba działająca jest jak postać ze snu, z którą się zwykle utożsamia.

Możemy pragnąć zmienić swoje zachowania, jednak w pewnym momencie łapiemy się na tym, że bezustannie postępujemy w ten sam sposób.
Dlatego właśnie wschodnie techniki medytacyjne zmierzają do powstrzymania procesu pierwotnego (czy też ego).
Pragną one zatrzymać rozpędzony strumień niekontrolowanych mysli  i uwolnić jednostkę od bezustannej, mechanicznej powtarzalności związanej z istnieniem sztywnego ego.[...]

O ZALECANIU MEDYTACJI
Nie zalecam medytacji tak długo, jak długo osoba utożsamia się ze swoim procesem pierwotnym i jest z niego zadowolona.

Dzieje się tak aż do momentu, gdy proces wtórny( treści nieświadome) nie jest wystarczająco silny, aby wejść w konflikt z procesem pierwotnym.  Osoby tego typu pozostają względnie spójne w tym, co robią i są z tego zadowolone.
Są usatysfakcjonowane tym, kim są i nie pragną niczego więcej.

Jednymi z najwspanialszych są ci ludzie, którzy przy pomocy zdrowej, zwierzęcej siły swoich procesów pierwotnych, pokonują osobiste problemy, wyrywają się z sytuacji bez wyjścia, stając się prawdziwymi, spełnionymi  indywidualnościami.
Potrafią na co dzień żyć pełnią życia, ścierając się bez kompleksów z  opiniami i osądami otoczenia, a czynią zupełnie bezwiednie i szczerze.  Nie mają nawet pojęcia o istnieniu medytacji.

Potrzeba medytacji ujawnia się gdy nasza pierwotna tożsamość przestaje prawidłowo funkcjonować .

Medytacja pojawia się wtedy  spontanicznie, jako mechanizm integrujący procesy, w chwili gdy nasze życie wewnętrzne nie może już dalej trwać w stłumieniu i bezruchu, gdy zaczyna złościć się  i drżeć,  gdy podnosi bunt i zmusza nas abyśmy się przebudzili i uznali jego istnienie…

Część I

Praca nad samym sobą – A. Mindell

Poczytaj także o koncepcji Cienia u Junga:  Cień – wg Junga

Inne podobne posty

Wewnetrznie podzieleni

Wojna w Tobie trwa

Nauka akceptacji dobrego i złego

Kim jestem? Ken Wilber. Niepodzielone.

Czy napięcie jest pożyteczne? Niebezpieczny relaks?

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

napiecia

Często zastanawiałem się dlaczego tak wielu nauczycieli, zarówno wschodnich jak i zachodnich, robi wrażenie, jak gdyby patrzyli z góry na zwykłe, codzienne emocje oraz na tak zwane „śmiecie” umysłu, które w końcu stanowią ogromną większość życia psychicznego.

Niektórzy nauczyciele liczą oddechy, rygorystycznie koncentrują się na określonym obiekcie, skupiają się na biciu serca lub powtarzają mantrę w celu poddania zmysłów kontroli.
-Jednakże blokowanie percepcji pochodzącej od jednych zmysłów a faworyzowanie innych jest jedynie próbą oszukania świadomego umysłu.

Nie można zniszczyć sygnałów płynących od zmysłów, skupiając się na czymś innym, ponieważ postępując w ten sposób tylko je czasowo wypieramy.
Jeżeli nie zajmiemy się nimi bezpośrednio, skierują one naszą medytację w ślepy zaułek i sprawią, że osiągnięcie oczekiwanego stanu będzie trwało miesiące lub lata, podczas gdy faktycznie jest do zrobienia w kilka minut – oczywiście wtedy, gdyby napięcia  zostały świadomie przepracowane i przekształcone.

W wielu praktykach związanych z ruchem New Age natrafiamy na sprzeczne postawy w stosunku do „niższych ludzkich popędów”, takich jak chciwość, zazdrość czy nienawiść.
– Niektórzy nauczyciele zalecają, aby podchodzić do nich w sposób neutralny:
„Kiedy spostrzegasz ich obecność pozwól aby przez ciebie przepłynęły”.
– Inni z kolei nauczają, że należy przezwyciężać te niższe popędy poprzez odczuwanie miłości i współczucia do wszelkiego stworzenia.
– Jeszcze inni zalecają trudne do zastosowania podporządkowanie się określonym moralnym nakazom związanym z zachowaniem czystości ciała i umysłu

Jednym z powodów dla których owe sprzeczne podejścia często obecne w praktykach wschodnich są tak powszechnie akceptowane przez ludzi uprawiających medytację na Zachodzie jest takt, że podział na Wschód i Zachód przestaje istnieć, gdy mamy do czynienia z osobistymi problemami jednostki.

Każdy człowiek chce pozbyć się bólu, każdy obawia się egotycznych i kompulsywnych tendencji, każdy też woli spokój ducha od nadmiernie rozwiniętych ambicji.

Jednak z mojego doświadczenia w pracy z ludźmi wynika, że najbardziej istotne zmiany wydarzają się wtedy, gdy tej części osobowości, która sprawia kłopoty, pozwalamy się odsłonić i w pełni wyrazić przy jednoczesnym uznaniu przez świadomość wartości owej części.

Jeżeli więc jesteś zachłanny lub bardzo ambitny  – spróbuj świadomie utożsamić się z taką  postawą!
Tak właśnie. Ujmij się za nią oraz pomóż jej ujawnić przekaz, który jest w niej zawarty.
Nie musisz próbować tego eliminować, ponieważ gdy tylko informacja w niej zawarta zostanie ujawniona i doceniona, same te popędy zaczną ulegać przemianie.

OŚWIECENIE I PYCHA ZWIĄZANA Z NEW AGE

Podejścia psychologiczne zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie przyznają, że zmiana jest jedynie czasowa: tylko proces jest stały.

Stąd też jakiekolwiek przepełnione wysiłkiem staranie, aby stworzyć lub osiągnąć taki stan umysłu, który ma miejsce w momentach występowania najwyższej świadomości, z konieczności musi prowadzić jedynie do chwilowego sukcesu.

Jednym ze stanów umysłu, który ludzie często starają się osiągnąć, jest pełne miłości współczucie wobec innych ludzi.
Jeżeli cel ten osiąga się spontanicznie, a nie w wyniku działania w myśl określonego programu stworzonego przez ego, jest on pełnym siły i znaczenia sposobem bycia w tym świecie.
…Jednakże dla większości ludzi pełne miłości współczucie jest ambicjonalnym celem, który ma zostać siłowo osiągnięty, i zadanie to ma tendencję do stawania się sztywnym stanem, niepodatnym na zmiany.

Ludzie, którzy mają takie podejście, nierzadko wykazują sporo naiwności w ocenie samych siebie i często okazuje się, że jest w nich faktycznie sporo skrytych pod powierzchnią – uprzedzeń i wzgardy wobec innych.

W ten oto sposób błędne rozumienie wschodniej filozofii może prowadzić do takiej wizji samego siebie, która jest pełna pychy.
Osoby, które medytują i dążą do osiągnięcia oświecenia często patrzą na innych z góry, uważają ich za „zablokowanych przez podstawowe popędy i namiętności” lub sądzą, że ich umysły są „prymitywne”.

Taki stan rzeczy i podobną pułapkę napotykamy również w zachodniej psychoterapii.
Terapeuta i jego klient będą mieli tendencję do zachowywania się jak gdyby byli   „pełnią” i „spokojem”, podczas gdy rzeczywistość jest zupełnie inna!

NIEBEZPIECZEŃSTWA ZWIĄZANE Z RELAKSACJĄ

Całkowite rozluźnienie i eliminowanie myśli tworzących napięcia może być czymś wielce niezdrowym.

Każda metoda, nawet zwykły masaż, może być niebezpieczna jako metoda relaksacji, jeżeli nie jest związana z dokładnym i szczegółowym przepracowaniem i przekształceniem źródła napięć.

Istnieją dwa powody przemawiające za takim stanowiskiem.
Po pierwsze, moje lata pracy z osobami chorymi wykazały, że wypieranie napięć często poprzedzało zachorowania na różnego rodzaju nowotwory.
Napięcia, tak jak wszystkie inne procesy, nie znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki, choć na krótki okres można je usunąć ze świadomości.

Wyparte czy chwilowo rozprężone, napięcia nie znikają – wydaje się też, że postępując w ten sposób sprawiamy, iż trudniej jest nimi kierować. Przestajemy być ich świadomi.

Jednym z możliwych niekorzystnych rozwojów sytuacji, jaka następuje w przypadku wypieranych  napięć –  to rozpoczęcie tworzenia trudnych do zwalczenia symptomów i chorób takich jak np. nowotwory.  To co wyparte i niedopuszczane do głosu, zaczyna manifestować się na płaszczyźnie fizycznej.

Po drugie zastanawiam się też czy ignorowanie napięć lub „otrząsanie się” z nich, jak jest to przyjęte w niektórych formach medytacji, pracy z ciałem i technikach masażu, jest rzeczywiście postępowaniem ekologicznie właściwym dla nas wszystkich żyjących na tym świecie.

Wszędzie na Ziemi ludzie stają się coraz bardziej świadomi tego jak niebezpieczne może być zwykłe pozbywanie się odpadów zamiast ich przetwarzania. [...]

Powinniśmy rozważyć taką możliwość, że informacja nie ulega zniszczeniu, lecz wrzucona w globalny przepływ informacji, w jungowską nieświadomość zbiorową, staje się problemem, który ktoś inny w polu musi podjąć.

Sądzę, że o wiele bezpieczniej jest pracować z „odpadami psychicznymi” i przekształcać je samodzielnie.

*

Czy rzeczywiście musimy programować nasze umysły aby się „rozluźniły”?
Dlaczego mamy „zastępować stare myśli nowymi wyobrażeniami”?
Chociaż takie recepty są obecnie popularne, warto zastanowić się nad ich skutkiem..

PODSUMOWANIE
Oto zestawienie niektórych cech charakterystycznych dla zachodnich i wschodnich metod pracy terapeutycznej.

1. Zachodnia psychologia koncentruje swoją uwagę na pracy klinicznej oraz interakcjach między ludźmi. Ten typ uwagi skierowanej na zewnątrz jednostki –  hamuje zainteresowanie metodami samodzielnej pracy nad sobą, które nie wymagają udziału terapeuty.

2. Wschodnie metody nastawione na osiąganie określonego stanu umyciu, związanego z odłączeniem od emocji i zdystansowaniem.  Faktycznie nie mogą osiągnąć tego inaczej niż przez zastosowanie bardzo rygorystycznych i sztywnych procedur medytacyjnych, które w określony, sztuczny sposób regulują naturalny strumień świadomości,  koncentrując go na specyficznych przedmiotach, zdaniach lub doświadczeniach cielesnych(np. oddech).

3. Obecne w medytacji tendencje do unikania emocjonalnych interakcji między ludźmi wywołują częste napięcia w relacjach. Dzieje się tak, gdyż wypierane są silne emocje związane z ego, takie jak zachłanność, zazdrość i egoizm.

4. Każde podejście psychologiczne, które wypiera napięcia obecne w ciele, sprawia że stają się one potem trudniej dostępne dla świadomości. Jest prawdopodobne, że owe napięcia włączają się wówczas w z pulę zbiorowej nieświadomości lub manifestują w fizycznym ciele jednostki, jeszcze pogłębiając odcięcie od świadomości.

5. Większość technik medytacyjnych  (za wyłączeniem tai chi oraz ruchu autentycznego), zaniedbuje emocje oraz twórczy, spontaniczny ruch jednostki. Żadna z metod, które znam, nie proponuje, aby tworzyć lub odkrywać ruch.  Vipassana i Zen powstrzymują spontanicznie pojawiające się ruchy ciała, albo też kanalizują je w określony sposób.

W POSZUKIWANIU NOWEGO PODEJŚCIA DO MEDYTACJI

Czy jesteśmy w stanie rozwinąć takie metody pracy wewnętrznej, które umożliwią odkrycie naszych własnych, wrodzonych sposobów prowadzenia medytacji i które zaspokoją potrzeby określane przez istniejące już wschodnie i zachodnie podejścia?

ZMIANY PARADYGMATU MEDYTACJI

Cześć II

Praca nad samym sobą – A. Mindell

Poczytaj także o koncepcji Cienia u Junga:  Cień – wg Junga

Inne podobne posty

Wewnetrznie podzieleni

Wojna w Tobie trwa

Nauka akceptacji dobrego i złego

Kim jestem? Ken Wilber. Niepodzielone.

Doznania potwierdzające na ścieżce rozwoju

Tagi

, , , , , ,

wolny

Doznanie potwierdzające oznacza, że zbliżasz się do domu. Warto zrozumieć, warto zdawać sobie sprawę z doznań potwierdzających, bo daje to odwagę, nadzieję; daje siłę do życia.
Zaczynasz czuć, że szukasz nie na darmo, że ranek jest już bardzo bliski.
Może nadal jest noc i ciemność, ale pierwsze doznanie potwierdzające zaczęło przenikać. Gwiazdy zaczynają znikać, wschód nabiera czerwieni. Słońce nie wzeszło, jest wczesny świt – to doznanie potwierdzające, że słońce jest niedaleko.
Na ścieżce duchowej też są doznania potwierdzające. Przypomina to sytuację gdy wędrujesz w kierunku pięknego ogrodu, którego nie widzisz. Im bliżej tego ogrodu, tym chłodniejszy wiatr czujesz. Im dalej odchodzisz, tym bardziej chłód znika, im bardziej się zbliżasz, tym bardziej chłód znowu się pojawia.
Drzew nie możesz dostrzec, ale śpiew ptaków… dalekie wołanie kukułki… las mangowców… zbliżasz się..
To są doznania potwierdzające.
Dokładnie to samo dzieje się gdy wędrujesz w kierunku Wewnętrznego Ogrodu, w kierunku wewnętrznego źródła życia, radości, ciszy, błogości.
Gdy zaczynasz poruszać się w kierunku centrum, kilka rzeczy zniknie, a pojawi się kilka rzeczy nowych.

Pamiętaj: gdy doznania potwierdzające zaczynają się pojawiać, nie poczuj się zbyt szybko zaspokojony.
Chłodny wietrzyk nadszedł, a ty siedzisz i myślisz, że dotarłeś.
Ten chłód jest piękny, pełny błogości, ale masz wciąż drogę przed sobą.
Nie zadowalaj się drobiazgami. Bądź zadowolony, że zaczęły się one pojawiać, traktuj je jako kamienie milowe – ale nie one są celem. Ciesz się nimi, dziękuj Bogu, odczuwaj wdzięczność… i idź dalej w tym samym kierunku, z którego przychodzą doznania potwierdzające.

Cały świat staje się doliną

Ci którzy wędrują (a każdy zmierza ku medytacji) natkną się na te dziwne, choć piękne przestrzenie. Pierwszym znakiem, że medytacja zaczęła się w tobie dziać, jest… cała egzystencja staje się doliną, a ty jesteś na szczycie wzgórza.
Zaczynasz się wznosić. Cały świat staje się doliną, daleko, głęboko poniżej, a ty siedzisz na szczycie wzgórza oświetlonego słońcem. Medytacja unosi cię: nie fizycznie, ale duchowo.
I to zjawisko jest bardzo wyraźne – takie będą oznaki.

Gdy w medytacji poruszasz się do wewnątrz, widzisz, że między tobą i zgiełkiem wokoło powstaje wielki dystans. Możesz siedzieć na targowisku i nagle zobaczysz przerwę między tobą i hałasami. Chwilę wcześniej te hałasy były tożsame z tobą, byłeś w nich; teraz oddalasz się od nich.

Fizycznie jesteś tak jak wcześniej. Nie trzeba iść w góry, tu jest droga do odnalezienia rzeczywistych gór wewnątrz, droga do odnalezienia Himalajów wewnątrz.
Zaczynasz wchodzić w głęboką ciszę i nagle wszystkie te hałasy, które były tak blisko ciebie… a było takie zamieszanie… zaczynają się oddalać, odchodzić w dal.

Każda nuta staje się krystalicznie czysta

Po drugie, cokolwiek będzie wypowiedziane na zewnątrz, jest całkowicie wyraźne, w istocie rzeczy wyraźniejsze niż było wcześniej.
To jest urok medytacji.
Nie stajesz się nieświadomy, bo w nieświadomości też widzisz, że hałasy znikają. W narkozie poczujesz, że dzieje się to samo zjawisko – hałasy zaczynają się oddalać, dalej, dalej… i odeszły – ale ty zapadłeś w nieświadomość. Niczego nie możesz usłyszeć wyraźnie.
Dokładnie to samo dzieje się w medytacji, ale z pewną różnicą: hałasy zaczynają się od ciebie oddalać, ale każdy hałas staje się zdecydowanie wyraźny, wyraźniejszy niż wcześniej, bo teraz pojawia się bycie świadkiem.

Początkowo ty też byłeś hałasem pośród tych wszystkich hałasów, byłeś w nich zagubiony. Teraz jesteś obserwatorem, a ponieważ jesteś tak wyciszony, wszystko możesz widzieć jasno, wyraźnie. Choć hałasy są odległe, są wyraźniejsze niż kiedykolwiek dotąd. Słyszysz każdą jedną nutę.

Słyszysz świat jak echo

I trzecia rzecz będzie odczuwana: nie słyszysz ich bezpośrednio, ale jakby pośrednio, jakby były echem dźwięków, nie nimi samymi. Stają się bardziej bezpostaciowe, ich postaciowość zanika.
Stają się mniej materialne, ich materialność znika, nie są już ciężkie, są lekkie. Możesz zobaczyć ich lekkość, są jak echo. Cała egzystencja staje się echem.
Dlatego mistycy hinduscy nazywają świat maya: iluzja. Iluzja nie oznacza nierzeczywistości, ale podobieństwo do cienia, podobieństwo do echa.
Nie oznacza nie-egzystencjalności, oznacza tylko podobieństwo do snu.
Podobne do cienia, podobne do snu, do echa – takie będzie to uczucie. Nie możesz odczuć, że te zjawiska są rzeczywiste. Cała egzystencja staje się snem, bardzo wyraźnym, widocznym, gdyż ty jesteś uważny. Najpierw byłeś zagubiony we śnie: nie byłeś czujny i myślałeś, że to rzeczywistość. Byłeś utożsamiony ze swym umysłem. Teraz nie utożsamiasz się już z umysłem, powstało w tobie coś odrębnego – uważność, sakshi.

Będziesz słyszał wszystko, oprócz siebie

I czwarta rzecz będzie odczuwana. Słyszysz całą egzystencję wokoło: ludzi rozmawiających, spacerujących, śmiejące się dzieci, ktoś krzyczy, woła jakiś ptak, samochód przejeżdża, samolot, pociąg.
Będziesz w stanie słyszeć wszystko. Prócz jednego: nie będziesz w stanie słyszeć siebie, zupełnie zniknąłeś.
Jesteś pustką. W ogóle cię nie ma.
Nie możesz odczuć siebie jako istoty. Są wszystkie hałasy, znikły tylko twoje wewnętrzne hałasy. Zwykle wewnątrz ciebie jest więcej hałasów niż na zewnątrz.

Prawdziwe zamieszanie jest wewnątrz ciebie, jest tam prawdziwe szaleństwo. A gdy zewnętrzne szaleństwo spotyka się z wewnętrznym szaleństwem, powstaje piekło.

Zewnętrzne szaleństwo może sobie trwać, to ciebie nie obchodzi, ale bardzo łatwo możesz uciszyć wewnętrzne szaleństwo. Jest to w twoich możliwościach. Gdy wewnętrznego szaleństwa nie ma, zewnętrzne szaleństwo staje się nieistotne. Traci swą realność, staje się iluzoryczne. Nie możesz znaleźć swego dawnego głosu, nie pojawia się w tobie żadna myśl, nie ma więc dźwięku.

Pojawia się wielkie światło

Dopóki nie jesteś pusty, pozostaniesz ciemny, pozostaniesz ciemnością. Gdy jesteś całkowicie pusty, gdy nie ma nikogo wewnątrz ciebie, pojawia się światłość. Obecność ego stwarza ciemność. Ciemność i ego są synonimami. Nie-ego i światło są synonimami.

Dlatego wszystkie metody medytacji, bez względu na orientację, w końcu zbiegają się w tej pustej komnacie twego wewnętrznego istnienia.
Pozostaje tylko cicha przestrzeń i w tej cichej przestrzeni widzisz pojawiające się światło nie mające żadnego źródła. Nie przypomina ono światła, które widziałeś gdy wschodzi słońce, bo światło słońca nie może być wieczne – w nocy znów zniknie. Nie przypomina ono światła, któremu trzeba paliwa, bo gdy paliwo się skończy, to światło zniknie.

To światło jest bardzo tajemne: nie ma źródła, nie ma przyczyny. Nie jest niczym spowodowane, gdy się więc pojawi, zostaje, nigdy nie znika. Tak naprawdę już jest, lecz ty nie jesteś dostatecznie pusty by je zobaczyć.

Takie będą doznania gdy to światło zaczyna w tobie narastać. Gdy siadasz w milczeniu i stajesz się spokojny, nieruchomy, bez ruchu wewnątrz i na zewnątrz… nagle widzisz, że twymi oczami wylewa się światło. Jest to doznanie, którego nauka jeszcze nie poznała.
Nauka sądzi, że światło dostaje się do oczu, nigdy na odwrót. Światło przychodzi z zewnątrz, dostaje się do oczu, wchodzi w ciebie – to tylko polowa opowieści.
Drugą połowę znają tylko mistycy i ludzie medytujący.
To jedna część – światło wchodzi do ciebie.
Jest jeszcze druga część – światło wypływa twymi oczami.
A gdy światło zaczyna wydostawać się z oczu,  wszystko przed tobą staje się całkiem jasne.
Rozjaśnia się cała egzystencja.
Widzisz, że drzewa są zieleńsze niż kiedykolwiek dotąd, a ich zieloność ma w sobie pewną jasność.

Widzisz, że róże są bardziej różane niż zwykle. Te same róże, te same drzewa, ale napływa w nie coś z ciebie, ukazując je wyraźniej niż kiedykolwiek dotąd.
Wtedy drobiazgi mają tyle piękna – kolorowe kamyki są dla buddy piękniejsze niż diament Koh-i-noor dla królowej Elżbiety.

Dla królowej Elżbiety nawet Koh-i-noor, największy diament świata, nie jest tak piękny jak dla buddy zwyczajny kamyk.

Dlaczego? Bo oczy buddy mogą promieniować wewnętrznym światłem i w tym świetle zwyczajne kamyki stają się koh-i-noorami.
Zwyczajni ludzie stają się buddami.
Dla buddy wszystko jest pełne stanu buddy.
Dlatego Budda powiedział:

„W dniu, w którym stałem się oświecony, cała egzystencja stała się oświecona. Drzewa i góry i rzeki i skały – wszystko stało się oświecone”.

[...]Zobaczysz to! Twoje oczy zaczynają płonąć. A gdy oczy zaczynają płonąć, cała egzystencja przyjmuje nowe zabarwienie, nową głębię, nowy wymiar, jakby wszystko nie było już trójwymiarowe, ale czterowymiarowe. Nowy wymiar został dodany -wymiar świetlistości.
Tak. jak słońce świecące nad obłokiem: obłok płonie, ty w nim jesteś, obłok jest tylko ogniem odzwierciedlającym słońce. Zaczynasz żyć w tym obłoku światła. Śpisz w nim, chodzisz i siedzisz: ten obłok stale jest.
Ten obłok widać jako aurę.
Kto ma oczy potrafiące to widzieć, będzie widzieć światło wokół głów świętych, wokół ich ciał. Otacza ich subtelna aura.

Nie możesz znaleźć swego ciała

W chwili gdy jesteś pełny światła wewnątrz i oczy ci płoną i cała egzystencja płonie nowym życiem, gdy otworzysz oczy i spróbujesz odnaleźć swe ciało, nie znajdziesz go. W tych chwilach materia znika.
Gdy zyskasz zdolność widzenia ducha, zobaczysz, że materia znikła.
Obu na raz nie możesz widzieć. Te znaki trzeba zrozumieć, bo zdarzą się i tobie, i to zrozumienie pomoże. Inaczej, gdy kiedyś otworzysz oczy i nie znajdziesz swego ciała, możesz zwariować.
Na pewno poczujesz, że coś jest nie w porządku, nie żyjesz albo zwariowałeś. Co się stało z ciałem? Gdy to zrozumiesz, we właściwym momencie przypomnisz sobie.
Mówię o tych doznaniach, byś był świadomy wszystkiego, co jest możliwe, byś nie został) zaskoczony gdy to nastąpi, byś wiedział, rozumiał, byś miał mapy. Możesz odczytać gdzie jesteś i w tym rozumieniu możesz się odprężyć.

Doznanie unoszenia się

To następuje bardzo szybko, zaczyna się to dziać w bardzo wczesnych fazach. Gdy siedzisz nieruchomo, nagle czujesz, że jesteś nieco wyżej niż podłoże, może piętnaście centymetrów wyżej. Z wielkim zaskoczeniem otwierasz oczy i stwierdzasz, że siedzisz na podłożu, myślisz więc, że pewnie śniłeś.
Nie, nie śniłeś, twoje ciało fizyczne zostało na podłożu. Masz też inne ciało, ciało światła ukryte wewnątrz, nazwij je ciałem astralnym, subtelnym, witalnym, jakkolwiek chcesz – to ciało zaczyna wznosić się wyżej.
Od wewnątrz możesz odczuć tylko to ciało, bo jest to twoje wnętrze. Gdy otwierasz oczy, twoje materialne ciało siedzi na podłożu, tak samo jak przedtem. Nie myśl, że miałeś halucynacje, ani odrobinę.
To fakt rzeczywisty, nieco się unosiłeś, ale w swym drugim ciele, nie w pierwszym.

Te znaki potwierdzające trzeba zrozumieć, ale nie chwalić się nimi.
Nikomu o nich nie mów, bo ego znowu wejdzie i zacznie wykorzystywać te doznania. A gdy ego wchodzi, doznania znikają. Nigdy o nich nie mów.
Jeśli nastąpią, po prostu je zrozum, zauważ i zupełnie o nich zapomnij.

I to też trzeba pamiętać: wszystkie one mogą ci się zdarzyć lub nie, albo mogą zdarzyć się w innej kolejności, albo mogą się zdarzyć w inny sposób. Tysiące zdarzeń są możliwe, ponieważ ludzie są tak różni.
Komuś te doznania mogą się nie zdarzyć w taki sposób jak zostały opisane. Na przykład komuś może się nie zdarzyć, że unosi się ku górze; może się zdarzyć, że staje się większy i większy i większy… cały pokój jest go pełny. I dalej staje się większy i większy, teraz dom jest wewnątrz niego.
Jest to bardzo zagadkowe. Chce się otworzyć oczy i zobaczyć co się dzieje:
„Czy wariuję?” Może przyjdzie chwila, gdy zobaczysz, że:

„Cała egzystencja jest wewnątrz mnie. Nie jestem poza nią. Ona nie jest poza mną, jest wewnątrz mnie… i gwiazdy poruszają się wewnątrz mnie.”

Komuś może się zdarzyć, że staje się mniejszy i mniejszy, staje się cząsteczką, prawie niewidzialną, atomem, a potem znika. Może tak być. Patanjali skatalogował wszelkie możliwe doznania. Ludzie mają różne predyspozycje, talenty i potencjalne możliwości, każdemu więc zdarza się to inaczej.
To tylko wskazówki jak może się to dziać; nie myśl, że wpadasz w szaleństwo albo że dzieje się coś dziwacznego. Te doznania nie są przerażające, za to twoja interpretacja może je uczynić przerażającymi.

Radość bez powodu

Wielki znak potwierdzający jest wtedy gdy bez żadnego powodu nagle czujesz się radosnym.
W zwykłym życiu jesteś radosny gdy jest jakiś powód.
Spotkałeś piękną kobietę i jesteś radosny, albo masz pieniądze, których zawsze chciałeś, i jesteś radosny, albo kupiłeś dom z pięknym ogrodem i jesteś radosny; te radości nie mogą jednak trwać długo.
Są chwilowe, nie mogą pozostawać ciągle i nieprzerwanie.

Jeśli twoja radość jest czymś spowodowana, zniknie, będzie chwilowa. Wkrótce zostawi cię w głębokim smutku; wszystkie radości zostawiają cię w głębokim smutku.

Ale jest pewien inny rodzaj radości, który jest znakiem potwierdzającym: nagle jesteś radosny w ogóle bez żadnego powodu. Nie możesz wskazać dlaczego.
Nie potrafisz odpowiedzieć gdy ktoś pyta: „Dlaczego jesteś radosny?”

Nie mogę odpowiedzieć dlaczego jestem radosny. Nie ma powodu. Po prostu tak jest. Tej radości nie można zakłócić. Cokolwiek się stanie, będzie ona trwała.
Ona jest, dzień w dzień, noc w noc. Możesz być młody, możesz być stary, możesz być żywy, możesz umierać – ona zawsze jest. Gdy znalazłeś taką radość, która pozostaje, która trwa choć okoliczności się zmieniają, wtedy bądź pewien, że zbliżasz się do stanu bycia buddą.
Jest to znak potwierdzający.

Jeśli radość przychodzi i odchodzi, nie ma to zbyt wielkiej wartości, jest to zjawisko światowe. Ale kiedy radość trwa, pozostaje nieprzerwana, ciągle – jakbyś był odurzony, ale bez żadnego narkotyku, całkowicie świadomy i przebudzony, radosny jakbyś właśnie wziął kąpiel, świeży jak krople rosy o poranku, świeży jak nowe liście wiosną, świeży jak liście lotosu w stawie; stale pozostajesz w tej świeżości, która utrzymuje się i utrzymuje i nic jej nie zakłóca – wiedz, że zbliżasz się do domu.

Brak reakcji – brak lęku

Gdy twa cisza i radość pogłębiają się, zaczynasz odczuwać, że dla ciebie śmierci nie ma.
W śmierci umiera tylko persona, osobowość, ego – esencja nigdy nie umiera.
Gdy wiesz, że coś w tobie trwa, coś co nigdy się nie zmienia, radość trwająca bez względu na okoliczności, po raz pierwszy wiesz, że jest w tobie coś nieśmiertelnego, masz w sobie coś wiecznego.
I ta chwila jest chwilą siły, potencjalnych możliwości, nieustraszoności. Nie boisz się. Drżenie znika. Po raz pierwszy patrzysz w rzeczywistość bez lęku.

Teraz nic cię nie przysłania, nic nie może cię ogarnąć i zniekształcić twej wyrazistości. Twoje widzenie pozostaje nietknięte. Ktoś cię obraża, ale to nie staje się chmurą, która cię opada. Ktoś jest w złości, widzisz to doskonale, naprawdę czujesz współczucie dla tego człowieka, który jest w złości i niepotrzebnie spala się w ogniu.
Oblewasz go swoją błogością, pokojem i miłością. Zachowuje się on głupio, trzeba mu wszelkiego współczucia.

Bądź cierpliwy

Nie spiesz się. Tak często pośpiech powoduje opóźnienia. Gdy pragniesz, czekaj cierpliwie; im głębsze czekanie, tym szybciej to przychodzi.
Zasiałeś ziarno, teraz siądź w cieniu i obserwuj co się dzieje. Ziarna zakiełkują, rozkwitną, ale ty nie możesz przyspieszyć tego procesu. Czyż wszystko nie potrzebuje czasu? Pracować musisz, ale wyniki zostaw Bogu. Nic w życiu nie ulega zmarnowaniu, zwłaszcza kroki kierowane ku prawdzie.

Osho,  Medytacja

Powiązane posty

Wyprawa do serca ciszy. Medytacja

Dzień Uwagi

Wyostrz swoją uwagę

Świadomość hara – początek i koniec życia

“Stać się nicością” – o co chodzi w tej koncepcji?

Gdzie jesteś, kiedy cię nie ma?

Kalu Rinpocze: Dotykając natury umysłu. Medytacja

Biegaj – medytując

Tagi

, , , , , , , , ,

bieg1

Zanim rozpoczniesz Bieganie, jogging i świadome spacerowanie są nie tylko sposobem poszerzenia świadomości własnego ciała, lecz także sportem, który wymaga właściwego przygotowania.
Zasięgnij porady lekarza, jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, czy bieganie służy twojemu zdrowiu. Jeśli wątpisz, czy się nadajesz, przeczytaj ten rozdział dokładnie, zastępując słowo bieganie słowem chodzenie. W rzeczywistości i tak zawsze zaczynamy od chodu.
Przez kilka pierwszych tygodni stosuj ćwiczenia rozgrzewające, uprawiaj krótkie, ale za to energiczne i żwawe spacery, a po nich odpoczywaj. Stopniowo, gdy chodzenie stanie się łatwiejsze, urozmaicaj je lekkim truchtem. Staraj się biegać i chodzić na przemian w krótkich odstępach czasu.
W tej fazie chód, przerywany krótkimi zrywami do biegu, może trwać około 15 minut. Powoli skracaj czas 198 Praktyka chodu, a wydłużaj bieganie, aż do chwili, w której bieg naturalnie zamieni chodzenie. Nie spiesz się. Zawsze pozostawiaj sobie dość czasu na ubranie się, rozgrzewkę, bieganie lub chodzenie, odpoczynek i prysznic. Rzeczywista poprawa nastąpi, gdy będziesz biegać przynajmniej 3 razy w tygodniu.

Dla zdrowia idealne jest bieganie 3-5 razy w tygodniu, trzeba jednak pamiętać o jednym przynajmniej dniu przerwy. Osoby biegające wysiłkowo, wyczynowo, rywalizujące, a także mające skłonność do obsesyjnego, nadmiernie gorliwego wykorzystywania ćwiczeń mogą mieć inny kłopot — w rozluźnieniu i „podłączeniu się do siebie„.

Im szczególnie doradzam „bieg transowy”, technikę opisaną na końcu tego rozdziału.

Strój i wyposażenie
By zacząć biegać, potrzeba jedynie dobrych sportowych butów — od ich doboru może zależeć to, czy bieganie stanie się radością czy udręką. Znajdź sklep z firmowymi artykułami sportowymi, raczej z importu, wypróbuj wiele par obuwia i wypytaj o wszystko, co ich dotyczy. Buty przymierzaj na bawełniane skarpety, w których zamierzasz biegać. Kup najlepsze i najwygodniejsze obuwie, na jakie możesz sobie pozwolić; na to nie warto żałować pieniędzy. Ubranie do biegu powinno być luźne i wygodne. Nie wkładaj za dużo rzeczy. Dobieraj strój odpowiednio do pogody: wiatru, deszczu czy chłodu. W zimie załóż na głowę czapkę, by utrzymać ciepło.
W lecie — coś przeciwko słońcu. Używaj zawsze skarpet bawełnianych lub wełnianych bez fałdek, które mogą powodować pęcherze. Rozgrzewka Rozgrzewka jest integralną częścią biegania. Ma ona zasadnicze znaczenie, gdy chodzi o zapobieganie kontuzji. Powinna trwać przynajmniej 10 minut przed każdym biegiem. Jest to czas na rozciągnięcie mięśni i zwiększenie dopływu krwi, na oderwanie się od tego, co robiłeś przedtem i umysłowe oraz emocjonalne przygotowanie się do biegu.
Wykonując ćwiczenia rozciągające utrzymuj umysł i emocje w harmonii z ciałem. Bądź zawsze świadomy swoich odczuć co do rozgrzewki i biegania.
Jeśli danego dnia poczujesz, że bieganie jest nieprzydatne do niczego lub odkryjesz w sobie jakiekolwiek negatywne nastawienie — po prostu przyjrzyj się uważnie temu, co właśnie odczuwasz.
Następnie przypomnij sobie entuzjazm i ożywienie, jakie czułeś, gdy po raz pierwszy zdecydowałeś się biegać. Pomyśl o wyjątkowo cudownym poczuciu, jakie miałeś podczas lub po biegu czy w trakcie ćwiczeń. Każdy z nas traci czasami motywację i wszystkim trafiają się chwile lenistwa.
Jeśli w dniu, na który zaplanowałaś bieg, nie czujesz się w odpowiednim nastroju, po prostu świadomie zapytaj się samego siebie: czy chcę iść za tym, co czuję teraz, czy za moim pierwotnym zamiarem biegania?

Cokolwiek zdecydujesz — rób to całym sobą.
Wskazówki do ćwiczeń rozgrzewających :
TAK:
• Oddychaj głęboko i regularnie.
• Pozwól działać własnemu środkowi ciężkości.
• Rozluźnij mięśnie twarzy, barków i brzucha.
• Ćwicz zgodnie z własnym rytmem.
• Rozluźnij możliwie wszystkie mięśnie.
• Modyfikuj ćwiczenia rozciągające zależnie od własnych potrzeb.
• Bądź cierpliwa.

NIE:
• Nie poruszaj się gwałtownie.
• Nie powstrzymuj oddechu.
• Nie pracuj nad oddechem.
• Nie rozciągaj się do bólu.
• Nie oczekuj, że dotkniesz dłońmi do czubków stóp już jutro.
• Nie zagryzaj zębów.
• Nie napinaj się.

Czas trwania ćwiczenia i liczba powtórzeń podane są w przybliżeniu, wyłącznie jako wskazówki. Ćwicz tak, jak ci odpowiada najlepiej.
-Odprężenie 3 minuty
Usiądź wygodnie lub połóż się na plecach z zamkniętymi oczyma. Nie ruszaj się, obserwuj oddech i poddaj się działaniu siły ciężkości. Spróbuj odnaleźć swój środek ciężkości lub jakikolwiek stabilny punkt i wyobraź sobie, że z tego miejsca oddychasz.
-Praktyka
Rozciąganie kostki i stopy 1 minuta, 5 powtórzeń Stań ze stopami na szerokość bioder. Zginaj łagodnie kolana, dopóki nie poczujesz pociągnięcia w kostkach i łydkach. Po odliczeniu do pięciu wolno wyprostuj kolana. Przy wyprostowanych nogach powoli podnoś pięty, aż staniesz na palcach. Rozstaw szeroko palce stóp, by znaleźć solidną podstawę, i rozluźnij się w tej pozycji licząc do pięciu.
Rozciąganie łydki i ścięgna udowego 2 minuty, po 2 powtórzenia dla każdej nogi Stań w odległości około 30 cm od ściany i oprzyj się o nią obiema rękami na wysokości klatki piersiowej. Prawą nogę wysuń do tyłu aż do wyprostowania i ugnij lewe kolano.
Policz do 30. Reguluj rozciągnięcie poprzez wychylanie się do ściany, zmianę odległości pomiędzy stopami, wypychanie w przód miednicy i mocniejsze dociskanie pięty prawej nogi do podłogi.
Powtórz ćwiczenie zmieniając nogi.
-Rozciąganie uda – 2 minuty, po 2 powtórzenia dla każdej nogi
Stojąc na prawej nodze podnieś lewą stopę w górę za siebie i chwyć ją lewą dłonią. Łagodnie przyciągnij stopę do pośladków. Wyobraź sobie, że noga wypada z biodra na ziemię.
W tej pozycji odpręż się przez 30 sekund. By zwiększyć rozciągnięcie, pociągnij udo dalej za siebie. Powtórz ćwiczenie z prawą nogą.
-Rozciąganie grzbietu 2 minuty, 2 powtórzenia
Stojąc ze stopami rozstawionymi na szerokość barków wciągnij powietrze i podnieś obie ręce. Podczas wydechu wyciągnij prawą rękę tak wysoko, jak możesz, rozciągając jednocześnie całą prawą połowę ciała. Wdychając powietrze zrób to samo z lewą ręką i lewą połową ciała. Powtórz ćwiczenie raz jeszcze. Następnie zrób wydech, opuść ręce i pozwól opaść barkom. Zgiąwszy delikatnie kolana opuść głowę na piersi i wolno przetocz ją w dół. Głowa powinna zwisać bezwładnie jak u szmacianej lalki.
Utrzymaj tę pozycję przez 30 sekund. Następnie ugnij jeszcze bardziej kolana i podnoś się łagodnie. Głowa na samym końcu. Wyprostuj nogi. Wzmacnianie brzucha i dolnej części pleców 1 minuta, 3-10 powtórzeń Połóż się na plecach z ugiętymi kolanami. Stopy na płask dotykają podłogi. Zrób wydech i dociśnij dolną część pleców do podłogi. Nabierz powietrza i skrzyżuj ręce na piersi.
Wraz z kolejnym wydechem wciągnij brzuch, unieś się i zatrzymaj w połowie drogi do pozycji siedzącej. Wytrwaj przez chwilę oddychając, po czym rozluźnij się i powtórz ćwiczenie.

Bieg Jogging –  często kojarzy się z niezwykle monotonnym zajęciem. Ale tak nie jest. Istnieje wiele sposobów urozmaicenia biegania tak, aby stało się ono bardziej radosne i przyjemne.
Zmienianie szybkości daje ci nie tylko więcej kontroli, ale i przynosi większe korzyści zdrowotne.
Spróbuj rozpocząć energicznym chodem, następnie przejdź do luźnego, skocznego biegu strząsając jednocześnie napięcie z barków, rąk i nóg.
Teraz możesz wybrać na chwilę lekki trucht czy rozgrzewkę przerywaną czasami sprintem z różną szybkością, zależnie od tego, co uważasz za dobre dla siebie. Gdy tylko potrzebujesz odpoczynku, zwolnij i przejdź do energicznego chodu (rozpocznij rześki spacer).

Znajdowanie własnego rytmu
Początkujący biegacze często odczuwają sztywność wynikającą z nieśmiałości i skrępowania lub — nie zdając sobie nawet z tego sprawy — próbują naśladować innych biegających. Jeśli jednak przyjrzysz się dokładniej, zauważysz, że każdy biegacz ma inny styl, odmienny sposób poruszania się.
Przyjrzyj się, jak biegają dzieci i zwierzęta. Następnie wyjdź na otwartą przestrzeń, zapomnij o wszystkim, co czułeś lub myślałeś o bieganiu i po prostu zacznij biec. Poruszaj się szybko, przystawaj, harcuj, podskakuj, w tył i przód, i w kółko. Biegaj dla samej radości wynikającej z ruchu ciała, jak dziecko, gazela czy jaguar. Zmieniaj sposób poruszania się, próbując różnych długości kroku i różnej pracy rąk.

-Praktyka Zmiany terenu i pory dnia
Ustal kilka tras różniących się odległością, otoczeniem, rodzajem terenu i okolicą. Być może odpowiada ci krótka trasa z lekkim wzniesieniem lub dłuższa z pochyłością. Wybierz przynajmniej jedną trasę biegnącą przez ubitą ziemię lub trawę. Jeśli jest to możliwe, próbuj czasami biegać boso po plaży.
Może ci się biegać łatwiej w jakimś określonym czasie dnia, a czuć się będziesz lepiej po biegu o innej porze. Spróbuj biegu o różnych porach, zanim wybierzesz najlepszą. Pamiętaj, że trasy również będą różniły się zależnie od pory dnia.

-Ugruntowanie, oddychanie i medytacja
Bieganie jest wspaniałym sposobem doświadczenia własnego ugruntowania, rzeczywistego „bycia” w dolnej połowie ciała i uświadomienia sobie własnego związku z ziemią. Staraj się odczuwać każde poruszenie wewnątrz nóg, miednicy i dolnej części pleców powodowane zetknięciem się stopy z podłożem podczas biegu. Koncentruj się na „czucie” różnych nawierzchni, po których biegasz.
Podczas ruchu wyobrażaj sobie miednicę i stawy biodrowe. Używaj oddechu jako mechanizmu sprzężenia zwrotnego. Zanim jeszcze rozpoczniesz bieganie, upewnij się, czy potrafisz spacerować i jednocześnie oddychać brzusznie. Jeśli podczas biegu zabraknie ci oddechu, znaczy to, że biegasz za szybko lub za długo. Pozwól, by wydech był dłuższy niż wdech — w ten sposób tworzysz własny rytm. Wciągaj powietrze na przykład przez dwa kroki, a wydychaj przez trzy.

Efektywną metodą medytacji podczas biegu jest liczenie każdego wydechu. Liczysz od jednego do pięciu i znowu wracasz do jednego.
Formą medytacji może być także koncentrowanie się na wybranej części ciała: na stopach, gdy dotykają podłoża lub na brzuchu, gdy porusza się podczas oddychania.

-Wizualizacje
Wizualizację lub wyobrażanie można zastosować, by ułatwić sobie bieganie, poczuć się lżejszym i szybszym, a także by odnaleźć większą radość czy wejść w medytację. Możesz stosować metody podane niżej lub opracować własne. By wytworzyć poczucie lekkości, swobody i naturalności, wyobraź sobie, że od strony pleców łagodnie unosi cię do przodu wielka fala.
Pozwól niech cię popycha i przenosi, dając poczucie rześkości, ożywienia i świeżości. Wyobraź sobie, że jesteś małym, spoczywającym punktem, który porusza się spokojnie i bez wysiłku poprzez przestrzeń. Odczuwaj swoje nogi jak poruszające się bez przerwy tłoki z najtwardszej stali niestrudzenie unoszące cię naprzód.

- Odpoczynek po biegu
Rzeczą bardzo ważną jest, byś odpoczął po biegu, pozwolił ciału ochłonąć i prześledził to, co dzieje się wewnątrz ciebie. Podczas ćwiczeń rozciągających zwracaj uwagę na uczucia i wrażenia.
Bądź świadomy tego, co zachodzi w mięśniach, oddychania, skóry, bijącego serca i podwyższonej temperatury ciała, a także bólu czy zadrapania.
Uświadamiaj sobie własne nastawienia, uczucia i myśli.
Bądź cierpliwy i nie spiesz się
. Pamiętaj o naturalnym oddechu i rozluźnieniu możliwie wszystkich mięśni.

Po biegu…
Spaceruj przez 5-10 minut. Strząśnij napięcie z ramion, dłoni i stóp. Wykonaj po jednym razie następujące ćwiczenia rozgrzewające:
a) rozciąganie łydki i ścięgna udowego,
b) rozciąganie uda,
c) rozciąganie grzbietu.
Po ich zakończeniu przejdź do ćwiczeń podanych niżej. Rozciąganie biodra 1 minuta, 5-15 powtórzeń Stań ze stopami rozstawionymi na szerokość bioder. Przykucnij i oprzyj dłonie na podłodze między stopami (unosząc pięty, jeśli jest to potrzebne).
Łagodnie obróć jedno kolano do podłogi, jednocześnie odchylając drugie w bok. Za każdym razem zmieniaj kolana, by rozciągnąć pachwinę i uda. Następnie ugnij kolano jednej nogi, a drugą nogę wyciągnij do tyłu. Obróć się w stronę ugiętego kolana.
Druga noga wyciągnięta, kolano wyprostowane. Stopa dociśnięta do ściany za tobą. Użyj rąk dla zrównoważenia ciała. Pozwól, by siła ciężkości naturalnie ściągnęła miednicę i biodra do dołu.
Odpręż się w rozciągnięciu.
Powtórz to samo ćwiczenie zmieniając nogi.
Usiądź bez ruchu i skoncentruj się na oddechu. Bądź świadomy tego, co czujesz.

Bieg transowy
Bieg transowy jest praktyką z pogranicza bioenergetyki i medytacji.
Polega na biegu przy pełnym rozluźnieniu całego ciała z jednoczesną koncentracją na pojawiającym się „tu i teraz” doświadczeniu.
Bieganie według podanych niżej zasad można traktować jako formę rekreacji, dla wielu jednak osób stanowi ono formę praktyki medytacyjnej.
Dzieje się tak, gdy obok reguł poruszania się w biegu przestrzegana jest również zasada utrzymywania uwagi w hara. Osoby, które dawno lub nigdy nie biegały, mogą zacząć to robić dzięki tej prostej procedurze, uzyskując szybko nieoczekiwany przyrost sprawności.
Dla osób wysportowanych bieg transowy stwarza okazję do subtelnych studiów nad własną energią, edukacji w zakresie przyjemnościowego, nierywalizacyjnego podejścia do aktywności fizycznej.
Osoby poddające się aktualnie psychoterapii czy korzystające z bardziej zaawansowanych form pracy nad sobą mogą traktować bieg transowy jako cenną procedurę wspomagającą integrację ciała i umysłu, dostarczającą nawet czasem możliwości doświadczenia przekraczania granic swojego „ja” — przez czynne zaprzeczenie wyobrażeniom na temat granic własnych możliwości lub wręcz chwilowe roztopienie się „ja”, doświadczenie jedności, połączenia, stopienia ze światem.
Stąd nazwa: trans oznacza bowiem „przekraczanie” (granic).

Ten sposób biegania wypracowaliśmy przez kilkanaście lat jako 40- minutowe otwarcie dnia (po jodze i medytacji) na treningach Laboratorium Psychoedukacji.
Największe doświadczenie w praktyce i uczeniu biegu transowego ma w naszym środowisku Wojciech Eichelberger.

-Technika biegu Stopy.
Bieg transowy, zwłaszcza powolny, przypomina raczej człapanie niż bieg sportowy, a to dlatego, że kontakt stopy z podłożem przy każdym kroku zaczyna się od pięty i stopy nie są bardzo wysoko odrywane od ziemi.
Kolana. Utrzymujemy lekko ugięte, ułatwiając im w ten sposób spełnienie funkcji amortyzacji masy ciała. Przy sztywnych kolanach nie jest możliwe bieganie z pięty.
Biodra. Powinny pozostawać w maksymalnym rozluźnieniu, co u osoby względnie mało zablokowanej prowadzi do lekkiego ich kołysania na boki, a także do poruszania się miednicy zgodnie z rytmem oddechowym.
Brzuch. Pozostaje lekko wypuszczony. W biegu transowym oddech jest kierowany przede wszystkim do brzucha. W czasie biegu pępek jest oprócz podbródka najdalej wysuniętym do przodu punktem ciała (wbrew rozpowszechnionemu nawykowi napinania brzucha, unoszenia ramion i uwypuklania klatki piersiowej przy biegu).
Pośladki. Luźne, nie zaciskane.
Plecy. Utrzymujemy prosto. Jeśli czujesz zmęczenie pleców, raczej odchyl się do tyłu, unieś ręce, nigdy zaś nie garb się!
Ramiona. Są nisko opuszczone w dół (nie do przodu).
Ręce. Mogą być lekko zgięte w łokciach lub puszczone zupełnie luźno, jak sznurki.
Dłonie. Otwarte lub zamknięte, koniecznie luźne w nadgarstkach.
Głowa. Trzymana jest prosto, broda nieco wysunięta w przód i skierowana do góry. Naczelna zasada: w żadnym wypadku nie opuszczaj głowy! Spojrzenie skierowane przed siebie lub w dół (nie w górę!). Przy wydechu można przymykać oczy.
Oddech Jak wspominaliśmy, w biegu transowym nastawiamy się na oddech brzuszny, co nie oznacza, że tor pojawiającego się oddechu ma być jakkolwiek ograniczony. Nie chodzi o to, aby oddychać tylko do brzucha, ale przede wszystkim tam.
Ważne jest też, aby wypracować oddech lekki i długi. Przy wdechu brzuch się uwypukla, miednica podaje się lekko do tyłu. Przy wydechu brzuch opada, a miednicę lekko pchamy do przodu. Oddychamy przez nos, przynajmniej wdech koniecznie przez nos, wydech możliwy jest przez półotwarte usta.
Pamiętaj — im dłuższy i lżejszy oddech, rozpoczynający się głęboko w brzuchu, tym łatwiej dysponować energią w czasie biegu.
-Dźwięk
Niektórzy wydają w czasie biegu dźwięki — np. „aaa…” lub „mmm…” z każdym wydechem. Jeśli w czasie biegu uwolni się nadmiar energii, bywa on rozładowywany nagłym okrzykiem „ha!”, przez luźne gardło, głęboko z brzucha, z wydechem, „uderzeniem” miednicy do przodu.

- Stan umysłu w czasie biegu
Jeśli chcemy traktować ten bieg w sposób nie tylko rekreacyjny, ale i transowy, należy utrzymywać stan umysłu jak przy praktyce koncentracji w medytacji.
Kluczową sprawą jest utrzymywanie uwagi nisko, w okolicy podbrzusza, w hara. Ważne jest, aby raczej wyobrażać sobie ruch oddechowy na poziomie brzucha w linii „do przodu-do tyłu” niż śledzić jego przepływ w górę i w dół. Uwaga może być też utrzymywana w obszarze całego ciała, ewentualnie na otoczeniu, tu i teraz, w zakresie wszelkich modalności zmysłowych.
Ważne jest świadome doświadczanie kontaktu stóp z podłożem. Oddechy można liczyć seriami i sekwencje myślowo-wyobrażeniowe traktować tak jak w zazen (zob. podpunkt Wskazówki dla medytujących). Przygotowanie Tak jak każdą formę swobodnego biegania, bieg transowy warto poprzedzić ćwiczeniami rozgrzewająco-rozluźniającymi nastawionymi na uruchomienie wszystkich stawów i „przetarcie” luźnego oddechu brzusznego.
Ważne jest, aby nie były one zbyt wyczerpujące, tak by nie powodowały zadyszki. Bieg transowy rozpoczynamy od wolnego tempa i łagodnego oddechu.
Wskazówki do rozgrzewki są takie same jak podane wcześniej.

Pamiętaj! Nie daj się zwieść myślom o sobie i trasie, którą masz za sobą i która jest przed tobą, nie dręcz się myślami o niemożności ani nie hipnotyzuj złudzeniami siły i potęgi. W trakcie biegu masz zawsze do zrobienia jeden krok.

Santorski Jacek: Medytacja. Bieg. Relaks. Orgazm

zobacz też:

Ćwiczenia uwalniające energię

Medytacja chodząca

Ból a medytacja

Dzień Uwagi

Wyostrz swoją uwagę

Świadomość hara – początek i koniec życia

Muminki i mądrość Tove Jansson

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

dolina

Dziś chciałabym polecić coś z całkiem innego świata :)
– Powieść dla dzieci(?) „Dolina Muminków w listopadzie”, autorstwa Tove Jansson, pochodzącą z wielotomowego cyklu opowieści o Muminkach.

Obok książki „Tatuś Muminka i morze”, to jedno z najbardziej „dorosłych” dzieł Tove Jansson, wypełniona delikatną melancholią oraz głębokimi refleksjami na temat życia i charakterów bohaterów.
Różni się zdecydowanie od poprzednich tomów, o wiele bardziej dziecinnych i lekkich, a z atmosferą serialu filmowego ma naprawdę niewiele wspólnego (i dobrze :) )

Czytanie jej działa uspokajająco, można nawet powiedzieć, że książka przejawia miejscami klimat Zen :)
Mimo powierzchownego – przygnębiającego wrażenia, które buduje wiecznie padający deszcz, zbutwiały las i opadające mgły – odkrywa w sobie zadziwiający ładunek pozytywnych wniosków i ciekawych, inspirujących przemyśleń.

Jakkolwiek – oficjalnie pisana z myślą o dzieciach, każdy dorosły, który kiedykolwiek słyszał o filmie The Secret, z pewnością odkryje w niej „niezatapialne” duchowe prawdy :)

*

Akcja rozgrywa się w fantastycznej Dolinie Muminków, która została na jesień opuszczona przez swoich właścicieli, Rodzinę Muminków, przebywających obecnie na dalekiej Wyspie.
mapa-listopad <- Kliknij by zobaczyć powiększenie Doliny

W ociekającej deszczem, pełnej nagich, czarnych drzew Dolinie stopniowo gromadzą się „życiowi rozbitkowie”, z róznych stron świata, dawni przyjaciele Muminków,  z których każdy przybywa do Doliny,  aby odszukać na nowo utracony sens, odmienić coś w swoim życiu lub odkryć prawdę o sobie.

Wszyscy (Włóczykij, Homek, Paszczak, Filifionka, Wuj Truj, Mimbla) przybywają tu aby spotkać się z Muminkami, gospodarzami Doliny,  ale odkrywają, że dom Muminków jest całkowicie wyludniony i zakurzony.
(Oczywiście oprócz Przodka Muminków, który jednak śpi snem zimowym, w piecu kaflowym)

Początkowe rozczarowanie nieobecnością gospodarzy, wszyscy umiejętnie ukrywają, próbując  bardzo intensywnie wcielić się w role swoich „autorytetów”, członków Rodziny Muminków.
Większość przybyła bowiem celem spotkania konkretnego członka rodziny Muminków.

Tylko jeden Włóczykij, znany z innych powieści o Muminkach, skrywa umiejętnie tęsknotę za przyjacielem, Muminkiem, i poszukuje w Dolinie natchnienia do napisania piosenki, którą mógłby zagrać na harmonijce.

Pozostali bohaterowie to :

Mały Homek Toft – bardzo nieśmiałe stworzonko, które idealizuje Mamę Muminka i z tęsknoty za nią decyduje się na opuszczenie bezpiecznego domku, w którym zamieszkuje (a którym jest nieużywana łódź Paszczaka). Homek, mimo przepełniającego go strachu i paraliżującej nieśmiałości, stara się zapoznać z innymi przybyszami i odnaleźć wśród nich swoje miejsce, w czym pomaga mu bujna wyobraźnia.

Filifionka – to zasadnicza i surowa właścicielka wielkiego domu, znajdującego się w sąsiedztwie Doliny Muminków. Filifionka ma dom wypełniony pięknymi rzeczami, które gromadzi, a których piękna wcale nie zauważa – ponieważ całe dnie wypełnia jej sprzątanie oraz pilnowanie aby wszystkie te rzeczy były dobrze zabezpieczone przez molami, kurzem i innymi niebezpieczeństwami.

Przełom w życiu Filifionki następuje w chwili gdy podczas mycia okien na poddaszu, zsuwa się z dachu i cudem ratuje życie, wspinając po wąskim gzymsie. To traumatyczne wydarzenie sprawia, że świat nabiera dla niej nowego koloru. Leżąc na podłodze, chwile po swoim ocaleniu dokonuje następującego spostrzeżenia:

„Nigdy dotąd nie zauważyła że jedwabny abażur jest czerwony, bardzo piękna czerwień przypominająca zachód słońca, Nawet hak w suficie miał nowy, niezwykły kształt”[...] „Cały pokój zmienił się, wszystko wyglądało inaczej”

Uświadamia sobie, że gdyby umarła, nikt nawet by się nie zainteresował. Myśl o tym, że miałaby zostać w swoim pustym domu i wciąż tylko sprzątać i sprzątać, przeraża ją.
W porywie chwili, decyduje się opuścić swój dom i udać do Doliny Muminków, gdzie mieszkają jedyne osoby które kiedykolwiek lubiła. Zabiera ze sobą prezent dla Mamy Muminka.

Paszczak – jest stworzeniem którego cały czas obejmuje „organizowanie życia innym” i walka z frustracją, że nikt nie jest mu za to wdzięczny.
Paszczak jest hałaśliwy i rubaszny i stale marzy o wielkiej, pełnej przygód wyprawie w morze, na wzór Tatusia Muminka. Jednak faktycznie jego łódź, od wielu lat leży nietknięta na brzegu,  stanowiąc mieszkanie Homka Tofta.

„Zwinął się w kłębek i zrobił malutki [...] starał się być Paszczakiem, którego wszyscy lubią i starał się być Paszczakiem którego nikt nie lubi. Lecz co z tego, kiedy i tak ciągle był Paszczakiem który wszystko robi najlepiej jak może, ale nic mu naprawdę dobrze nie wychodzi.”

Decyzje o wyjeździe podejmuje, podobnie jak Filifionka pod wpływem impulsu, przytłoczony wrażeniem że jego życie pozbawione jest sensu i celu.
Moment opuszczenia domu jest dla niego wyzwoleniem.

„Nikt go nie widział kiedy odchodził, bez walizki, bez parasola, i bez pożegnania z kimkolwiek”
[..]Parę razy zabłądził, lecz to go jednak nie zaniepokoiło ani rozgniewało” [...]
– Nigdy dotąd się nie zgubiłem, i nigdy jeszcze nie przemokłem- pomyślał z dumą.
Wymachiwał rękami i czuł się jak ten, o którym mówi piosenka że szedł sam w deszczu tysiące mil od domu, wolny i swobodny. Taki był szczęśliwy!”

Wuj Truj – jest kolejnym przybyszem do doliny Muminków.
Zdziwaczały stuletni dziadek, mający problemy z pamięcią i pałający gniewem do swoich „krewnych” którzy wciąż organizowali jakieś przyjęcia, na które go nie zapraszali.
Czując się zapomnianym, niepotrzebnym i „odstawionym” na bocznym torze życia, opuszcza zagracony dom i przybywa do Doliny marząc o pięknej rzece, która tam płynie i w której mógłby łowić i bawić się do białego rana.
Dolina jawi mu się jako miejsce gdzie żyło się pełnią życia, które on sam utracił,  gdzie :

„grało się i śpiewało cały dzień i skąd on, Wuj Truj wracał do domu jako ostatni”

Ostatnim gościem w ogarniętej jesienią Dolinie Muminków, jest Mimbla.
Postać zgoła odmienna od reszty przybyszów.
Optymistka, niezależna, pełna pozytywnego nastawienia do świata.

„Mimbla szła przez las i myślała :”Przyjemnie jest być Mimblą, czuję się znakomicie od góry do dołu.”[..] co jakiś czas biegła nawet kawałek, żeby poczuć jaka jest lekka i szczupła.
„Nie ma nic przyjemniejszego i prostszego jak czuć się wygodnie”.

Mimbla nie przejmowała się tymi których spotkała i których potem nie pamiętała. Nigdy nie próbowała mieszać się w ich sprawy.Przypatrywała się im, i ich kłopotom z rozbawionym zdziwieniem”

W Dolinie Muminków, Mimbla planowała odwiedzić  swoją małą siostrę, Mi, ale mimo że tak się nie stało, nic nie zakłóciło jej dobrego humoru.

„Można leżeć na moście i patrzeć jak przepływa pod nim woda, albo biegać i brodzić w czerwonych botach po mokradłach. Albo zwinąć się w kłębek i przysłuchiwać jak deszcz pada na dach. Bardzo jest łatwo miło spędzać czas

Przez cały długi listopad, bohaterowie starają się wzajemnie poznać . Czasem bezskutecznie próbując uszanować czyjeś potrzeby i sposób bycia.

Bohaterowie reprezentują kilka charakterystycznych typów osobowości a ich reakcje świetnie obrazują najczęściej występujące mechanizmy obronne, poprzez które ludzie starają sie radzić z problemami:

- Hałaśliwy i nachalny Paszczak nachodzi samotnika Włóczykija w jego zielonym, jednoosobowym namiocie, próbując z mizernym skutkiem rozpocząć  życie na łonie natury. Kłoci się z Filifionką o sprawy związane z przyrządzaniem jedzenia.
Stanowi typ osobowości, który gorączkowym działaniem i organizowaniem wszystkiego na powierzchni, próbuje zasłonić wewnętrzną pustkę i niespełnienie.

- Zakompleksiona Filifionka terroryzuje wszystkich swoimi lękami, związanymi z brudem i robactwem, które w jej mniemaniu czai się dokoła i czeka tylko na odpowiedni moment by ją dopaść.
Nie ma jednak sił zabrać się za sprzątanie, bo podczas ostatniego sprzątania, jak pamiętamy, o mały włos a straciłaby życie. 
Żyjąc dotychczas w pułapce swoich nawyków i kompulsywnych zachowań, nagle ich pozbawiona,  odnajduje samą siebie nagą, bezbronną, w świecie pełnym chaosu, niebezpieczeństw i przeciwności.

- Wuj Truj marudzi i domaga się dla siebie szczególnej uwagi i robi dokoła siebie sporo zamieszania, symulując chorobę, aby przyciągnąć współczucie innych i wymusić odpowiedni autorytet.

- Włóczykij jest opryskliwy i nietowarzyski, bezskutecznie próbując schwytać nutki melodii do swojej piosenki.
Odcina się od reszty i okazuje im ostentacyjnie, że nie są mile widziani w okolicy jego namiotu.
Swoje problemy projektuje na zewnątrz. Obwinia innych, ma poczucie że to przez nich brakuje mu weny do tworzenia muzyki.

- Mały Homek Toft snuje się pomiędzy nimi, nieobecny, nie dając sobie rady z otaczającą go rzeczywistością , ucieka w fantastyczne krainy które sobie wyobraża, i w których tworzy fantastyczne stworzenia (Numulity).
Snuje prawdziwe „sny o potędze”.
Finalnie, Homek odkrywa w sobie moc do kreowania rzeczywistości, tylko dzięki sile swojej wyobraźni.
Wymyślone przez niego okoliczności i stworzenia, zaczynają budzić się do życia, pojawiając w Dolinie

„Homek stał w schowku na poddaszu i patrzył przez okno, jak pioruny padają na dolinę Muminków. był dumy i zafascynowany i może trochę przerażony ” To moja burza-myślał – ja ją zrobiłem. nareszcie potrafię opowiadać sobie tak – że to widać. Będę opowiadał ostatniemu Numulitowi, małej Radiolarii [...]„

„Toft opowiadał sobie o Stworze, opowiadał coraz lepiej, już nie w słowach, tylko obrazami, Słowa są niebezpieczne, a Stwór doszedł do bardzo ważnego momentu, w swoim rozwoju. Następowała w nim zmiana, nie krył się już tylko patrzył i słuchał i sunął skrajem lasu jak ciemna smuga…”

Ale to nie jedyna rzecz którą Homek sobie wyobrażał.
Jego głowa była pełna także fałszywych wyobrażeń na temat innych, zwłaszcza Mamy Muminka, którą idealizował – z braku własnej mamy i poczucia, że istnieje ktoś komu na nim zależy:

„Kiedyś -wybuchnął Homek – Ona [Mama] musi powrócić, tylko na niej jednej mi zależy”
Włóczykij wzruszył ramionami. Homek już więcej się nie odezwał. Kiedy odchodził, Włóczykij zawołał – Uważaj żebyś nie pozwalał rzeczom zanadto rosnąć.

*

Wkrótce atmosfera w Dolinie osiąga swoje apogeum.
Wszyscy przekraczają w sobie jakiś próg, którego wcześniej nie znali, o którego istnienia nie mieli pojęcia.
Przekraczają samych siebie, dokonując rzeczy na jakie wcześniej by się nie zdobyli i w ten sposób stwarzają się na nowo.

- Paszczak wreszcie daje się namówić Włóczykijowi na wypłynięcie łodzią w morze.
Od lat fantazjował nad momentem, gdy będzie mógł poczuć mocny opór steru w ręce.
Opowiadał o tym innym ludziom, chcąc ukazać się im jako osoba światowa, która przeżywa odważne przygody i jest niezależna. W jego przekonaniu, tylko tak mógł zyskać ich aprobatę.
Faktycznie – pod spodem drży ze strachu, ale próbuje nie okazywać tego przed Włóczykijem, gdy morze wściekle miota łodzią.  W końcu nie ma odwołania.  Musi przejąć ster i po jakiejś chwili, wypełnionej dramatyczną walką, udaje mu się zapanować nad żywiołem.

Po powrocie do domu doznaje uczucia wielkiej ulgi.  Zaczyna też rozumieć znaczenie tego wydarzenia.
Zdobywa się nawet na odwagę by wyznać, że to był jego pierwszy raz na morzu.
Każdy nerw w jego ciele drży, ale Paszczak zaczyna dostrzegać,  że nagle może być wreszcie szczery wobec samego siebie. Zaczyna dostrzegać, że robił rzeczy „pod publiczkę„, bynajmniej nie dlatego, że ich naprawdę potrzebował. Może teraz powiedzieć co naprawdę czuje.
Ku zdumieniu wszystkich, którzy sądzili że Paszczak kocha morze i żeglowanie, dokonuje on następującego wyznania:

Wiesz, tak mnie mdliło, że chciałem tylko umrzeć, i cały czas się bałem”
i kolejny wniosek:
„Ale dopiero teraz wiem, że już nie muszę żeglować. Dziwne, co?
Dopiero teraz zrozumiałem, że już nigdy nie będę musiał żeglować”

Stając twarzą w twarz ze swoim Demonem, Paszczak wreszcie zrozumiał, że nie musi sie już więcej bać, nie musi udawać że jest kimś innym niż sądził. Może po prostu być sobą.

Mierząc się z tym czego się bał, wewnętrznie się od tego uwolnił.
Przestaje mu też ostatecznie zależeć na opinii innych ludzi.

*
Także dla Filifionki przechodzi moment przełomowy.
Organizuje wielkie przyjęcie dla wszystkich a potem po raz pierwszy od dawna decyduje sie zrobić to czego się tak bardzo bała od swojego wypadku na dachu:
Posprzątać cały dom.
Mimo, że z powodu wypadku (który zdarzył się podczas sprzątania), miała wrażenie że już nigdy nie będzie mogła sprzątać – uwalnia się od paraliżującego ją lęku.

Moment decydujący, następuje w momencie gdy wszyscy opuszczają przyjęcie. Dokoła walają się poniszczone girlandy i lampiony. Krajobraz jest smutny i opuszczony, jak jej własna osoba.
Filifionka czuje się po raz pierwszy wewnętrznie wolna – stojąc w totalnym bałaganie i akceptując go.
Niczego już nie „musi”.  Wszystko jest bez znaczenia.
Od niechcenia bierze do ręki harmonijkę ustną, należącą do Włoczykija i zaczyna na niej grać. Niespodziewanie okazuje się że ma talent, o jakim wcześniej nie wiedziała. Melodia wychodzi jej naturalnie.

„Dźwięki zaczęły przypominać melodie a melodie stały się muzyką. Grała piosenki Włóczykija i swoje własne, teraz nic nie mogło dotknąć jej ani wystraszyć

W chwili gdy pozwala sobie na rozluźnienie, ujawniają się jej ukryte talenty. Gdy znika presja, to co jest w jej wnętrzu, znajduje wreszcie moment by sie ujawnić.
*
– Moment przełomu dla Homka Tofta następuje w momencie gdy dowiaduje się że jego idealizowana Mama Muminka także doznaje czasem złości, że bywa nie tylko dobra i łagodna, ale potrafi się zdenerwować.
Dowiaduje się że w ogrodzie było nawet specjalne miejsce, w które zwykli chadzać wszyscy członkowie Rodziny Muminków, gdy byli rozgniewani czy posepni:

„Mimblo – odezwał się nieśmiało – Gdzie byś poszła, gdybyś była wielkim złym stworem?
Mimbla od razu odpowiedziała
– Do dzikiej części ogrodu, do tego brzydkiego lasku za kuchnią. Oni tam chodzą, jak są źli
– Chcesz powiedzieć jak Wy jesteście źli?
– Nie Rodzina. – odparła Mimbla.  – Szli w najdalszy kąt ogrodu, kiedy mieli wszystkiego dość i byli źli i chcieli aby zostawiono ich w spokoju.
Homek zrobił krok w tył i krzyknął -
– To nieprawda! Oni nigdy nie byli źli! [...] Mama nigdy taka nie była! Była zawsze taka sama! Otworzył gwałtownie drzwi do salonu i zamknął je za sobą.
Mimbla na pewno kłamała. Nie wiedziała nic o Mamie. Nie wiedziała, że żadna Mama nigdy nie może się źle zachowywać…”

Homek początkowo nie umie odrzucić ograniczających go wyobrażeń. Reaguje standardowo, najpierw gniewem, potem wyparciem. Gdy rzeczywistość zaczyna do niego docierać – chce przywrócić jej dawny, cukierkowy, choć nieprawdziwy wymiar.

Moment przełomu następuje dopiero pod koniec książki, gdy Homek odnajduje Dzikie Miejsce w ogrodzie.

Zerwał się i zaczął biec, przebiegł koło ogródka warzywnego, koło stosu śmieci i wypadł do lasu. Nagle zrobiło się ciemno dokoła, znalazł się w tym brzydkim, opuszczonym zakątku leśnym o którym mówiła Mimbla. Panował tu wieczny mrok [...]
To był inny świat. Toft nie miał dla niego żadnych obrazów ani słów.
Nic nie musiało się zgadzać. Nikt tu nie próbował zrobić ścieżki i nikt nigdy nie odpoczywał pod drzewami. Krążyli tu tylko zatopieni w czarnych myślach. To był Las Gniewu.
Skłopotany Toft całkiem się teraz uspokoił i był bardzo uważny.
Czuł, z niesłychaną ulga jak jego wszystkie obrazy ulatują.
Opisy doliny i szczęśliwej rodziny bladły i rozpraszały się. [...] Toft zobaczył nową mamę Muminka i wydała mu się naturalna.

Uwolniony od fałszywych wyobrażeń, doznaje niewyobrażalnej ulgi i wreszcie czuje się szczęśliwy.
Wchodząc w kontakt z prawdą, sam może poczuć się naprawdę wolny.

Toft szedł dalej przez las schylając pod gałęziami, pełznąc i czołgając się, nie myślał w ogóle o niczym, był równie pusty jak szklana kula. Obejrzał się. Dolina wyglądała jak jakiś niewiele znaczący cień daleko w tyle.

- Także Wuj Truj w końcu przestaje się złościć na innych.
Jego Moment Przełomu ma miejsce gdy wydaje mu się, że rozmawia z Przodkiem Muminków, 300 letnim trollem, zamieszkującym piece kaflowe.
Faktycznie rozmawia tylko ze swoim odbiciem w lustrze starej szafy.  (Prawdziwy Przodek śpi sobie oczywiście spokojnie w piecu).  Lustro odtwarza każdy jego gest, ale Wuj nie rozumie tego, że wygraża samemu sobie.
W końcu, w przypływie wyzwalającej frustracji, uderza laską w lustro które rozbija się.
Okazuje się że cały czas, tak naprawdę złościł się na samego siebie.

- Nawet odludek Włóczykij wreszcie decyduje się napisać pożegnalny list do Muminka, mimo że wcześniej uważał to za głupi, sentymentalny zwyczaj. Przestaje gniewać się na innych i obwiniać ich o swój brak natchnienia. Odnajduje wewnętrzny spokój  – i dopiero wtedy przypływają do niego dźwięki wytęsknionej melodii.

*
W książce każdy finalnie znajduje  swoje miejsce.
Bohaterowie powoli rozchodzą się do domów.
Uczą się akceptować siebie takimi jakimi naprawdę są, w pełni i do końca.
Odchodzą z Doliny – wolni, dojrzalsi.

Nad morzem, na pomoście zostaje tylko mały Homek Toft.  Dostrzega jaśniejącą jak gwiazda na niebie, sztormówkę palącą się na maszcie łodzi Muminków, którzy właśnie wracają do domu. Ale wita ich jako nowy Homek,  spokojny i i pogodzony ze sobą. Zupełnie inny od tego który zaledwie miesiąc wcześniej przybył do Doliny Muminków.
*

„Dolina Muminków w listopadzie” – jest ostatnią książka z tego cyklu, którą napisała Tove Jansson.

Fińska pisarka Tove Jansson, razem ze swoją partnerką, graficzką Tuulikki Pietilä, zamieszkiwała często na małej wyspie, Klovharu na morzu Bałtyckim. Była zakochana w morzu i umiała docenić momenty wyciszenia i spokoju, które zapewniała maleńka wyspa. Miała tam czas na refleksje i zadumę.
To właśnie na niej, w atmosferze spokoju bezkresnego nieba stykającego się z morzem, powstała część jej książek.

6

Autorka tekstu: Zenforest.
Nie kopiować bez zgody autorki!

Inne posty

Kung Fu Panda i głebsze przesłanie

Czy Twoje życie ucieka?

Wyprawa do serca ciszy

Wizualizacja. Materializacja marzeń. Sekret.

Uzdrowicielska potęga wizualizacji

Tajemnica szczęścia, zdrowia i pomyślności – “The Secret”

Prawo przyciagania…w działaniu!

Afirmacje – co robić kiedy nie działają?

Tagi

, , , , , , , , ,

seve1
Wg Słownika Języka Polskiego PWN afirmacja, to potwierdzenie, aprobowanie czegoś, zgoda na coś, uznanie czegoś za dobre.
Chcesz czy nie, każdego dnia stosujesz afirmacje. Najogólniej rzecz biorąc, afirmacja to stwierdzenie nt. siebie, innych lub świata.

Ze względu na to, czy to stwierdzenie dotyczy stanu pożądanego, czy niepożądanego, możemy mówić o afirmacjach pozytywnych i negatywnych.
Na pozytywne afirmacje składają się te, które dotyczą stanów, które chcemy osiągnąć.
Negatywne afirmacje to te, które dotyczą stanów, które uważamy za niekorzystne, i których chcemy uniknąć. Dla przykładu, pozytywną afirmacją będzie „jestem zdrowy”, a negatywną „na pewno zachoruję”.

Paradoksalnie, nie chcemy czegoś, ale mówimy, że to się stanie („na pewno się nie uda”). Kreujesz swoją rzeczywistość po prostu myśląc, wypowiadając określone stwierdzenia. Choć mogą wydawać się niewinne, to wypowiadając je wpływasz na podświadomość swoją lub innych. Świadomie myśląc i mówiąc świadomie kreujesz swoje życie.

W większości publikacji nt. afirmacji spotkasz się ze zdaniem, że są to jedynie pozytywne twierdzenia, które celowo wprowadzamy do naszej Podświadomości.
Dzięki temu chcemy zastąpić negatywne przekonania i wzorce zachowań pozytywnymi. Moim zdaniem, ponieważ jesteś tak stworzony lub stworzona, że każda Twoja myśl dąży do realizacji – cały czas afirmujesz swoje życie. Wyrażasz zgodę na swoje myśli – afirmujesz swoje życie – materializujesz swoje myśli. Każdy, kto zaczyna interesować się tematem afirmacji dowiaduje się, że afirmacja powinna być  pozytywnym stwierdzeniem – „jestem bogaty”, a nie „nie chcę być biedny”  formułowana w czasie teraźniejszym – afirmując w czasie przeszłym tworzysz wspomnienia, a w przyszłym oczekiwania  bez negacji – bez „Nie” –
Podświadomość nie rozumie „nie” i najpierw przedstawia sobie to, czego ma sobie nie przedstawiać, np. „nie myśl o różowym słoniu” – żeby o nim nie myśleć najpierw trzeba pomyśleć  najlepiej w trzech osobach (Ja…, Ty…, On/Ona…) · bez określeń o negatywnym zabarwieniu („jestem zdrowy” a nie „nie jestem chory”)  zabarwiona emocjonalnie
Czasami mówi się jeszcze, że… …i powtarzaj to przez minimum 21 dni, a zmienisz swoją świadomość w stosunku do bogactwa, miłości, relacji z innymi, zdrowia, itp. – w stosunku do tego, co chcesz osiągnąć.

Nie poddawaj się

Pierwsze moje stosowanie afirmacji trwało prawie 2 m-ce, zgodnie z zasadami, systematycznie i… i zakończyło się porażką.
Tak po prostu. Poddałem się.
Dwa miesiące afirmowania i stwierdziłem, że afirmacje nie działają, albo ja robię coś nie tak.
Kiedy dzieliłem się swoimi refleksjami słyszałem czasem: „no wiesz, budowałeś to przekonanie przez kilkanaście lat, a teraz chcesz się go pozbyć z dnia na dzień?!”, albo „no wiesz, może w Twojej Podświadomości są jeszcze jakieś inne przekonania, które blokują zrealizowanie Twojej afirmacji?”, albo „no wiesz, …”

Tak. Powodów, dla których afirmowanie okazało się nieskuteczne mogło być wiele: począwszy od wymienionych wyżej, a skończywszy na plamach na słońcu i niskim poziomie wód gruntowych… temat afirmacji odłożyłem na półkę.

Gdzieś tak w połowie lat ’90-tych dostałem książkę Oga Madino „Największy Cud Świata”. W niej był pierwowzór „Telefonu od Boga” (List od Boga), a że ja akurat byłem „w dołku” – zastosowałem go.

Czy zadziałał? Gdyby było inaczej, nie powstałby „Telefon…”. Więc jeśli nie masz tego nagrania, to sięgnij po książkę. Warto.
Pytałem siebie: jak to jest, że moje wcześniejsze afirmacje nie zadziałały, a przesłanie z książki dało tak szybki i widoczny efekt? Miałem pewne podejrzenia, ale całość rozjaśnił mi pewien mądry człowiek, który powiedział… .::
„Słuchaj, każdy człowiek jest jak szklanka wody zanieczyszczonej różnym brudem, który wrzucają mu autorytety, rodzice, nauczyciele, dogmaty religijne, politycy, inne ważne osoby, TV, my sami… Zanieczyszcza tę wodę różnymi poglądami, przekonaniami, które najpierw są świadome, a potem zepchnięte do Podświadomości funkcjonują gdzieś w Tle. I teraz, kiedy do tej szklanki z mętną brudną wodą zaczyna dolewać czystą wodę swoich afirmacji, to co się dzieje? Woda staje się mniej mętna. Wlejesz drugą szklankę czystej wody i trzecią, i woda staje się jeszcze mniej mętna. I tak wlewasz szklankę za szklanką, ale woda nadal jest mętna i w końcu stwierdzasz „sorry, to nie działa”.
Ale to nie prawda.
Gdybyś tylko wystarczająco długo wlewał wodę, to w końcu byłaby zupełnie czysta.
Jest jednak i druga metoda, i ją właśnie stosuje autor „Największego Cudu Świata”. Żeby w Tobie, w szklance, którą jesteś, była szybko czysta woda wystarczy, że…” Gdzieś podświadomie każdy to wie… i ja to wiedziałem, i Ty to wiesz.
Bo to jest banalnie proste.
Tyle, że w jakiś sposób często zamykamy sobie tą drogę przez niezrozumienie, albo ograniczające przekonania, które ktoś nam wpaja, a jeszcze ktoś inny powtarza, ktoś potwierdza, „bo to autorytet” itd.… Sposób na szybką zmianę polega na tym, że najpierw opróżniasz szklankę z mętną wodą. Dopiero potem wlewasz do szklanki wodę czystą. Żeby to zrobić, musisz zaakceptować swoje „negatywizmy” i pozwolić im odejść. Jeśli zaczynasz od nich odwracać głowę i udawać, że ich nie ma, skupiając uwagę jedynie na czystej wodzie – będziesz wlewać szklankę za szklanką póki starczy ci cierpliwości…

Więcej w: O Sztuce Mówienia Afirmacji – Paweł R. Stań
http://www.neuro-programmer.pl/o_sztuce_mowienia_afirmacji.zip

Zobacz

Afirmacje, sztuka zmiany życia

Jak działają afirmacje? Struktura umysłu

Afirmacje także mogą szkodzić!

Evelyn Monahan – uzdrowienie i metoda.

Tagi

, , , , , , ,

800
WPROWADZENIE do książki Monahan Evelyn – leczenie metodą psychotroniczną

Evelyn M. Monahan uległa w wieku 22 lat tragicznemu wypadkowi, w rezultacie którego została ciężko okaleczona: straciła wzrok, dostała padaczki, a po czterech latach dołączył się jeszcze paraliż prawego ramienia. Ataki epileptyczne były szczególnie częste (12-14 dziennie). Końskie dobowe dawki leków zredukowały je do 10-ciu. Evelyn czuła się bardzo nieszczęśliwa, nie mogła pogodzić się ze swoim ciężkim kalectwem i przez długich 9 lat dręczyła siebie i otoczenie, kipiała buntem i złością. Aż przyszło uspokojenie, a może wyczerpanie nerwowe. Zaczęła rozmyślać nad ratunkiem dla siebie. I wtedy przypomniała sobie wiele ciekawych, dziwnych historii zasłyszanych jeszcze w dzieciństwie. Odgrzebywała w pamięci przypadki nagłych uzdrowień ludzi, którym lekarze nie dawali najmniejszej szansy wyzdrowienia. Zaczęła mozolnie przywoływać na pamięć zasady tzw. psychotronicznego leczenia, o którym wówczas mówiło się, że było źródłem tych wszystkich cudownych uzdrowień. Zdecydowała się spróbować…

Wtajemniczyła dwoje przyjaciół i we troje rozpoczęli stosowanie ćwiczeń ustalonych w punktach przez samą Evelyn. Ćwiczyli trzy razy dziennie z wielką dokładnością i zapałem. Była to przecież ostatnia deska ratunku.
Po 10-ciu dniach E. Monahan odzyskała wzrok. Stało się to nagle, raptownie. Jednocześnie z odzyskaniem wzroku ustały zupełnie ataki epileptyczne, a w tydzień później ustąpił paraliż.
Młoda kobieta była całkowicie zdrowa. Badania lekarskie nie wykazały śladu żadnej choroby.
Przepełniało ją szczęście powrotu do zdrowia, do normalnego życia i ogromna nieprzeparta chęć zapoznania z tą metodą jak największej ilości ludzi cierpiących.

Evelyn miała ukończone roczne studium psychologii eksperymentalnej na uniwersytecie w Georgii, w Atlancie. Postanowiła wrócić do szkolnictwa, by mieć ciągłe kontakty z ludźmi i móc przekazywać im swoją wiedzę i doświadczenie z zakresu leczenia psychotronicznego.
Zamarzyły jej się wykłady na tymże uniwersytecie. Fakt, że wykłady z takiego przedmiotu nigdy nie istniały na żadnym amerykańskim uniwersytecie, nie przerażał jej wcale.
Zatelefonowała do sekretariatu, wyłuszczyła dokładnie sekretarce o co jej chodzi, podała swoje nazwisko oraz numer telefonu i nie zrażona konwencjonalnym zapewnieniem, że – jeżeli ktoś na uczelni zainteresuje się tym problemem, zostanie z nią skontaktowany, spokojnie czekała, ćwicząc systematycznie swą „cudowną technikę”. Wychodziła z założenia, że skoro mocą „swego wyższego Ja”, swojej Nadświadomości, potrafiła wyleczyć własne ciężkie kalectwo, to nie ma przeszkód do rozwiązania przy pomocy tej samej potęgi każdej innej sytuacji życiowej. Jakoż po miesiącu dyrektor Studiów Specjalnych na tamtejszym uniwersytecie zaproponował jej wykłady z parapsychologii. Chętnie oczywiście przyjęła ofertę i została instruktorem parapsychologii. Jej wykładów słuchało przeciętnie 250 studentów w każdym semestrze.

Evelyn była zadowolona, ale pragnęła jeszcze szerszych kontaktów z ludźmi. Marzyła o telewizji, radiu i prasie. W tej intencji ciągle uprawiała z ogromny zapałem technikę psychotroniczną. Wierzyła w jej nieograniczone możliwości, była pewna, iż znikną przeszkody, stojące na drodze jej ambitnych planów.
Po miesiącu zwrócił się do niej „Atlanta Journal” z propozycją napisania reportażu na temat jej wykładów. Następny tydzień przyniósł kontakt z telewizją. Proponowano udział w programie „Georgia dzisiaj”, odbieranym przez miliony telewidzów-sympatyków. Reakcja na poruszony przez E. Monahan problem była tak wielka, że po trzech tygodniach poproszono
ją o powtórne wystąpienie w telewizji. W tym czasie miała też pogadanki w radio, o jej artykuły ubiegały się takie czasopisma, jak „National Inquire”, „Midnight” i „Time Magazin”.

Książki E.M. Monahan ukazały się w Japonii, Anglii, RFN, Meksyku i we Włoszech. A więc spełniły się marzenia.
W swojej książce, której oryginalny tytuł brzmi „The miracle of metaphysical healing” autorka w osobistym kontakcie z czytelnikiem, bez reszty, bez zastrzeżeń oddaje mu do dyspozycji całą swą wiedzę, swoje doświadczenia, pragnie przelać w niego własny zapał, zachwyt, swą odzyskana radość życia i szczęście pomagania innym.

Leczenie psychotroniczne, owa technika wielekroć sprawdzana, nazywana przez Evelyn „niezawodną”, „cudowną”, jest niesłychanie prosta, ale autorka wielokrotnie przestrzega, by nie zlekceważyć jej, nie odrzucić tylko dlatego, że jest tak bardzo dostępna dla każdego.
I rzeczywiście, psychotroniczne leczenie nie związane jest z żadnymi wydatkami, nie wymaga żadnych rekwizytów, żadnego specjalnego wykształcenia, wymagana jest tylko dobra wola, wytrwałość, spokój.

Na czym więc sprawa polega?
Człowiek jest istotą wspaniałą, potężną przez nieograniczone siły utajone, z którymi przychodzi już na świat. Dzięki tej potędze jest w stanie usuwać ze swego życia choroby, kalectwo, zmieniać przykre sytuacje życiowe itd., gdyż z natury rzeczy należą mu się szczęście, radość i doskonałe zdrowie.

Na nieszczęście człowiek jest nieświadomy swego wspaniałego wyposażenia w potęgę iście boską. Cierpi, choruje, męczy się, narzeka, szuka rozpaczliwie ratunku i ani się domyśla, że on sam posiada moc uzdrawiania. Jest jak król, który zapomniał, że jest królem, że ma płaszcz królewski na ramionach i złotą koronę na głowie, uznał się za żebraka, więc w pyle drogi siedzi i żebrze u przechodniów o wsparcie.
Tę świadomość własnej mocy, własnych nieograniczonych możliwości nazywa Evelyn M. „naszym wyższym Ja”, a moc realizowania życzeń, zaspakajania potrzeb, zmieniania nawet niekorzystnych okoliczności życiowych – nadświadomością.
Umysłem świadomym określa autorka świadomość otaczających nas realiów. To umysł świadomy rejestruje wszystkie nasze spostrzeżenia, odczucia, on zarządza pamięcią, on wyciąga wnioski, planuje itd. itd. On wreszcie ulega chorobom, cierpieniom, odczuwa radość, szczęście, strach, rozpacz itd. Umysł świadomy jest ograniczony w swoich możliwościach,
on też jest „ślepy” – jak się wyraża Monahan – na istnienie naszego „wyższego Ja”.
Otóż, żeby skutecznie posłużyć się techniką psychotronicznego działania, trzeba odwołać się do swego potężnego „wyższego Ja” oraz własnej nadświadomości i… żądać. Nie prosić, błagać, żebrać, a spokojnie, zdecydowanie rozkazywać.
W swoich instrukcjach Evelyn M. nigdy nie podaje słowa „proszę” czy „błagam”, lecz „chcę”, „pragnę”, „rozkazuję”, „zażądam”, pozbawione jednak agresywnego roszczenia.
Wychodzi ona z założenia, że sięgamy po swoje, że są to dobra zaprogramowane dla nas od początku świata, utracone przez nas przez niewiedzę, ograniczoność i własną słabość. W ufnym żądaniu tych wszystkich dobrodziejstw jest jakieś odcięcie się od dotychczasowego mylnego, tragicznego w skutkach, stanowiska ludzkości, na powrót na właściwe miejsce, wyznaczone nam od wieków…….

Więcej w
Monahan Evelyn – leczenie metodą psychotroniczną

Zobacz też:

Ulecz swoje ciało !

Śmiech to życie

Stres i napięcie = początek choroby

Filozofia zdrowia

Neoenergia i formy geometryczne

Tagi

, , , , , , ,

energy1
(Wstęp do książki)

W świecie natury widzimy wiele przykładów energii działającej na różne sposoby poprzez konkretne kształty. Wir jest jedna z naturalnych form kształtujących działanie energii, i to taka, która od najdawniejszych czasów byla dla ludzi czymś oczywistym. Wiry powietrzne, tornada, trąby wodne i huragany należą do jej dramatycznych przykładów. Byłoby rzeczą zrozumiała, gdyby ludzie podjęli próby naśladowania tej formy(…)

Byc moze wlasnie takie próby daly poczatek wirujacym tancom i spiralnym wzorom, jakie spotykamy w calym swiecie. Jedne i drugie lacza sie z religijnymi czy magicznymi rytami, które w zamierzeniu maja pozyskac sile ze swiata znajdujacego sie poza granicami naszego zwyklego postrzegania zmyslowego lub tez maja przeniesc don czlowieka. Interesujace jest to, ze jedne, i drugie jak sie zdaje uzyskuja niewytlumaczalne efekty. Wirowanie, praktykowane np. przez derwiszy czy szamanów, wprowadzaja zmiane stanów swiadomosci, które niekiedy obejmuja takze gleboki trans. Plaskie spirale zdaja sie emitowac jakas forme energii jedynie dzieki wlasnemu ksztaltowi. Szczególne efekty elektrycznosci plynacej przez zwojnice sa dobrze znane, ale nawet bez polaczen elektrycznych wywarzane sa tu zjawiska, które wskazuja na wystepowanie jakiegos rodzaju emisji energii. Istota tej energii pozostaje w dalszym ciagu przedmiotem pytania, ale przejawia ona te same wlasciwosci, jakie laczymy z innymi formami, wspomnimy o nich pózniej. Z cala pewnoscia oddzialywuje ona na materie organiczna i na nieorganiczna, u wiekszosci ludzi wywoluje wrazenia dotykowe, a u niektórych takze wzrokowe. Wyslana jest tak dlugo, jak dlugo forma spirali pozostaje bez zmiany. Jesli np. spirale rozwiniemy, to powyzsze efekty zdaja sie znikac. Wydaje sie, ze to sama ta forma dostarcza struktury, która intensyfikuje jakas zawsze obecna energie. Rozmaite formy wywoluja te same efekty – bez widocznego zródla mocy – co prowadzi do wniosku, ze jakas jedna energia dziala za posrednictwem zasady wspólnej tym formom.

Dla celów niniejszej prezentacji ten przejaw energii nazwiemy „neoenergia”, by odróznic ja od elektrycznosci, magnetyzmu, swiatla itp. I uniknac faworyzowania któregokolwiek z tuzina badaczy, którzy nadali jej wlasna nazwe. Neoenergia, wedlug doniesien jej badaczy ma cechy elektrycznosci, takie jak przeplyw pradu, niektóre polowe wlasciwosci magnetyzmu, niektóre wlasciwosci swiatla – pod wzgledem zdolnosci odbijania sie oraz pewne wlasnosci ciepla. Jednakze wydaje sie byc niezalezna od kazdej z tych form energii. W zwiazku z róznymi formami wykazuje te same podstawowe i niepowtarzalne wlasciwosci. Do tych zas naleza: tendencja do przeplywu pionowego ( jesli nie jest kierowana w inny sposób przez jakis materialny przewodnik), stymulowanie aktywnosci enzymów, pobudzanie wszelkich naturalnych procesów komórkowych, wywolywanie standardowych wrazen dotykowych ( mrowienie, ucisk, chlód, lub cieplo), odwadnianie i opóznianie utleniania, jak równiez neutralizacje kwasnosci ( na razie kwalifikowana jako efekt pozorny, jako ze dotychczasowe dowody sa w wiekszosci subiektywne). Zauwazmy, ze sa to najbardziej konsystentne efekty, o jakich donosza badacze z calego swiata (trzeba to przyznac rzadko eksperymentuja oni w warunkach laboratoryjnych). Jednakze sama ich konsystencja i ilosc doniesien zaslugiwalaby na to, by przyjrzeli sie im blizej ci, którzy dysponuja mozliwosciami dokladniejszego ich zbadania. Jesli chodzi o forme, wspólna zasada rzadzaca energia – o ile potrafimy ja dzis ustalic – jest koncentracja czy intensyfikacja. Kazda z form, która daje efekty neoenergii – spirale, stozki, piramidy, walce, czworosciany i inne – robi to w mniejszym lub wiekszym stopniu w zaleznosci od ich rozmiarów lub komplikacji. W ogólnosci im wieksza lub bardziej skomplikowana jest ta forma, tym silniejsze sa jej efekty energetyczne. Na tym etapie badan stwierdzenie, ze istnieje „wiecej” energii byloby przedwczesne. Z braku adekwatnych urządzeń pomiarowych mozemy jedynie, dzieki obserwacji, potwierdzic istnienie jakiejs róznicy jakosciowej, ale nie koniecznie ilosciowej. Przyglądając sie niektórym konkretnym przykladom tej energii latwiej nam bedzie zauwazyc to, co laczy niektóre jej formy oraz stosunki zachodzące miedzy nimi.

NEOENERGIA I FORMY GEOMETRYCZNE
Serge King
przełożyli : TOMASZ MAZURKIEWICZ i JERZY PROKOPIUK
Artykuł nie zawiera polskich znaków

Zobacz też

Co tak naprawdę wiemy o świecie?

Tai-chi

Czym jest energia “Chi” ?

Panta rei – energia dokoła nas

Dobre wibracje

Seksualność a czakry

Energia w naszym ciele – Taoistyczny punkt widzenia.

Energia musi płynąć…!

„Moda” na medytację – oczami jezuity

Tagi

, , , , , , , , ,

medyt
o. Jacek Bolewski , SJ
Prosta praktyka medytacji

Medytacja stała się modna. Świadczy o tym nie tylko ilość poświęconych jej książek. Bardziej jeszcze aniżeli z książkowych tytułów i okładek słowo „medytacja” przyciąga z plakatów i ogłoszeń, rozwieszanych w miejscach najbardziej uczęszczanych naszych miast.
Nawet u przechodniów, którzy nie wnikają w treść tych ogłoszeń, utrwalają się w pamięci pisane wielkimi literami słowa: MEDYTACJA, ewentualnie z dodatkiem innych jak TRANSCENDENTALNA, czy WSCHODNIA, czy ZEN…
A kiedy wreszcie przechodzień zatrzyma się zaciekawiony i przeczyta resztę ogłoszenia, wtedy może się dowiedzieć o kursach i miejscach spotkań, gdzie wszystkim chętnym jest oferowane bliższe czy dalsze wtajemniczenie.
Zatrzymajmy się i my, by przyjrzeć się temu zjawisku.

Dobrze się stało, że wśród wielu modnych prądów przychodzących do nas z Zachodu nie zabrakło również tego jednego: mody na medytację.
Dawniej „moda” miała u nas (w PRL) znaczenie zawężone, ograniczone do ubioru – jednej z niewielu form wolnego wyboru w naszej zacieśnionej rzeczywistości. Potem zaczęła się rozszerzać na styl życia, na formy spędzania czasu. Dzisiaj, kiedy „wszystko wolno”, także moda może dotyczyć wszystkiego. A jednak nasze mody są dalej ograniczone w swym „wolnym wyborze”, zwracając się niezmiennie ku Zachodowi.
Chcemy go dogonić, zrównać się z nim, a warunkiem powodzenia wydaje się „przyspieszenie” i zrównanie naszego „tempa” z tym, które obowiązuje w stechnologizowanym świecie zachodnim.
Cóż, może się to uda. Pod pewnymi względami już „dorównujemy”… Ale cóż z tego, jeśli Zachód jest znowu dalej, to znaczy: bliżej… Wschodu.
Już od wielu lat to, co nazywamy „Dalekim Wschodem”, przybliża się do Zachodu, by stamtąd – wreszcie – przybliżyć się także do nas. Nasza moda na medytację może być na tym tle jeszcze jedną próbą „dorównania”. Może być jednak czymś więcej.

Wpatrując się głębiej w przykład Zachodu zauważmy, że trudno już obecnie mówić tam o modzie, skoro zainteresowanie medytacją utrzymuje się od szeregu lat, i chociaż nie jest masowe, to jednak pozostaje trwałe i nie-malejące.
Co więcej, nauka medytacji nie ogranicza się tam do kursów czy spotkań związanych z religiami Wschodu, ale stała się ważnym elementem formacji chrześcijańskiej – w zakonach i w dostępnych dla wszystkich domach rekolekcyjnych.
W Polsce formacja tego typu dopiero się rozpoczyna. Za wcześnie zatem, aby także w tej ostatniej dziedzinie mówić u nas o modzie. A może w ogóle uda się uniknąć „mody”? Może wystarczy, że po prostu będzie praktykowana medytacja – nie tyle jako „egzotyczny” element „importowanej” duchowości, ile raczej w postaci bardziej „rodzimej”, nawiązującej do naszych własnych tradycji? Trzeba tylko odkryć, czym jest medytacja w swym najgłębszym wymiarze.
Czym jest? Wyrazem -nie mody, lecz modlitwy.

Tak, związek medytacji z modlitwą jest na tyle istotny, że trzeba mu będzie poświęcić więcej miejsca w dalszych rozważaniach. Ale jeszcze głębiej wiąże się medytacja z postawą, która także z chrześcijańskiego i biblijnego punktu widzenia jest nie tylko ważniejsza, ale najważniejsza.
Zwraca na to uwagę znamienne świadectwo pewnego mistrza hinduizmu – Gopi Kriszny. Podczas spotkania z młodymi Niemcami tak odpowiedział na jedno z pytań dotyczących medytacji:
„Im bardziej słucham Europejczyków mówiących o medytacji, tym bardziej czuję, że właściwie powinienem im odradzać jej uprawianie. Oni przecież nie rozumieją zupełnie, o co chodzi. Proszę poczytać w swoich świętych pismach, a znajdziecie to samo, co w naszych: Winieneś miłować twego bliźniego; winieneś miłować Boga; winieneś miłować twego bliźniego w Bogu. Wszystko inne jest zbyteczne. Nigdzie nie jest napisane: Winieneś medytować. Jeśli jednak chcesz miłować Boga i twego bliźniego, i odkryjesz wielką prawdę, że medytacja może tobie w tym pomóc, może się stać na tej drodze decydującą pomocą, wtedy winieneś medytować; jeśli zaś tego nie odkryjesz, winieneś ją zostawić w spokoju”.
To świadectwo hinduskiego mistrza odwołujące się do prawdy i praktyki chrześcyańskiej oznacza nie tylko: sens medytacji jest ostatecznie w tym, że prowadzi ona do wzrostu miłości Boga i bliźniego.
Chodzi zarazem o rozproszenie różnych nieporozumień, do których „moda” na medytację stwarza dodatkową okazję. Najczęstszym może nieporozumieniem, spotykanym zwłaszcza u przeciwników „modnej” praktyki, jest zarzut, że medytacja stanowi ucieczkę od rzeczywistości.
To prawda, że niektóre „egzotyczne” formy mogą sprawiać takie wrażenie. Ale podobny zarzut można by sformułować przeciwko wielu postaciom życia religijnego, które swoim stylem różnią się od tego, czym żyje większość… Z tego punktu widzenia „oderwaniem się” od rzeczywistości byłoby nie tylko życie zakonne, szczególnie w zgromadzeniach kontemplacyjnych; także wyjazd na rekolekcje czy dłuższy czas poświęcony modlitwie mógłby spotkać się z podobnymi zastrzeżeniami. Dlatego potrzebne jest głębsze spojrzenie. Trzeba rozróżnić to, co w powyższych zarzutach może być słuszne od tego, co wynika z nieporozumienia.

Nieporozumienia związane z medytacją

Co kryje się zatem za odrzucaniem medytacji jako „ucieczki” od rzeczywistości?
Najpierw wyobrażenie samej medytacji jako określonej postawy: zamkniętych oczu, siedzenia z „założonymi rękami”, skupienia się na własnym wnętrzu. Trudno zaprzeczyć, że wszystkie elementy takiej postawy wyrażają „oderwanie się” – jeśli nie od rzeczywistości, to przynajmniej od otoczenia, od działania.
W tym miejscu nie chodzi jeszcze o rozważanie, czy i na ile opisana postawa jest właściwa. Najpierw trzeba sięgnąć głębiej i zapytać o sens „oderwania” czy „ucieczki” od rzeczywistości.
Sens tych pojęć nie jest bowiem jednoznaczny. Wszystko zależy od tego, co rozumiemy przez „rzeczywistość”; dopiero na tym tle można określić, co jest odrywaniem się od niej. I właśnie w odniesieniu do „rzeczywistości” potrzebne jest dokładniejsze rozróżnienie.
Bez wchodzenia w rozważania filozoficzno-teologiczne wystarczy zauważyć: rzeczywistość, w której na co dzień żyjemy, jest na tyle złożona i przemieszana, że nie wszystkie jej elementy dają się zaakceptować; dlatego odrzucenie ich czy „oderwanie się” od nich wydaje się konieczne.
W tym właśnie sensie sam Jezus w Ewangelii wymaga pod wieloma względami „oderwania się” – w postawie określanej mianem wyrzeczenia, zaparcia się, „nienawiści” itd. – nie wobec całej rzeczywistości, ale wobec tych jej elementów, które nie pozwalają dotrzeć – przynajmniej z początku – do tego, co w rzeczywistości jest najważniejsze.
Zgodnie z powyższym świadectwem można by powtórzyć: tym najważniejszym elementem rzeczywistości jest miłość. Ale także „miłość” jest tylko jednym z imion, i w samej Ewangelii pojawiają się obok niego także inne, które wskazują głębię jednej rzeczywistości, nie dającej się wyrazić tylko jednym ludzkim słowem.

Wrócimy jeszcze w dalszych rozważaniach do tych spraw. W tym miejscu, na wstępie, chodzi o jedno: o wskazanie, że na drodze medytacji „oderwanie się” jest istotnie konieczne – nie od całej rzeczywistości, ale od określonych jej elementów.
Nie wystarczy zatem totalne odrzucanie potrzeby oderwania czy nawet „ucieczki” od rzeczywistości. Nie sama obecność tych elementów, ale co najwyżej fałszywe ich pojmowanie czy praktykowanie może być argumentem przeciwko określonym formom medytacji.
Jakie to formy?
Ogólnie można wskazać dwa rodzaje. Z jednej strony te, w których właśnie element ucieczki jest na tyle dominujący, że przysłania pozytywny cel przyświecający medytacji; innymi słowy, nieporozumienie polega tutaj na mniemaniu, że na drodze medytacji wystarczy element negacji (odwracania się „od”) bez konieczności bardziej fundamentalnej postawy pozytywnej – nawrócenia się „do”… Z drugiej strony nieporozumieniem są te formy medytacji, w których element pozytywny jest, owszem, przedstawiony, ale w sposób nazbyt powierzchowny, tak że przy głębszym spojrzeniu musi okazać się złudzeniem; takim pozornym „dobrodziejstwem” medytacji mogą być różne „atrakcyjne”, tj. łatwo pociągające efekty w postaci przyjemnych stanów, przeżyć itp.

Nie jest pewnie przypadkiem, że oba rodzaje niewłaściwego pojmowania medytacji często występują razem. Im większa potrzeba „ucieczki”, tym silniejsza pokusa sięgnięcia po środki, które ją ułatwiają i przyspieszają. Przy takim podejściu medytacja staje się rodzajem „używki” – może szlachetniejszym czy bardziej wymagającym od innych typów: alkoholu, narkotyków, erotyzmu, a jednak w określonych formach jeszcze szkodliwszym, kiedy jest oddziaływaniem na ludzkiego ducha.
Właśnie tam, gdzie medytacja oferuje najbardziej wyrafinowane „przemiany duchowe”, może ona być najgroźniejsza w skutkach i stać się nadużyciem. Szukanie „wyzwolenia”, poszukiwanie wymarzonej „iluminacji” może prowadzić do głębszego zniewolenia i zamroczenia ludzkiego ducha.
Intencją tych pobieżnych uwag nie jest straszenie ani ostrzeganie przed medytacją.
Związane z nią nieporozumienia są tak liczne i wyrażają się w tylu stereotypach, że bezpośrednia walka z nimi czy(li) uleganie im w zbyt łatwej polemice nie może prowadzić do rozwiązania.
Ważniejsze jest co innego, a właściwie znowu to samo: możliwie głębokie i pozytywne przedstawienie drogi medytacji oraz jej celu. To właśnie jest zamierzeniem dalszych rozważań o „prostej praktyce medytacji”. Nie od rzeczy będzie jednak najpierw jeszcze jedno: poważniejsze potraktowanie samej „mody” na medytację i ponowne zapytanie o to, co się poza nią kryje.

Więcej w:
Jacek Bolewski , SJ
Prosta praktyka medytacji

Powiązane

Czy Twoje życie ucieka?

ABC medytacji

Czym jest medytacja?

Ćwiczenia uwalniające energię

Medytacja chodząca

Medytacja a palenie papierosów

Ból a medytacja

Medytacja z czakramami

Myśleć czy medytować…

Poglądy Carla Junga na religię

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

jung

Carl Gustav Jung (1875-1961) był obok Freuda najwybitniejszym przedstawicielem nurtu psychoanalitycznego w psychologii religii. Analizując psychologię jungowską należy przede wszystkim podkreślić jej bogactwo w elementy zaczerpnięte z innych dziedzin wiedzy, takich jak astrologia, parapsychologia, alchemia, literatura, filozofia, sztuka, mistycyzm, filozofia Wschodu i wiele innych. Przejawia ona jednak w swym eklektyzmie również charakter fenomenologiczny i empiryczny pomimo krytycznego stanowiska środowiska akademickiej psychologii eksperymentalnej, w szczególności jeśli chodzi o postulowaną ważność „doświadczenia wewnętrznego”.

Swoją metodę badawczą opiera Jung na języku symbolicznym, którym przede wszystkim operują mity, legendy, baśnie, sny i dzieła mistyków. Mimo, że nie można nazwać teorii Junga systemem naukowym, wiele sformułowanych przez niego pojęć funkcjonuje zarówno w psychologii, jak i w psychologii religii. Jung przede wszystkim bada przejawy sił oddziałujących na psychikę człowieka, manifestujących się zarówno w świadomości, jak i w nieświadomości. Podkreśla on również niemożności traktowania religii jako zjawiska jedynie socjologicznego i historycznego.

Jako religię, zgodnie z łacińskim znaczeniem słowa religere rozumie troskliwe i skrupulatne baczenie na to, co Rudolf Otto nazywa numinosum, tzn. na jakąś dynamiczną egzystencję czy działanie nie będące wynikiem arbitralnego aktu woli. Przeciwnie działanie to ogarnia i opanowuje człowieka, który zawsze jest jego ofiarą, nie zaś sprawcą. Numinosum – bez względu na to co jest jego przyczyną – jest tym, co warunkuje podmiot niezależnie od jego woli: „religia jest więc szczególną postawą ludzkiego umysłu, którą zgodnie z pierwotnym rozumieniem terminu religio, można określić jako troskliwe uwzględnienie i baczenie na pewne dynamiczne czynniki pojmowane jako moce”. Moce te nazywane są przez ludzi w różnoraki sposób: duchami, demonami, bogami, prawami, ideami, ideałami, dotyczą zjawisk potężnych, niebezpiecznych lub pomocnych, ale również pięknych i pełnych znaczenia i są na tyle silnie doświadczane, że zmuszają do liczenia się z nimi, a również kochania ich i ubóstwiania.

Według Junga wyznanie jest natomiast skodyfikowaną i zdogmatyzowana formą pierwotnego przeżycia religijnego. Każde wyznanie opiera się zarówno na przeżywaniu numinosum lecz także na pistis czyli wierności, wierze i ufności w określone doznanie działania numinalnego oraz wynikającą z niego przemianę świadomości.
Warto przedstawić pokrótce podstawy psychologii analitycznej, na gruncie której Jung zajmuje się zjawiskiem religii w psychice ludzkiej.

Podstawą teorii Junga jest teza o pełnej realności psychiki, równorzędnej i niezależnej w stosunku do ciała i zjawisk fizycznych. Podkreślić należy szczególnie, że nie jest ona funkcją mózgu. Stanowią ją natomiast wszystkie procesy psychiczne: świadome i nieświadome. Świadomość genetycznie wywodzi się z nieświadomości i utrzymuje związek treści psychicznych z ego, będącym podmiotem świadomości.

Świadomość posiada cztery funkcje: intelekt, uczucie, percepcję i intuicję oraz dwie postawy: ekstrawertyczną i introwertyczną. Z reguły świadomość dysponuje tylko jedną funkcją i jedną postawą – reszta pozostaje w nieświadomości. Istnieją jeszcze dwie inne funkcje psychiki: persona, decydująca o stosunku do świata zewnętrznego i dusza będąca wewnętrzną formą osobowości, określającą sposób komunikacji z nieświadomością. Nieświadomość dzieli Jung na personalną i kolektywną.

Nieświadomość personalna zawierać ma treści zapomniane, wyparte i uchwycone bezwiednie, formujące się w postać kompleksów – „małych osobowości”. Są one wynikiem oddzielenia się od świadomości pewnych nieakceptowalnych z różnych względów elementów własnej natury, stanowią prawie autonomiczne elementy psychiki. Na świadomość kolektywną składają się zarówno emocje, nad którymi świadomość ma możliwość częściowej kontroli, jak i głębsze neurozy i psychozy, a także twórcze wizje religijne i artystyczne, nad którymi świadomość już nie sprawuje żadnej kontroli. Ta głębsza warstwa obejmuje kolektywne treści psychiczne będące duchowym dziedzictwem całej ludzkości przejawiającym się w jednostce.

Podstawowe elementy nieświadomości kolektywnej nazywa Jung archetypami, które są potencjalnymi formami lub wzorcami zachowań właściwymi człowiekowi. W psychologicznym aspekcie są one procesami psychicznymi zamienionymi w obrazy, tj. symbole i mity. Stanowić mają one najgłębszą treść wszystkich religii, są realizowane dogmatycznie, jednak silnie wpływają na psychikę, szczególnie, jeśli religia jest czymś żywym. Przejawianie się archetypów zachodzić może szczególnie w snach – będących środowiskiem dla wyrażania się symboli. Archetypy wyrażać się mogą poprzez wiele zróżnicowanych symboli. Motywy archetypowe pochodzą zdaniem Junga z prawzorców ducha ludzkiego, które przekazywane są nie tylko przez tradycję i migrację, ale również poprzez dziedziczenie. Warto wymienić podstawowe wyszczególnione przez Junga archetypy:

Archetyp cienia reprezentuje ciemną stronę ludzkiej osobowości, w mitologii jest on personifikowany przez postacie demoniczne, w literaturze ukrywa się pod takimi postaciami jak Mr Hyde u Stevensona czy „wilk stepowy” u Hessego. Spotkanie z własnym cieniem uzmysławia całość własnej stłumionej funkcji i postawy psychicznej. Cień zawiera w sobie to wszystko, co nasza świadomość odrzuca. Spotkamy go we śnie, micie lub konkretnej osobie, na którą rzutujemy naszą nieświadomość. Uświadomienie cienia jest początkiem przemiany osobowości.

Archetyp animy u mężczyzn i animusa u kobiet odgrywa rolę odpowiednika seksualnego w stosunku do płci przeciwnej. Anima jest wyrazem naszego stosunku do własnej nieświadomości a zarazem reprezentuje w nas wszystko to, co nie doświadczone i nie zróżnicowane. Anima przejawia się w mitologii, ale również w literaturze pod postaciami boginek, czarownic, czy wróżek, np. Małgorzata u Bułhakowa. Animusa spotykamy w postaci Dionizosa, Orfeusza, Don Juana a może również jako projekcję na konkretną osobę: Rudolfa Valentino, Bogarta czy Leonardo di Caprio. Anima i animus spełniają funkcję kompensującą postawę świadomą: anima uzupełnia w mężczyźnie funkcję monogamiczną i erotyczną, animus w kobiecie – poligamiczną i intelektualną.

Szczególnymi archetypami są archetypy starego mędrca i wielkiej matki. Tworzą one parę osobowości manicznych, tzn. posiadają nadzwyczaj potężną siłę, wyrażają bowiem duchową istotę człowieka jako mężczyzny i kobiety. Archetyp starego mędrca jest duchową zasadą życia, archetyp wielkiej matki natomiast obiektywną prawdą natury. Pierwszy wyraża najwyższą mądrość i występuje w mitologii jako mag, prorok, czy też wódz, drugi zaś uosabia miłość i przejawia się jako Sybilla, Izyda, Sophia oraz Maria.

Celem jungowskiej psychoterapii jest szczególnie proces indywiduacji, czyli integracji świadomości i nieświadomości. Polegać ma on na uświadomieniu przez człowieka treści archetypowych poprzez przeżywanie wyrażających je symbolów.
Niezwykle istotne jest występujące u Junga pojęcie jaźni czyli właśnie całości psychiki – mandali zawierającej zarówno elementy nieświadomości – archetypy, jak i całość odziedziczonych cech umysłowych i psychicznych. Pojęcie jaźni pozwala umieścić konkretną jednostkę ludzką w totalnej wielości archetypów, łącząc nieświadomość kolektywną ze strumieniem innych „osobnych” nieświadomości, zarówno przeszłych jak i współczesnych, poprzez partycypację. Sterowane przez libido (ogólną siłę życiową) ludzkie poczynania prowadzić mają do ostatecznego celu, czyli skonstruowania totalnej mandali jaźni – zawierającej wszystkie elementy człowieczeństwa.

Jako integralną część nieświadomości wyróżnia Jung zjawisko projekcji. Ma być ona umieszczeniem subiektywnego procesu na przedmiocie w przeciwieństwie do introjekcji, którą określa jako wchłonięcie przedmiotu przez podmiot. Projekcja jest zjawiskiem pozostającym całkowicie poza działaniem świadomej woli. Zenon Dudek w „Słowniku pojęć psychoterapeutycznych” określa zjawisko projekcji jako „mechanizm obronny i rozwojowy umożliwiający wydobycie silnie tłumionych, albo głęboko ukrytych treści psychicznych [...] Treścią projekcji mogą być także warstwy głębinowe psychiki – archetypy [...], np. symbole sztuki i religii uruchamiają projekcję, służą poszerzaniu tożsamości i przekształcaniu świadomości”.

Definiując pojęcie boga w psychologii analitycznej, Jung stwierdza, że hipoteza niewidzialnych bóstw czy demonów byłaby o wiele bardziej adekwatnym sformułowaniem nieświadomości (na bazie definicji kompleksów) niż jej antropomorficzna projekcja. Zakłada on, że historyczny proces despirytualizacji świata będzie przebiegał nadal, czego wynikiem będzie powrót wszystkiego, co na zewnątrz ma boski lub demoniczny charakter w głąb duszy – tam skąd wzięło swój początek.
Z postawą taką polemizuje polski filozof religii Jan Andrzej Kłoczowski OP. Traktuje on teorię Junga dotyczącą cofania się projekcji jako redukcjonizm. Pisze: „Proces cofania się projekcji jest, wedle Junga, nieuchronny: »ponieważ obecny rozwój świadomości żąda cofnięcia wszystkich dostępnych projekcji, tedy żadna mitologia – w sensie egzystencji bóstw innej niż psychologiczna – nie da się utrzymać«. Zarazem jednak Jung jest przeciwny racjonalizmowi, który z tego stanu rzeczy wyciąga przekonanie, że ponieważ nie znaleziono miejsca dla tronu Bożego wśród galaktyk, to żaden Bóg nie istnieje. Takim samym złudzeniem jest psychologizm (Jung ma chyba na myśli Freuda) twierdzący, iż Bóg jest tylko złudzeniem (iluzją).

Takie stanowisko prowadzi do nerwicy wielkich miast – czyli ateizmu.
Bóg jednak jest obecny w życiu każdego z nas, »bowiem jest w rzeczywistości efektywnie najsilniejszą pozycją psychiczną«. Ta potrzeba istnieje niezależnie od nas, my jej nie wytwarzamy; od wolności człowieka, od jego zdolności do stanowienia o sobie zależy to, kogo wybierze sobie za B(b)oga – »Bóg nie jest stwarzany, ale wybierany. Nasz wybór określa i definiuje B(b)oga«”.
Jung analizując nietzscheańską śmierć boga dowodzi rozszczepienia osobowości Nietzschego i konieczności spersonifikowania przez niego swego drugiego ja, poprzez nadanie mu imienia Zaratustry lub Dionizosa.

Ponieważ Nietzsche ateistą nie był, ale jego „bóg umarł”, Nietzsche sam stał się bogiem.
Jung dowodzi pozytywnej osobowości Nietzschego, który nie mógł pogodzić się z chorobą wielkich miast – ateizmem. Warto przypomnieć sytuację, gdy już jako ciężko chory żywiołowo zareagował na widok woźnicy niemiłosiernie okładającego konia batogiem. Jak wielką posiadać musiał siłę woli i chęć działania, pragnąc wyrwać bat oprawcy! Jung pisze o pozycji boga w psychice indywidualnej w ten sposób: „Od wolności człowieka zależy, czy bóg jest duchem, czy faktem natury, takim jak np. morfinizm, co też decyduje czy bóg oznaczać będzie potęgę błogosławioną, czy niszczycielską” oraz „Niewola i opętanie są synonimami. Zawsze istnieje w duszy „coś”, co bierze nas w swoje posiadanie oraz ogranicza i tłumi naszą wolność moralną…»Panowanie« i »moce« istnieją zawsze, [...] Od nas zależy tylko wybór »pana«, któremu chcemy służyć”.

Bibliografia:
1. Kłoczowski J. A.: Psychologia a religia – sic et non, http://www.opoka.org.pl
2. Jacobi J.: Psychologia C. G. Junga, Warszawa, Wydawnictwo Wodnik, 1993.
3. Jung C. G.: Archetypy i symbole, Warszawa, Czytelnik, 1993.
4. Jung C. G.: Psychologia a religia, Warszawa, Książka i wiedza, 1970.
5. Prokopiuk J. S.: Karol Gustaw Jung jako psycholog religii, „Euhemer”,1962, nr 1, s. 35-61.
6. Rudin J.: Psychoterapia i religia, Warszawa, Wydawnictwo SOLARIUM, 1992.

Znalezione na chomikuj.pl, autora nie znam :)

Zobacz też

Huna i Jung

Cień – wg Junga

Twórczy ludzie wg Junga

Buddyskie podejście do tematu gniewu

Tagi

, , , , , , , ,

patrzac
Gyatrul Rinpocze

Nikt na świecie nie pragnie ani strachu, ani cierpienia i ubóstwa, ale wszystkie te problemy wciąż istnieją niezależnie od tego, jak silne są ludzkie starania aby je przezwyciężyć.
Wydaje się, że problemy jakie mamy w dzisiejszym świecie są nawet większe niż te z jakimi borykali się ludzie dawniej. Teraz istnieje o wiele większa presja, większe jest prawdopodobieństwo zaistnienia różnych psychicznych uzależnień i tak dalej.
Ludzie mają więcej problemów w umysłach.
[...] Cierpienie jest w twoim umyśle. Na przykład, niektórzy posiadają dużo pieniędzy, lecz wciąż są nieszczęśliwi i niezaspokojeni, myślą tylko o tym, że wciąż potrzebują więcej i więcej. Bogata osoba może nie odczuwać cierpienia związanego z ubóstwem, jednak wciąż może cierpieć wewnętrznie.

ĆWICZENIE UMYSŁU I TRZY TRUCIZNY

Uświadomienie sobie, że ubóstwo pojawia się wewnątrz, daje nam możliwość posługiwania się wieloma metodami pracy z umysłem. Dzięki nim można uwolnić się od problemów i żyć lepiej zarówno na płaszczyźnie zawodowej jak i prywatnej. Żeby to osiągnąć musisz pracować z umysłem.

Aby zrozumieć czym jest prawdziwy problem i nauczyć się sposobu wyzwolenia się od niego, należy po pierwsze znać tło tego problemu i jego rzeczywistą przyczynę.

Kiedy już znana jest przyczyna, wówczas można poznać lekarstwo na dany problem, tak jak lekarz, który musi najpierw rozpoznać na jaką chorobę cierpi pacjent, zanim zdecyduje się jakiego lekarstwa użyć. W dzisiejszym świecie istnieje wiele problemów, które są wynikiem „trzech trucizn”.
Trucizny niewiedzy i niezrozumienia, gniewu oraz pragnienia.
Nazywa się je „truciznami”, ponieważ wszystkie problemy biorą z nich swój początek.
Gniew jest przyczyną wielu problemów w codziennym życiu stwarza on poczucie dyskomfortu, sprawia, że stajemy się mało wydajni w pracy i jest przyczyną braku wytrwałości w praktykowaniu Dharmy. Trening umysłu może pomóc w radzeniu sobie z gniewem i uwolnić od problemów, których przyczyną jest gniew.
Gniew powstaje ze zbytniego dążenia do własnych korzyści i przywiązania do siebie.

Kiedy jesteś zbyt mocno przywiązany do siebie samego, wówczas ignorujesz i nie szanujesz uczuć innych. Gdy zbyt usilnie dążysz do osiągnięcia korzyści dla siebie, inne osoby często reagują negatywnie, co powoduje cierpienie, dyskomfort i gniew. Zbyt dużo przywiązania do samego siebie i braku szacunku względem uczuć innych ludzi jest przyczyną niazadowolenia, a kiedy ktoś jest niezadowolony z tego co ma, wówczas staje się nieszczęśliwy. Z powodu zbyt silnego przywiązania i samozadowolenia, kiedy pragniesz czegoś, w nieunikniony sposób ranisz innych ludzi żeby osiągnąć cel.
Zwłaszcza jeśli pragniesz tego tak mocno, że nie przejmujesz się, gdy inni cierpią z twojego powodu. Także wtedy, gdy jesteś niecierpliwy, kiedy czegoś pragniesz i próbując to osiągnąć, stwarzasz cierpienie i frustrację. W wielu wypadkach, osiągnięcie rezultatów wymaga pewnego czasu. Jeżeli jesteś niecierpliwy i nie potrafisz czekać, wówczas nie osiągasz tego do czego dążysz i to także jest przyczyną cierpienia i frustracji. Są to przykłady na to, jak rozwija się gniew.

OPANOWYWANIE PRZYCZYN GNIEWU

Możemy wyróżnić dwie główne przyczyny cierpienia przywiązanie do samego siebie i frustracje pochodzące z pożądania. Także gniew ma dwie podstawowe przyczyny. Pierwszą przyczyną gniewu jest ego, czyli silne przywiązanie do siebie.

Tam gdzie jest „ja”, jest także „moje”, „moje rzeczy”, „moja rodzina”, cały świat jest ze mną związany. Nawet wróg jest „moim” wrogiem. Za sprawą takiego myślenia cały świat zaczyna się ode „mnie”, od „ja”. Gdy nie odczuwasz silnego przywiązania do siebie jako „ja”, wtedy nie masz zbyt wielu problemów z innymi ludźmi. Jeżeli nie posiadasz tej silnej tendencji, wówczas wszystkie twoje problemy i całe cierpienie staje się podobne do iluzji, a wiedząc, że własne problemy i cierpienie są po prostu iluzją, nie cierpisz tak bardzo.

Drugą przyczyną gniewu jest frustracja, wszelkiego rodzaju frustracje wynikające z pożądania. Kiedy jesteś zniesławiany, czujesz, że jest ci przykro, odczuwasz frustrację. Kiedy twoja praca jest mało efektywna, także wtedy stajesz się sfrustrowany.

Są to wczesne stadia gniewu i jest to najlepszy czas aby pracować nad własnym umysłem. Jeśli gniew już się zamanifestował, wówczas zastosowanie ćwiczeń z umysłem staje się trudne. Głównym problemem jest to, że nie potrafisz opanować gniewu, a wówczas nie masz chęci na trening umysłu, lecz tylko na pokazywanie złości. Gdybyś wtedy zechciał posłużyć się treningiem umysłu, z pewnością byłbyś w stanie ujarzmić gniew, ponieważ tak naprawdę gniew nie istnieje.

Problem leży w tym, że chcesz pozwolić by gniew się przejawił.
Dlatego najlepszym czasem na pracę z umysłem jest chwila, kiedy frustracja dopiero się zaczęła, a gniew nie pojawił się jeszcze na zewnątrz.
Jeśli pierwsze przyczyny są unieszkodliwione, bądź jeśli zniszczyłeś pierwszą przyczynę, wtedy nie rozwiną się żadne inne problemy. Taki rezultat osiąga się pracując przez długi czas, jednak od zaraz możesz zacząć uczyć się, jak pracować z drugą przyczyną gniewu frustracjami.

Jak opanować pierwszą przyczynę gniewu, którą jest nadmierne przywiązanie do siebie, oraz drugą przyczynę tego rodzaju cierpienia, bycie sfrustrowanym?

Po pierwsze, ważne i skuteczne jest myślenie o tym, co gniew ze sobą przynosi. Gniew powoduje dwa różne rodzaje rezultatów widoczne i niewidoczne. Widoczne rezultaty to te, które możemy zobaczyć, w naszym obecnym życiu, podczas gdy niewidocznych nie możemy w nim dostrzec.

Biorąc pod uwagę widzialne rezultaty gniewu, kiedy oddychasz normalnie, okazujesz właściwe poczucie braku przywiązania, lecz jeśli gniew jest obecny, czujesz się niespokojny i odczuwasz niewygodę w ciele.
Nie potrafisz siedzieć spokojnie, wyraz twojej twarzy nadaje ci nieprzyjemny wygląd, jesteś przykry dla otoczenia.
Gniew osłabia apetyt i jedzenie nie smakuje dobrze. Zacięty gniew nie pozwala ci zasnąć, zwłaszcza jeśli odczuwasz nienawiść.

Ludzie odczuwający nienawiść właściwie karzą sami siebie.

Na przykład, jeśli dwoje ludzi bije się i następnie się rozstaje, szybciej zapomni o zatargu ta z nich, która nie myśli o tym.

Druga osoba cierpi tak długo, jak długo utrzymuje w sobie żywy obraz sprzeczki.

Najgorszą rzeczą w gniewie jest to, że zniekształca on umysł. Decyzje podejmowane w gniewie są zwykle błędne, ponieważ opierają się na uczuciu, a nie na wiedzy.
Takie decyzje mają za przewodnika nieprzyjemne odczucia, jest więc ważne, żeby powstrzymywać się przed podejmowaniem ich w tym stanie. Gniew niszczy również przyjaźnie. Kiedy jest się pełnym gniewu, można zranić i urazić najbliższych.
Gdy mija, wyrzucamy to sobie, dlatego odczuwając gniew czujemy się nieszczęśliwi. Jeżeli jesteś gniewny w pracy, nawet jeśli starasz się to ukryć, klient wyczuje to, a ty stracisz pracę. Nie można ukryć gniewu inni ludzie zawsze go poczują i będą cię unikać.
Kiedy utracisz poczucie szczęścia, utracisz powodzenie, co z kolei stanie się przyczyną następnych kłopotów i problemów, podsycających uczucie gniewu coraz bardziej.
Zatrzymanie gniewu oznacza zatrzymanie doświadczania przeszkadzających emocji przez powiedzenie sobie „przerwij to doświadczenie”.

Więcej w Biblioteka Buddyjska – Gyatrul Rinpocze – jak pracować z gniewem

Powiązane posty

Gniew, poczucie winy, lęk i samotność – czym naprawdę są?

Zostań mistrzem swoich emocji?

Otwarty umysł: Wolność od negatywnych emocji.

Uciszenie silnych emocji – wg Huny

Napięcie i odprężenie

Sztuka bycia opanowanym – Emocje pod kontrolą.

Zmartwychwstanie

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

zmarwychwstanie
Błąd Romea – jak wiadomo uznał on Julię za nieżywą – nie należy wcale do rzadkości i nie jest tylko przywilejem szaleńczo zakochanych kochanków z Werony.
Popełniali go nawet najsłynniejsi specjaliści w dziedzinie anatomii. W połowie XVI wieku, będąc u szczytu swej kariery, Andreas Vesalius dokonywał właśnie sekcji zwłok hiszpańskiego szlachcica, kiedy ciało jego nagle ożyło.
Okaleczony Don powrócił całkowicie do zdrowia, ale Vesaliusa oddano pod sąd Inkwizycji, który za tę pomyłkę skazał go na karę śmierci. Po jakimś czasie mówiono, że sam Wielki Inkwizytor odzyskał przytomność na stole operacyjnym innego adepta anatomii, lecz tym razem pomyłkę odkryto za późno.
Inni mieli więcej szczęścia.
Ksiądz Schwartz, jeden z pierwszych misjonarzy na Bliskim Wschodzie, powstał z martwych w Delhi na dźwięk swego ulubionego hymnu. Parafianie oddający ostatnią posługę zmarłemu zorientowali się, że popełnili błąd, posłyszawszy głos z trumny, który przyłączył się do chóru. Nicephorus Glycas, grecko-prawosławny biskup z Lesbos, wywołał podobną konsternację wśród swoich wiernych. Po dwóch dniach leżenia na katafalku w kościele w Methymni, w pełnym episkopalnym ubiorze liturgicznym, usiadł nagle jak na metropolitalnym tronie, spojrzał na szereg zaskoczonych żałobników i domagał się wyjaśnienia powodów, dla których mu się tak przyglądają.

Podobne doniesienia znajdujemy w “Dialogach” Platona, w “Żywotach” Plutarcha oraz u Pliniusza Starszego, nie jest to zatem jedynie pomyłka historyczna. W 1964 roku została przerwana sekcja zwłok w nowojorskiej kostnicy przy pierwszym nacięciu skalpelem, po którym pacjent poderwał się nagle i złapał chirurga za gardło. Doktor przypłacił swoją pomyłkę życiem: zmarł na skutek odniesionego w tym momencie szoku.
Termin “autopsja” oznacza dosłownie “widzieć na własne oczy”, lecz w niektórych przypadkach tak trudno wydać nieomylne orzeczenie śmierci, iż w większości krajów obowiązuje zakaz pospiesznego grzebania zmarłych. Włoski poeta Francesco Petrarka leżał w Ferrarze rzekomo martwy przez 24 godziny i pochowano by go po upływie wyznaczonego przez lokalne władze czasu, czyli w zaledwie cztery godziny później, gdyby nagła zmiana temperatury nie sprawiła, że usiadł nagle na łóżku. Zwrócił wówczas uwagę służącym na panujący w pokoju przeciąg.
Żył jeszcze trzydzieści lat, w trakcie których powstała część jego najsławniejszych sonetów. W niektórych krajach kostnice wyposażone zostały nawet – na wszelki wypadek – w poczekalnie. W Monachium znajduje się olbrzymi gotycki budynek, w którym kładziono niegdyś zmarłych w długich rzędach, łącząc ich ze sobą sznurami wiodącymi do dzwonu w głównym pomieszczeniu dozorcy. Widocznie zakłócano mu sen na tyle często, że takie urządzenie warte było zachodu.

Oczywiście, ciało nie może leżeć zbyt długo bez pochówku, toteż od dawna próbowano wynaleźć różne testy w celu uniknięcia pomyłek. Jednym z najstarszych było przykładanie zapalonego stożka do różnych części ciała, zgodnie ze słusznym założeniem, iż po ustaniu cyrkulacji krwi nie powinny pojawić się na skórze pęcherze. Metoda ta okazała się niezwykle przydatna w przypadku Luigi Vittoria, karabiniera na służbie u papieża Piusa IX. W Rzymskim Szpitalu uznano by go już za zmarłego na astmę, gdyby drugi, bardziej sceptyczny lekarz nie przyłożył do jego twarzy płomienia. Luigi wzdrygnął się i odzyskał przytomność. Potem podjął ponownie swą służbę w Watykanie, lecz do końca życia nosił na twarzy “memento mori” w postaci blizny po oparzeniu trzeciego stopnia na nosie.

Doktor Icard z Marsylii zaproponował bardziej nowoczesną wersję tego testu. Wstrzykiwał mianowicie rozcieńczony roztwór fluoresceiny, która powoduje okresowe, zielone zabarwienie rogówki oka u żyjących pacjentów, lecz nie wywołuje żadnych zmian już po ich śmierci. W Stanach Zjednoczonych do rozstrzygania wątpliwości używano atropiny, powodującej u żyjących rozszerzenie źrenicy oka. W Wielkiej Brytanii lekarze eksperymentują obecnie z prostym, składanym kardiografem, który rejestruje nawet najsłabszą działalność serca. Kiedy 26 lutego 1970 roku zastosowano po raz pierwszy to nowe urządzenie w kostnicy w Sheffield, wykryto przy jego pomocy ślady życia u dwudziestotrzyletniej dziewczyny, którą uprzednio uznano za zmarłą na skutek przedawkowania narkotyków.

Istnieje dużo godnych zaufania testów, lecz problem polega na tym, że negatywny wynik nie ma właściwie żadnego znaczenia. W samej Anglii tymczasem ponad sześćset tysięcy ludzi umiera rocznie bez przeprowadzenia jakichkolwiek testów potwierdzających faktyczny zgon. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że nawet w krajach, takich jak Anglia, gdzie śmierć musi być oficjalnie poświadczona i rejestrowana, znaczna ilość ludzi może być grzebana przedwcześnie. Według jednej z hipotez liczba ta wynosi w Anglii i Walii aż 2700 osób rocznie, lecz należy tu zaznaczyć, że takiego oszacowania dokonano z końcem XIX wieku, kiedy strach przed pochowaniem żywcem sięgał szczytów.

Powieściopisarz angielski William Wilkie Collins miał zwyczaj zostawiać co wieczór przy łóżku notatkę, wymieniając w niej odpowiednie środki ostrożności, które miano by zastosować przed uznaniem go za zmarłego. Hans Christian Andersen nigdy nie wychodził z domu bez podobnej informacji w kieszeni. Pułkownik Korpusu Medycznego Armii Stanów Zjednoczonych Edward Vollum zaproponował, aby każdy, kogo chowają bez balsamowania, posiadał w zasięgu ręki butelkę chloroformu. Książę Karnice-Karnicki, szambelan na dworze cara Aleksandra III, wynalazł bardziej humanitarne urządzenie. Składało się ono z rury wiodącej z trumny do pudełka na powierzchni, którego nie można było otworzyć z zewnątrz, lecz które otwierało się natychmiast przy pierwszych oznakach życia wewnątrz, umożliwiając dopływ świeżego powietrza. Wysuwała się też z niego tyczka zakończona chorągiewką, uruchamiany był dzwonek i zapalało się światło sygnalizując potrzebę wezwania pomocy. Książę zamierzał produkować te maszyny na sprzedaż dla cmentarzy, które użyczałyby je świeżo pochowanym zmarłym na próbny okres czternastu dni.101

Powodem tej paniki była, jak się zdaje, działalność grupy zawodowych porywaczy ciał, zwanych Ludźmi Zmartwychwstania. Ci przedsiębiorczy przestępcy wykopywali w Anglii świeżo pochowane trupy i sprzedawali je towarzystwu medycznemu Barber Surgeons Company, które oficjalnie otrzymywało rocznie tylko cztery ciała, toteż płaciło najwyższe ceny za dodatkowych osobników bez żadnych kłopotliwych pytań. Handel ten wyszedł na jaw w 1824 roku, kiedy John Macintyre, uznany uprzednio za zmarłego i pochowany na cmentarzu parafialnym w miejscowości, z której pochodził, obudził się nagle na stole w prosektorium londyńskiej szkoły medycznej, gdy nóż instruktora naciął mu pierś.77 Po przeprowadzeniu śledztwa zaczęto na cmentarzach ustawiać straże dla upewnienia się, że świeżo pogrzebani pozostaną na swoim miejscu, lecz wkrótce dowiedziano się o kilku następnych przedwczesnych pogrzebach.

W 1856 roku odkryto mogiłę człowieka, z której dobywało się stukanie, jednakże uzyskanie zezwolenia od księdza i policji na otwarcie trumny trwało tak długo, że zanim ekipa ratownicza zdołała to uczynić, mieszkaniec jej był już faktycznie martwy. O tym, że pochowano go żywcem, świadczyły ślady samopogryzienia na rękach i ramionach nieszczęśnika. W 1893 roku, na wiadomość o hałasie dobiegającym z jednego z grobów, postanowiono ekshumować z niego młodą kobietę, która najwidoczniej zmarła w ostatnich miesiącach ciąży. Znaleziono ją w odzieży zakrwawionej i poszarpanej wskutek szaleńczego wysiłku uwolnienia się z trumny, podczas którego doszło również do narodzin dziecka. Niestety, walka ta zakończyła się śmiercią obojga przez uduszenie.

W czasach wojny i zarazy, kiedy tysiące ciał trzeba było jak najszybciej pochować, wiele osób zostało pogrzebanych żywcem. Kiedy wiedza medyczna była szczątkowa albo wręcz nie istniała, takie rzeczy musiały zdarzać się często. Wydawałoby się więc, iż dzisiaj – kiedy orzeczenia zgonu wydaje dyżurujący lekarz, a pogrzeby organizowane są przez profesjonalne zakłady pogrzebowe – pomyłki tego typu powinny być niemożliwe. A jednak 11 grudnia 1963 roku, kiedy Elsie Waring zasłabła w swym domu w Londynie i została odwieziona do szpitala w Willesden, trzech lekarzy orzekło jej zgon. Wszelako w dziesięć godzin później, kiedy wkładano ją do trumny w publicznej kostnicy w Kilburn, pani Waring westchnęła głęboko i ponownie zaczęła oddychać.294
Podobne pomyłki popełniane są nieustannie i zdarzać się będą nadal, ponieważ różnice pomiędzy życiem a śmiercią zaciera nasza obecna nieumiejętność precyzyjnego zdefiniowania tych stanów.
W pierwszej części mniejszej pracy postaram się zatem przeanalizować nasze poglądy na życie i śmierć, przedstawiając je z pewnej biologicznej perspektywy.

Wstęp do książki – Biologia śmierci, Watson Lyall

Powiązane

Doświadczenia z pogranicza śmierci

Czy śmierć jest największym złem?

Cykle życia i śmierci – Twoje istnienie.

Czemu boimy się śmierci?

Czy przeraża Cię Pustka?

Zauważyć ciszę

Tagi

, , , , , , , , , ,

most
Część I : Zauważyć przestrzeń

Dźwięk ciszy

Możemy użyć tej perspektywy w pracy z umysłem, wykorzystując świadomość „ja”, aby spoglądać na przestrzeń jako na obiekt.
W umyśle dostrzegamy myśli i emocje — warunki mentalne — które pojawiaja sie i ustaja.
Zazwyczaj jestesmy przez nie zaslepieni, odpychani badz ograniczeni.
Przemykamy od jednej rzeczy do nastepnej, reagujac, kontrolujac, manipulujac badz tez próbujac sie ich pozbyc. I tak w naszym zyciu nigdy nie zyskujemy szerszej perspektywy. W obsesyjny sposób tłumimy badz pobłażamy warunkom mentalnym; stajemy sie wiezniami tych dwóch skrajnosci.

Wraz z medytacja zyskujemy okazje do kontemplowania umysłu.
Cisza umysłu jest niczym przestrzen w pomieszczeniu.
Jest tam zawsze, ale jest subtelna — nie rzuca sie w oczy.
Nie posiada zadnej ekstremalnej cechy, która stymulowałaby badz przyciagała nasza uwage, tak wiec to my musimy byc uwazni aby ja dostrzec.

Jedyna droga prowadzaca do skupienia uwagi na ciszy umysłu jest usłyszenie dzwieku ciszy.
Dźwiękiem ciszy (albo dźwiękiem przyrodzonym, dźwiękiem umysłu, dzwiękiem OM,  lub jakkolwiek chciałbyś go nazwac) można posłużyć sie bardzo zręcznie, zwracając sie do niego i poświęcając mu pełna uwagę.

Dźwięk ten odznacza sie bardzo wysoka częstotliwością, która niezwykle trudno opisać. Nawet jesli zakryjesz uszy, włozysz w nie palce lub nawet zanurzysz w wodzie, usłyszysz go.

To dzwiek wypełniajacy tło, który jest całkowicie niezalezny od zmysłu słuchu. Wiemy, ze jest niezalezny, poniewaz słyszymy ten wibrujacy i o wysokiej czestotliwosci dzwiek nawet wówczas, kiedy nasze uszy sa zablokowane .
Koncentrujac przez chwile uwage na dzwieku ciszy, zaczynasz go naprawde poznawac.

Wolny umysł

Rozwijasz pewien typ madrosci, w której moze odzwierciedlac sie rzeczywistosc.
Nie jest to skoncentrowany stan umysłu, którym jestes w pełni pochłoniety; nie jest to taki sposób koncentracji, który ogniskuje sie tylko na jednym punkcie, tłumiac inne zjawiska.
Umysł jest tu skupiony, pozostajac raczej w stanie zrównowazenia i otwarcia, anizeli medytacyjnej absorpcji jednego obiektu.
To zrównowazone i pełne otwartosci skupienie jest podstawa ujrzenia rzeczy i zjawisk we własciwym swietle; jest droga rozluzniania i puszczania.
Teraz prosze was, abyscie naprawde rozwineli w sobie ten sposób poznania rzeczy, tak abyscie mogli zrozumiec jak je faktycznie puszczac, zamiast tylko przejawiac poglad, ze nalezy pozwolic rzeczom odejsc.

Mozecie nawet wysnuc z buddyjskich nauk załozenie, ze powinniscie puszczać rzeczy i zjawiska. A potem, kiedy sie przekonacie, ze nie potraficie tego uczynic w taki prosty sposób, pomyslicie pewnie:
„Och, nie potrafie odpuscic tej sprawie!”.
Opinia taka jest kolejnym problemem, jaki kreuje wasze „ego”.
„Tylko inni potrafia odpuszczac, lecz ja tego nie potrafie.”
” Musze puszczac rzeczy, poniewaz Czcigodny Sumedho powiedział, iz kazdy powinien to robic!”
— ten osad jest nastepna manifestacja jazni „ja”, nieprawdaz?
A nadto tylko mysla — stanem mentalnym, który przejawia sie chwilowo w rozległej przestrzeni umysłu.

Przestrzen wokół mysli

Wezmy na przykład proste zdanie „ja jestem” i spróbujmy dostrzec, rozwazyc oraz zwrócic uwage na przestrzen wokół tych słów.
Zamiast poszukiwac cokolwiek innego, podtrzymuj swoja uwage na przestrzeni otaczajacej słowa. Przyjrzyj sie takze samemu mysleniu, faktycznie badajac je i analizujac. Wówczas nie bedziesz juz w stanie obserwowac swojego nawykowego myslenia, poniewaz zaledwie zorientujesz sie, ze myslisz, proces myslowy ustanie. Mozesz nawet chodzic przez cały czas i wyrazac niepokój:
„Zastanawiam sie czy to sie wydarzy. Co sie stanie, jesli to sie wydarzy?. . . ” — chodzisz i mamroczesz: „Och, mysle” — i myslenie zatrzymuje sie.

Aby uwaznie przyjrzec sie samemu procesowi myslenia, pomysl o czyms intencjonalnie; wybierz po prostu jakas zwyczajna mysl typu „ja jestem istota ludzka”, i tylko spogladaj na nia.
Jesli popatrzysz na jej poczatek, zauwazysz, ze zanim jeszcze wypowiesz słowo „ja”, istnieje pusta przestrzen. Nastepnie, kiedy w twoim umysle pojawi sie całe zdanie „ja — jestem — istota — ludzka”, ujrzysz przestrzen pomiedzy kolejnymi słowami.

Nie przygladamy sie myslom aby dostrzec czy sa one inteligentne czy tez głupie.
Przeciwnie; myslimy w sposób swiadomy i celowy aby ujrzec przestrzen otaczajaca kazde słowo. W ten sposób zyskujemy szerszy punkt widzenia na nietrwała nature samego myslenia.
Oto sposób badania.
Mozemy wiec zauwazac pustke, równiez wtedy, kiedy w umysle nie przejawia sie zadna mysl. Spróbuj skoncentrowac sie na tej przestrzeni; sprawdz czy umiesz sie na niej skupic w chwili poprzedzajacej pojawienie sie mysli jak i bezposrednio jej ustaniu.
Jak długo to potrafisz?
Pomysl: „ja jestem istota ludzka” i jeszcze zanim zaczniesz myslec, pozostan w tej przestrzeni, poprzedzajacej mysl.
Oto własnie uważność

Twój umysł jest pusty a jednoczesnie istnieje w nim zamiar wyrazenia konkretnej mysli. Wyraz zatem te mysl; a kiedy bedzie przemijac, postaraj sie przebywac w przestrzeni, która sie pojawi. Czy twój umysł pozostaje pusty? Zasadniczo nasze cierpienie wypływa z nawykowego myslenia.
Jesli spróbujemy powstrzymac ten proces wyłacznie z samej awersji do myslenia — nie jestesmy w stanie; kontynuujemy go ustawicznie.
Stad tez nie pozbycie sie mysli, ale zrozumienie jej istoty jest niezmiernie wazne. I dochodzimy do tej prawdy raczej koncentrujac sie na przestrzeni w umysle, anizeli na samych myslach. Podstawowa tendencja naszych umysłów jest chwytanie mysli pełnych przywiazania badz awersji do obiektów, ale przestrzen wokół tych mysli nie jest ani atrakcyjna ani odpychajaca.
Przestrzen otaczajaca mysl atrakcyjną jak i przestrzen otaczajaca mysl odpychającą nie sa odmienne. Skupiajac sie na przestrzeni wokół mysli, stajemy sie mniej zwiazani naszymi preferencjami dotyczacymi tychze mysli.
Tak wiec kiedy zauwazysz, ze pojawia sie jakas obsesyjna mysl pełna poczucia winy, rozczulania sie nad soba lub pozadania, wówczas pracuj z nia w ten własnie sposób — wyraz ja celowo, naprawde przywołaj ja w pełni swiadomie i zwróc uwage na przestrzen, która ja otacza.
Przypomina to spogladanie na przestrzen w pomieszczeniu — nie poszukujesz jej, prawda? Jestes po prostu na nia otwarty, poniewaz ona jest tutaj przez cały czas.
Nie musisz jej odkryc w kredensie czy w sasiednim pomieszczeniu, albo pod podłoga — ona jest tu i teraz.

Otwierasz sie wiec na jej obecnosc i zaczynasz dostrzegac, ze jest tutaj. Jesli cały czas skupiasz sie na zasłonach, oknach albo ludziach, nie zauwazysz przestrzeni.
Ale nie musisz odrzucic wszystkich tych rzeczy, aby ja dostrzec. Zamiast to uczynic, po prostu otwierasz sie na przestrzen, zauwazasz ja. Zamiast skupiac uwage na jednym przedmiocie, całkowicie otwierasz umysł. Nie wybierasz jakiegos uwarunkowanego obiektu, ale jestes raczej swiadomy przestrzeni, w której obiekty te egzystuja.

Ajahn Sumedho
Powyższy tekst jest drugą częścią artykułu:
Zauważyć przestrzeń
Tekst nie zawiera polskich liter

Powiązane posty

Wyprawa do serca ciszy. Medytacja

Przestrzeń w Tobie

Bez granic

Uciszenie silnych emocji – wg Huny

Jedyna rzecz, nad którą całkowicie panujesz

Zauważyć przestrzeń

Tagi

, , , , , , , ,

space
W trakcie medytacji pozostajemy czujni i uważni;
– to jest niczym słuchanie — przebywanie z chwila taka, jaka jest — tylko samo słuchanie.

Naszym zadaniem jest przyjecie do świadomości rzeczywistosci, zwrócenie uwagi na przestrzeń i formę, Nie-uwarunkowane oraz Uwarunkowane.

Możemy na przykład zauważyć przestrzeń w jakimś pomieszczeniu.

Większość ludzi przypuszczalnie nie zwróciło uwagi na przestrzeń; zauważyli oni jedynie rzeczy i zjawiska, które sie w niej znajdują: ludzi, ściany, podłogę, meble.
Lecz co robisz aby zauważyć przestrzeń?
Wycofujesz swoja uwagę z przedmiotów i przenosisz ja na przestrzeń.

Nie oznacza to odrzucania rzeczy lub zaprzeczenia ich prawa do znajdowania sie własnie w tym miejscu.

Oznacza to jedynie, ze nie koncentrujesz sie na rzeczach, nie zmierzasz nieustannie od jednej do drugiej. Przestrzeń w pomieszczeniu jest pełna spokoju. Przedmioty w pomieszczeniu moga ekscytowac, odrzucac badz przyciągać, ale przestrzeń nie przejawia właściwości, które ekscytuja, odrzucaja badz przyciagaja.
Ale chociaz nie przyciaga ona naszej uwagi, mozemy byc jej w pełni swiadomi, i stajemy sie jej w pełni swiadomi, kiedy nie jestesmy juz dłuzej zaabsorbowani przedmiotami, wypełniajacymi pomieszczenie.

Kiedy zastanawiamy sie nad przestrzenią, odczuwamy spokój, poniewaz przestrzeń wszedzie jest identyczna; przestrzen wokół ciebie i przestrzen wokół mnie nie róznia sie od siebie. Ona nie jest moja. Nie moge powiedziec: „ta przestrzen nalezy do mnie”, albo „ta przestrzen nalezy do ciebie”.

Przestrzen jest zawsze obecna.
Sprawia, ze jestesmy razem, w srodku tego pokoju, w przestrzeni, która ograniczaja wprawdzie sciany, lecz która równiez przekracza to pomieszczenie na zewnatrz. Przestrzen zawiera w sobie cały budynek, cały swiat.

Nie jest ograniczona w jakimkolwiek stopniu przedmiotami; nie jest ograniczona czymkolwiek.

Oczywiscie jezeli chcemy, mozemy ja postrzegac jako ograniczona do jakiegos miejsca, lecz w rzeczywistosci przestrzen jest bezkresna.

Przestronny umysł

Zwrócenie uwagi na przestrzen otaczajaca ludzi i rzeczy zmienia sposób ich postrzegania, a rozwijanie tego poszerzonego spojrzenia prowadzi jednostke do otwarcia sie. Kiedy nasz umysł jest przestronny, miesci sie w nim wszystko.

Kiedy umysł jest waski i ograniczony, jest w nim miejsce tylko na nieliczne rzeczy.
Wówczas wszystkim musisz manipulowac i nad wszystkim objac kontrole, tak abys mógł posiadac tylko to, co w twoim przekonaniu jest słuszne — tylko to czego pragniesz — wszystko inne musi byc usuniete ze swiadomosci.

Życie z ograniczonym poglądem jest stłumione i zawężone; jest zawsze zmaganiem.

Zawarte w nim jest ciagłe napiecie, poniewaz utrzymywanie wszystkiego w porzadku przez cały czas wymaga ogromnego zasobu energii.

Jesli twoje spojrzenie na swiat jest waskie i ograniczone, czujesz sie zmuszony aby uporzadkowac wszelki bałagan i niepokój w zyciu, stad tez jestes nieustannie zabiegany i manipulujesz umysłem, odrzucajac rzeczy lub lgnac do nich.

Oto „dukkha”, cierpienie ignorancji płynace z braku zrozumienia rzeczywistosci.

Przestronny umysł miesci w sobie wszystko.
Jest niczym przestrzen w pomieszczeniu, której nie narusza ani to, co do niej wkracza, ani to, co ja opuszcza.

Zaiste, mówimy „przestrzen w tym pokoju”, jednak w rzeczywistosci to ten pokój jest czescia przestrzeni— cały budynek znajduje sie w niej.

Kiedy budynek zniknie, przestrzen ciagle tam bedzie.

Otacza budynek, a jednoczesnie mozemy ja zamknac w jednym pokoju. Bedac swiadomym takiego pogladu, mozemy rozwinac zupełnie nowa perspektywe. Ujrzymy z jednej strony, ze sciany tworza kształt pomieszczenia i jest ono wypełnione przestrzenia.
Patrzac wiec na to w ten sposób, to sciany ograniczaja przestrzen.
Ale z drugiej strony zobaczymy, ze przestrzen jest bezkresna, pozbawiona jakichkolwiek granic. Nie masz zwyczaju dostrzegac przestrzeni, poniewaz nie przyciaga ona twojej uwagi.

Nie jest ani pieknym kwiatem ani przerażającą katastrofa; nie jest w ogóle czyms oczywiscie pieknym badz czyms naprawde przerazajacym, na co natychmiast kieruje sie nasza uwaga.

Cos ekscytujacego, fascynujacego, przerazajacego lub okropnego moze zahipnotyzowac ciebie w oka mgnieniu, ale przestrzen?
Aby ja zauwazyc musisz sie uspokoic; musisz ja kontemplowac. Jest tak, poniewaz ona nie ma zadnych szczególnych cech; po prostu jest przestronna.

Kwiaty potrafia byc niezwykle piekne, jasnoczerwone, pomaranczowe lub fioletowe, o cudownych kształtach, które oslepiaja nasze zmysły.
Z kolei smieci sa brzydkie i odrazajace.

Przestrzen — przeciwnie — nie jest ani piekna ani odpychajaca.
Jest zaledwie widoczna a jednak bez niej nie byłoby niczego innego. Nie bylibysmy w stanie czegokolwiek zobaczyc.

Gdybys wypełnił pokój rzeczami tak, az stałby sie lity lub zapełnił go cementem, w tym pomieszczeniu nie pozostałaby zadna przestrzen.
Wówczas nie mógłbys oczywiscie miec jakichkolwiek kwiatów czy czegos innego; istniałby tylko potezny blok.
Czyz nie byłby zupełnie bezuzyteczny?

Tak wiec potrzebujemy obojga; musimy docenic zarówno forme jak i przestrzen. Tworza one doskonała pare, prawdziwy zwiazek małzenski, doskonała harmonie — przestrzen i forme.
Mozemy je kontemplowac, a w szerszej perspektywie — która sie rozwinie — pojawi sie zrozumienie i madrosc.

Czytaj część drugą artykułu <-

Ajahn Sumedho

W artykule brakuje polskich liter!

Powiązane posty

Wyprawa do serca ciszy. Medytacja

Przestrzeń w Tobie

Bez granic

Uciszenie silnych emocji – wg Huny

Jedyna rzecz, nad którą całkowicie panujesz

Nasz umysł jak ocean

Tagi

, , , , , , , , , , ,

umysl1
Fragment wykładu lamy Ole Nydahl  – Nasz umysł jest swobodny jak ocean

Niedawno odbył się kurs w Kanderstag w Szwajcarii.
Samo miejsce było przepiękne, otoczone pokrytymi śniegiem Alpami. Nasi tamtejsi gospodarze byli tak mili, że zorganizowali mi lot na paralotni. Instruktora nikt z nas nie znał, ale jeszcze tego samego wieczoru przyszedł on na sesję medytacji, ponieważ poruszył go fakt, że po raz pierwszy w życiu leciał z kimś, kto nie był ani trochę zdenerwowany.

Taka reakcja i ten stan umysłu wyrażają praktyczne zrozumienie faktu, że nie jesteśmy tym ciałem, które starzeje się, choruje i umrze, ani też myślami i uczuciami, które przychodzą i odchodzą, lecz że naszą prawdziwą naturą jest niezniszczalna przestrzeń. Tym, co naprawdę istnieje, jest przestrzeń sama w sobie.
Właśnie na nią naprawdę możemy liczyć. Kiedy już to w pełni pojmiemy, pojawi się ogromna radość. Nie jest to jednak radość wywołana przyjemnymi obrazami w lustrze, które nieustannie się zmieniają.
Wyłania się ona bezpośrednio z doświadczenia możliwości umysłu, z faktu, że jest on w stanie wszystko przeżywać, że jest świadomy, a jego naturą jest jasne światło. Tej najwyższej radości nie powodują słodkie myśli i uczucia – jej źródłem jest fakt, że niezniszczalna przestrzeń będąca przyczyną i źródłem wszystkiego, jest jednocześnie promiennie inteligentna, może wiedzieć i rozumieć.
Nie jest to radość typu „albo-albo”, lecz ” zarówno to, jak też to”. Dopóki się nie pojawi, nieustannie oceniamy nasze myśli i uczucia jako dobre lub złe, takie czy inne. Kiedy już nas jednak ogarnie, będziemy zawsze w stanie spojrzeć na to, co się dzieje i powiedzieć sobie:
„Tydzień temu byłem zazdrosny, później dumny, dziś jestem pomieszany – ciekawe, co stanie się jutro.”
Chodzi o to, żebyśmy obserwowali te uczucia tak, jak patrzy się na ciekawy ogród zoologiczny. Podziwiamy wszystkie zwierzęta, ich kształty i kolory, rozumiejąc jednocześnie, że widzimy ich zady, a nie pyski – zdajemy sobie sprawę z tego, że nie przychodzą, tylko odchodzą. Zresztą, nawet gdyby się do nas wprowadziły, to i tak ich prawdziwą naturą jest przestrzeń. Wraz z tym wglądem znika całe przywiązanie i niechęć. Starość, choroby i śmierć nie stanowią już problemu, ponieważ kiedy się wydarzają, patrzymy z zainteresowaniem, jak forma powraca do przestrzeni i rozpuszcza się.

Tam zaś, gdzie młodość, radość i miłość były przedmiotem przywiązania widzimy, że coś, co było przestrzenią, manifestuje się w pewnej określonej formie i powoduje dalsze powstawanie zjawisk. W rzeczywistości to właśnie sposób, w jaki patrzymy na zewnętrzne i wewnętrzne wydarzenia decyduje, na ile wszystkie owe zmiany nas poruszają. Ostatnią rzeczą, którą odkryjemy będzie nieograniczoność umysłu – z tego poznania wyłoni się miłość.
Istnieją różne jej rodzaje, jednego z nich na przykład uczymy się w szkole.

Pochodzimy z cywilizacji zachodniej, którą cechuje silna świadomość społeczna. Wiemy, że biednym i słabym należy pomóc – w naturalny sposób odczuwamy ów rodzaj dobroci. Jednak ten rodzaj miłości, który pojawia się wtedy, gdy umysł rozpoznaje sam siebie, jest czymś więcej. Nie opiera się on na poglądach czy koncepcjach, lecz wyłania się z doświadczenia jedności – nie potrafimy już oddzielić własnego pragnienia osiągnięcia szczęścia i uniknięcia cierpienia, od życzenia tego samego innym. Później zauważymy, że ponieważ innych jest tak wielu, a my to zaledwie jedna osoba, naturalne jest bycie dobrym. Bez specjalnych wyobrażeń, że oto „muszę coś dla nich zrobić” albo „oni powinni zrobić coś dla mnie” lub „muszę się doskonalić, a później im pomóc” czy też „muszę im pomóc, a później się doskonalić”, będziemy po prostu robić to, co jest do zrobienia – spontanicznie reagować na wszystko, co się w danej chwili wydarza.

Ponieważ ilość zjawisk jest nieograniczona i każde z nich wibruje dążeniem do szczęścia, bez wysiłku i samoistnie będziemy działać właściwie.  Budząc dalej naszą mądrość, będziemy piąć się ku górze przez cztery poziomy. Pierwszy polega na tym, że – jak mówi stare chińskie przysłowie – „umysł spoczywa tam, gdzie tyłek”. Oznacza to, że nagromadziliśmy tak wiele dobrych wrażeń, iż nie musimy już gonić za jakimikolwiek zewnętrznymi rodzajami szczęścia. Błądzenie wśród myśli i wyobrażeń nie ma już żadnego sensu, ponieważ umysł jest w naturalny sposób szczęśliwy.
Następnie robimy drugi ważny krok – odkrywamy, że niepotrzebne nam są żadne gry, przestajemy udawać i stajemy się naturalni i szczerzy, wolni od napięcia i wszelkiej sztuczności.

Trzeci krok jest naprawdę wielkim skokiem do przodu, ponieważ to właśnie dzięki niemu zaczynamy doświadczać tego, co jest świadome. Dzieje się to, gdy wchodzimy z ogromną prędkością w zakręt na autostradzie, czy też cieszymy się swobodnym opadaniem, zanim otworzy się czasza spadochronu lub lina bungee poderwie nas znowu do góry.
Dosięgamy wówczas poziomu, na którym nagle wszystkie myśli, uczucia i koncepcje, a także nawarstwiające się idee znikają i przeżywamy autentyczne doświadczenie „aha” – jesteśmy w danej chwili całkowicie otwarci i świadomi, rzeczywiście widzimy zjawiska takimi, jakimi są, a nie tylko związane z nimi własne obawy i oczekiwania.
Nazywamy to Wielką Pieczęcią – urzeczywistnienie to można porównać do doświadczenia małego chłopca, który otwiera wrota świątyni i mówi po prostu:
„Och!„, podczas gdy przed osiągnięciem tego poziomu doświadczyłby w owej chwili głównie myśli i koncepcji, takich jak np.: „Ten posąg Buddy ma dziwaczny kolor i za długi nos
albo: „Kto postawił róże akurat w tym dziwnym miejscu?”.

Ten moment świadomego bycia tym, co widzi i wie, jest trzecim ważnym krokiem. Kiedy go zrobimy, zobaczymy, że nasz umysł jest swobodny jak ocean albo wiatr.
Ciągle jeszcze będą się w nim pojawiały myśli i uczucia, ale będziemy już ich całkowicie świadomi – nie tylko będziemy je mieli, ale będziemy też nimi, ich esencją.
To właśnie oznacza bycie świadomym i o to właśnie chodzi.
Na tym poziomie nie jesteśmy tylko obrazami w lustrze, ale lustrem i obrazami jednocześnie. Ten stan „jednego smaku”, w którym obserwator – ten kto jest świadomy – jest obecny przez cały czas i nie można go już utracić, jest naszym kolejnym osiągnięciem.

Ostatni krok to „nie-medytacja”. Określenie to nie oznacza, że zaczniemy nagle tylko wylegiwać się na kanapie i przełączać programy w telewizji z jednego serialu na drugi – chodzi w nim o to, że osiągnąwszy ten poziom będziemy zawsze w pełni rozluźnieni i wolni od wysiłku, że wszystko będzie się wydarzało samo z siebie.

Dzięki zrozumieniu uwarunkowań panujących pomiędzy zjawiskami, a także rozpuszczeniu się oddzielenia pomiędzy nami a wszechświatem, będziemy w stanie spontanicznie stosować metody przynoszące pożytek innym. To jest najwyższy poziom – osiągnąwszy go będziemy naturalnie i bez wysiłku działać dla dobra innych, ponieważ nasz umysł stanie się nieustraszonością, radością i współczuciem.
Wszystko, co wówczas zrobimy, będzie właściwe, pożyteczne i całkowite. Cokolwiek powiemy, będzie to prawdziwe na poziomie relatywnym i absolutnym. Teraz pracujecie z jednym aspektem umysłu, koncentrujecie się na bezcennej mądrości, która jest niezbędna do wyzwolenia. Kiedy wrócicie do domu i zaczniecie znowu pracować w ośrodkach, zdobędziecie również praktyczną moc pochodzącą z doświadczenia.

Miejmy nadzieję, że wystarczy wam również czasu na medytację. Będziecie przeżywać emocje, oczyszczać przeszkody i patrzeć na wskroś poprzez zjawiska, które wcześniej sprawiały wam trudności. Dzięki temu nauczycie się pomagać innym, kiedy będą mieli podobne kłopoty.
Doświadczycie rozwoju i radości ze wspólnego, pełnego znaczenia działania. Nie zapomnijcie jednak o najważniejszym – o tym, że nie musimy nigdzie szukać klejnotu naszej mądrości. Prawda nie może być w jednym miejscu duża, a w drugim mała – nie istnieje żaden Budda, który posiadałby więcej mądrości niż my sami. Różnica pomiędzy nami a nim polega na tym, że on włożył więcej pracy w rozpoznanie swojej prawdziwej natury – esencji nieoddzielnej od umysłu każdego z nas. Zawsze kiedy patrzycie na zewnątrz pamiętajcie więc o tym, że nawet najmądrzejszą książkę możecie zrozumieć tylko dlatego, że w rzeczywistości całą mądrość już posiadacie – studiowanie i praktyka stopniowo pokazuje wam jedynie coraz wyraźniej waszą własną twarz. To jest bardzo ważny punkt, pamiętajcie o nim.

Nauki nie są czymś zewnętrznym, są lustrem pokazującym wam was samych. Jeśli stwierdzicie, że jakieś zjawisko wam się nie podoba lub podoba, spróbujcie sprawdzić dlaczego tak jest. Nie roztrząsajcie tego ciągle od nowa, lecz po prostu zbadajcie jak działa wasz umysł, pracujcie z 4
tym, co się w nim dzieje. Przede wszystkim jednak postrzegajcie zawsze to, co się wydarza, jako święto mocy umysłu. Każdego ranka uświadamiajcie sobie, że następny dzień będzie również świętem umysłu, że ofiaruje wam wiele możliwości rozwoju. Wówczas każde wasze doświadczenie będzie pełne znaczenia.

Nydahl Ole – Nasz umysł jest swobodny jak ocean

Zobacz także

Panta rei – energia dokoła nas

Energia musi płynąć…!

Cykle życia i śmierci – Twoje istnienie.

Przestrzen ciała, przestrzeń kosmosu

Kim jestem? Ken Wilber. Niepodzielone.

Sen Planety

Twórcza wizualizacja

Tagi

, , , , , , ,

talk

W początkowym okresie nauki twórczej wizualizacji bardzo istotne jest to, byś przed przystąpieniem do ćwiczeń głęboko się odprężył. Kiedy ciało i umysł wolne są od napięcia, fale mózgowe przepływają w wolniejszym tempie. Ten charakteryzujący się mniejszą częstotliwością przebieg fal mózgowych odbywa się na głębszym poziomie świadomości, nazywanym poziomem alfa (mózg zazwyczaj pracuje na pełnych obrotach, na poziomie świadomości beta). Obecnie przeprowadza się wiele badań nad skutkami działania fal mózgowych typu alfa.

Poziom alfa uznano za stan świadomości sprzyjający zdrowiu, ponieważ wpływa relaksująco zarówno na umysł, jak i na ciało. I co interesujące, jest o wiele skuteczniejszy w wywoływaniu prawdziwych zmian w tzw. obiektywnym świecie (dzięki zastosowaniu wizualizacji) niż bardziej aktywny poziom beta. Dla naszych celów praktycznych oznacza to, że jeśli opanujemy sztukę głębokiej relaksacji i wprowadzimy się w stan twórczej wizualizacji, będziemy mogli zmieniać swoje życie o wiele skuteczniej, niż gdybyśmy analizowali rozmaite sytuacje, martwili się, planowali i próbowali kierować sprawami i manipulowali ludźmi.

Jeżeli wypracowałeś już własną metodę odprężania się i wchodzenia w spokojny stan medytacji, koniecznie z niej korzystaj. Możesz także stosować sposób, który opisałam w poprzednim rozdziale. Oddychaj zatem powoli i głęboko, odliczaj od 10 do 1, kolejno rozluźniając wszystkie mięśnie. Jeśli masz trudności w osiąganiu stanu relaksacji, skorzystaj ze wskazówek dotyczących medytacji i ćwiczeń jogi; z pewnością ci się przydadzą. Zazwyczaj odrobina praktyki daje wspaniałe rezultaty.

Ćwiczenia te mają jeszcze jedną zaletę – okazuje się, że głęboka relaksacja jest niezwykle korzystna dla zdrowia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego.

Najlepiej oddawać się wizualizacji wieczorem, tuż przed zaśnięciem, albo rankiem, zaraz po obudzeniu, ponieważ wtedy ciało jest już odprężone i podatne na wszelkie bodźce. Spróbuj wówczas wykonać pierwsze ćwiczenie. Możesz leżeć w łóżku, ale jeśli masz tendencję do szybkiego zasypiania, lepiej usiądź na krawędzi łóżka lub na krześle, w wygodnej pozycji i z wyprostowanymi plecami. Dzięki prostym plecom przepływ energii jest swobodniejszy i łatwiej osiąga ona częstotliwość właściwą dla fal mózgowych alfa.

Również w ciągu dnia kilka chwil medytacji i wizualizacji da ci wytchnienie i pozwoli nabrać nowych sił. Dzień minie bez wstrząsów i przykrości.

Jak wizualizować?

Wiele osób zastanawia się, co dokładnie oznacza termin „wizualizować”. Niektórzy martwią się, że ich próby wizualizacji kończą się niepowodzeniem, gdyż zamknąwszy oczy, nic w swojej wyobraźni nie „widzą”.

Niechaj cię nie zrazi określenie „wizualizacja”. Wcale nie trzeba widzieć w umyśle żadnego obrazu. Niektórzy ludzie utrzymują, że kiedy tylko zamkną oczy i próbują sobie coś wyobrazić, od razu pojawiają się przed nimi wyraźne, ostre sceny. Inni odnoszą wrażenie, że tak naprawdę niczego nie „widzą”, tylko przez ich umysł przelatuje jakby „myśl o czymś” lub wydaje im się, że przez moment na coś patrzą albo coś odczuwają. I to zupełnie wystarczy. Wszyscy nieprzerwanie korzystamy z wyobraźni – niepodobna, by było inaczej. A zatem, jeśli posługując się wyobraźnią, czujesz, że w twoim umyśle zachodzi jakikolwiek proces, to możesz już być zadowolony.

Jeśli nadal nie jesteś pewien, co to znaczy „wizualizować”, uważnie przeczytaj każde z podanych dalej ćwiczeń, po czym zamknij oczy i wypróbuj te ćwiczenia na sobie.

Zamknij oczy i głęboko się odpręż. Przenieś się myślą do znanego ci pomieszczenia, na przykład do sypialni lub salonu. Przypomnij sobie znane ci szczegóły, takie jak kolor dywanu, ustawienie mebli, blaski i cienie. Oczyma wyobraźni zobacz siebie, jak spacerujesz po pokoju, siedzisz w wygodnym fotelu lub leżysz na kanapie.

Następnie przywołaj z pamięci przyjemne wydarzenia sprzed kilku dni; najlepiej takie, które były źródłem miłych doznań fizycznych, jak na przykład jedzenie smacznego posiłku, otrzymanie dobrej wiadomości, pływanie w chłodnej wodzie lub uprawianie miłości. Przypomnij sobie tę scenę jak najdokładniej i ponownie przeżywaj tamte urocze chwile.

Teraz z kolei wyobraź sobie, że przebywasz w jakiejś sielankowej miejscowości na łonie natury; leżysz na miękkiej zielonej trawie nad brzegiem orzeźwiającego strumienia albo wędrujesz przez piękny, bujny las. Może to być miejsce, w którym naprawdę byłeś, lub też stworzone w wyobraźni, idealne otoczenie, w którym pragnąłbyś się znaleźć. Zadbaj o szczegóły; stwórz je zgodnie ze swym pragnieniem.

Sposób, jakiego użyłeś, by ukształtować w myślach owe sceny, jest właśnie „wizualizowaniem”.

Istnieją dwa tryby wizualizowania: bierny i czynny. W trybie biernym jedynie odpoczywamy i pozwalamy, by wizje i doznania swobodnie napływały do naszego umysłu; nie wybieramy ich – przyjmujemy to, co nadchodzi. W trybie czynnym świadomie dokonujemy wyboru i stwarzamy to, co chcemy ujrzeć. Oba sposoby stanowią istotny element twórczej wizualizacji i oba można udoskonalić dzięki praktyce.

Trudności w praktykowaniu wizualizacji

Zdarza się, że czasami człowiek nie potrafi na zawołanie niczego sobie wyobrazić. Tego rodzaju blokada powstaje przeważnie pod wpływem lęków. Można ją skutecznie usunąć, jeśli tylko bardzo się tego pragnie.

Zazwyczaj ludzie powściągają swoją umiejętność korzystania z wizualizacji z obawy, że patrząc w głąb siebie, znajdą coś, czego nie chcą – lękają się uświadomionych uczuć i emocji.

Uczestnik jednego z moich kursów był całkowicie niezdolny do wizualizacji, a podczas ćwiczeń medytacyjnych stale zapadał w drzemkę. Później okazało się, że podczas jednej z wcześniejszych sesji doznał ogromnych, przejmujących wzruszeń i nie chciał przeżyć wstydu, jaki mogłoby mu przynieść obnażanie przed innymi swoich uczuć.

Prawda jest jednak taka, że nie ma w nas nic, co mogłoby nas zranić. To tylko nasz strach przed odczuwaniem emocji trzyma nas jak w pułapce.

Jeżeli podczas medytacji poczujesz coś niezwykłego lub niespodziewanego, przyjrzyj się temu dokładnie, zanurz się w to doznanie i przeżyj je jak najgłębiej, a przekonasz się, że straci swój negatywny wpływ. Nasze lęki powstają dlatego, że obawiamy się stawić czemuś czoło. Gdy decydujemy się głęboko wejrzeć w źródło naszego strachu, znika jego moc.

Na szczęście, tego rodzaju kłopoty z wizualizacją występują rzadko. Z reguły uczymy się jej w sposób naturalny, a im częściej ją praktykujemy, tym staje się łatwiejsza* [Osobom szczególnie zainteresowanym praktykowaniem wizualizacji polecam Kursy Metody Silvy. Zob. również „Zalecana lektura” na końcu książki.].

Shakti Gawain

TWÓRCZA WIZUALIZACJA

Powiązane posty

Uzdrowicielska potęga wizualizacji

Twoim zadaniem jesteś Ty

Prawo Przyciągania w działaniu: Historia sesji egzaminacyjnej TrueNeutral

Prawo Przyciągania

Sekret Zdrowia

Wizualizacja. Materializacja marzeń. Sekret.

Dysocjacyjne formy myślowe w aurze

Tagi

, , , , , , , , ,

mysloklsz
W trakcie mojej wieloletniej praktyki bio-energetycznej zaobserwowałam zjawisko, które określam jako „ruchome przestrzenie rzeczywistości”.
„Przestrzenie” owe są podobne do tych, które opisuje topografia, gdzie dany „obszar” albo „terytorium” zawiera zestaw cech definiujących operacje matematyczne możliwe w ramach tego terytorium. W ramach aktywności psychicznej istnieją „przestrzenie rzeczywistości” albo „systemy przekonań” zawierające grupy form myślowych — myślokształtów, związanych z poglądami — słusznymi lub błędnymi — na temat rzeczywistości.

Każda forma myślowa zawiera swoje własne opisy rzeczywistości, takie jak:
wszyscy mężczyźni są okrutni;
miłość równa się słabości;
sprawowanie kontroli daje bezpieczeństwo i siłę.
Z moich obserwacji wynika, że ludzie doświadczają życia poprzez pryzmat różnych „przestrzeni” albo poziomów rzeczywistości.
Świat jest odbierany inaczej w każdej z tych grup albo przestrzeni rzeczywistości.

Myślokształty – są energetycznymi, postrzegalnymi rzeczywistościami, które promieniują kolorami o różnej intensywności.
Ich natężenie i kształt są rezultatem energii albo znaczenia, jakie nadał im człowiek. Właściciele myślokształtów tworzą je, budują i odżywiają na podstawie codziennych myśli. Im bardziej są one określone
i konkretne, tym bardziej określona jest ich forma.
Natura i siła emocji związanych z myślami nadają formie kolor, natężenie i moc. Myśli te mogą być świadome albo nie.
Na przykład myślokształt może powstać w wyniku ciągłego myślenia o lęku, np. „On mnie zostawi” .
Twórca formy myślowej będzie się zachowywał tak, jakby to właśnie miało się wydarzyć.
Pole energetyczne myślokształtu w negatywny sposób wpłynie na pole osoby, której towarzyszy. Odepchnie zapewne tę osobę.
Im więcej siły otrzyma, w postaci świadomej albo nieświadomej energii, tym skuteczniej urzeczywistni napawający lękiem rezultat. Zazwyczaj formy myślowe są tak naturalną częścią osobowości, że człowiek w ogóle ich nie zauważa. Zaczynają powstawać w dzieciństwie i opierają się na rozumowaniu dziecka, a potem zostają włączone w osobowość.
Są jak dodatkowy bagaż, który człowiek nosi wewnątrz siebie, nie zauważając, jak wielki wywierają na niego wpływ. Połączone formy myślowe albo systemy przekonań powodują wiele „efektów” w rzeczywistości zewnętrznej człowieka.

Ponieważ formy te nie są ukryte głęboko w podświadomości, lecz znajdują się na krawędzi świadomości, można je wydobyć dzięki takim metodom, jak energetyka rdzenia, słowne gry skojarzeniowe czy medytacja (również regresing, przypis).
Kiedy formy docierają do świadomości poprzez wyrażenie i uwolnienie związanych z nimi uczuć, można dokonywać w nich zmiany.
Dzięki temu procesowi uzyskuje się jaśniejszy wgląd w dotyczące rzeczywistości założenia, z których składają się formy. Kiedy błędne założenia (pamiętajcie, że oparte są one na logice z dzieciństwa) zostaną odkryte, zauważone i uwolnione, można je zastąpić bardziej dojrzałym, przejrzystszym poglądem na rzeczywistość, co z kolei prowadzi do tworzenia bardziej pozytywnych doświadczeń życiowych.

W pewnego typu osobowościach formy te są wzajemnie powiązane, a świadomość człowieka rzadko kiedy zanurzona jest całkowicie w jednej przestrzeni bez wiedzy o istnieniu innych.
Człowiek ten utrzymuje wysoki stopień integracji wielu płaszczyzn i form rzeczywistości w swoim codziennym życiu.
Inny typ osobowości potrafi gorliwie przepływać z jednej przestrzeni rzeczywistości do następnej, nie uświadamiając sobie łączności między nimi. Nie umie zintegrować albo zrozumieć tego dynamicznego przepływu i dlatego żyje w pomieszaniu, zwłaszcza jeśli konkretny cykliczny przepływ zostaje uruchomiony wewnętrznie.
Może wtedy zostać pochwycony w automatyczny przepływ od jednej myśli do drugiej, beznadziejnie zaplątany i niezdolny do przerwania powtarzalności cyklu, póki rzecz nie rozegra się do końca.
Wówczas może przenieść się do innego stanu rzeczywistości, ponieważ cykliczne działanie myślokształtu wyczerpało całą dostępną energię.
Nie będzie zatem wiedział, w jaki sposób wydostał się z cyklicznego wzorca i przy następnym jego uruchomieniu w dalszym ciągu nie będzie umiał się z niego wyzwolić.

Stany rzeczywistości, o których mówię, mogą być euforyczne. Człowiek myśli, że dokona wielkich rzeczy i stanie się sławny albo bogaty, a nie zdaje sobie sprawy z ilości praktycznej pracy, jakiej wymaga osiągnięcie takiego celu. Może być też odwrotnie, kiedy człowiek uważa swoją sytuację za o wiele gorszą, niż jest w rzeczywistości. W jednym i drugim przypadku nie jest szczery w stosunku do siebie.
Widzi zapewne tylko część swojej osobowości i wyolbrzymia ją.
Może mieć potencjał wymagany do stworzenia wszystkich wielkich rzeczy, które sobie zamierzył, ale potrzebna jest jeszcze praca i czas. W przypadku stanu negatywnego, widzi te części swojej osobowości, które musi zmienić, ale zapomina, że zmiana jest możliwa.

William Butler w swojej książce Jak czytać aurę, zauważył, że konkretne myślokształty pozostają w polu energii do czasu, aż zostaną uruchomione przez wewnętrzny albo zewnętrzny bodziec energetyczny. Myślokształty przepływają następnie przez aurę w chronicznej sekwencji, ale nie zostają uwolnione. Odgrywają po prostu swój program i nieruchomieją, aż zbiorą dość energii, by ponownie wyruszyć w drogę. Formy myślowe pozyskują energię poprzez codzienne, na pół świadome myśli i związane z nimi odczucia.
Zbierają również energię przez przyciąganie podobnych sobie myśli i uczuć od innych ludzi.

Innymi słowy, jeśli systematycznie osądzasz się z jakiegoś powodu, twoje działania i uczucia będą zgodne z tym osądem i wkrótce, dzięki jednym i drugim, ludzie, których znasz, odbiorą sygnał i zgodzą się z tobą, tym samym przesyłając ci energię w postaci myśli i uczuć na temat ciebie, które będą zgodne z twoimi własnymi.

Na przykład, jeśli wmawiasz sobie, że jesteś głupi, nic nie wart, brzydki albo gruby, wkrótce inni ludzie zaczną zgadzać się z tobą.

Ich energia zostanie dodana do twojego osobistego magazynu, aż forma myślowa będzie miała wystarczająco dużo energii (osiągnie masę krytyczną), by zostać uruchomiona (zmaterializować się).

Znajdziesz się wtedy w stanie, w który wierzysz, że jesteś głupi, nic nie wart, brzydki albo gruby. Będzie tak do czasu, aż energia formy myślowej rozproszy się na jakiś czas.
Możesz też oczywiście przyciągnąć zdarzenie zewnętrzne, które uruchomi ją wraz z wybuchem energii. W obu przypadkach proces jest taki sam. Takie uruchomienie myślokształtu nie musi być negatywne. Jeśli człowiek znajduje się w trakcie terapii, być może, zdoła wyrwać się ze swego chronicznego cyklu i na tyle skutecznie rozerwie cykliczną formę, że będzie w stanie kontrolować ją, gdy zostanie uruchomiona po raz kolejny.

Jeśli terapeuta potrafi dostrzec te rzeczy-wistości i opisze je albo pomoże pacjentowi je opisać, to może być w stanie pomóc mu uwolnić się przy przechodzeniu od jednej rzeczywistości do drugiej. Dokonany przez terapeutę opis każdego stanu rzeczywistości, tak jak pacjent go doświadcza, da pacjentowi ogólny obraz całego procesu. To pomoże mu stworzyć wewnętrznego obiektywnego obserwatora, który potrafi też definiować każdą przestrzeń, wchodząc do niej i wychodząc z niej.
Na podstawie tego terapeuta i pacjent będą mogli ściślej zdefiniować chroniczny cykl pacjenta i znaleźć sposób wyjścia z niego.
Mogą znaleźć metodę rozerwania go następnym razem, gdy się rozpocznie.
Na przykład, kiedy szczególnie schizoidalny pacjent jest uwięziony w takiej formie, podchodzę po prostu do tablicy
i zaczynam rysować i nazywać każdą myśl z chwilą, gdy ją wyraża.

Rysunek: Dysocjacyjna forma myślowa, inaczej zwana jako „myślokształt”.
Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie i opisy.

8

Gdy pacjent powtarza myśli na głos, rysuję strzałkę od poprzedniej myśli do tej właśnie wyrażanej. Wkrótce wszystkie cykliczne myśli są wymienione na tablicy.
[Polecam to ćwiczenie do wykonania - nawet samodzielnie! przypis Zenforest]

Zewnętrzna powierzchnia tych form jest zazwyczaj całkiem ograniczona, co oznacza, że pacjent doświadcza tylko bardzo wąskiej rzeczywistości, w której definicje i/lub rozróżnienia są postrzegane jako negatywne i czasem płaskie — na przykład gdy wszyscy ludzie wydają się nieprzyjaźni albo nawet niebezpieczni.

Pacjent może też ze wszystkich sił wierzyć, że jest ofiarą życiową.
Moment przełomowy nadchodzi, gdy zdoła pochwycić jedną z myśli, która niesie ze sobą szczególnie silny ładunek emocjonalny, na tak długo, by wyrazić tę emocję. Zazwyczaj, jeśli pacjent potrafi zaakceptować cierpienie, może wyrwać się z tego zaklętego kręgu i popatrzeć na niego jakby „z boku”. Umożliwi to połączenie z głębszymi poziomami energetycznymi i pomoże rozwiązać problem.

Pewna pacjentka, podczas rysowania swoich wizji, ujrzała ogólny obraz swojego problemu. To pełne zrozumienie pomogło jej wyciszyć się i wydostać z chronicznego cyklu. „Weszła” w swoje cierpienie, wyraziła je, a potem ujrzała jego przyczynę, a o to chodziło terapeucie.

Większość zewnętrznej powierzchni tego myślokształtu jest maską, w której człowiek nie widzi przyczyn i skutków i nie bierze za nie odpowiedzialności.
Za swoje niepowodzenia wini innych. Ona robi to po to, by uchodzić za „dobrą”.
To, naturalnie, czyni ją bezsilną do czasu, aż zostanie osiągnięta głębsza rzeczywistość będąca sercem tego myślokształtu. Kiedy moja pacjentka odkryła, że z powodu stresu w dzieciństwie jest po prostu „zła” i nic nie można na to poradzić, zrozumiała, że w przyszłości będzie mogła ujrzeć i zrozumieć przyczynę, „wejść” najpierw w swój stres wynikający z poczucia uwięzienia, a potem w tkwiące poniżej cierpienie utrwalone w postaci myślokształtu.
Zazwyczaj unikała tego problemu zostając na powierzchni formy myślowej (a zatem w nie-rzeczywistości). Teraz, dzięki odczuciu przyczyny stresu, może zintegrować dziecko wewnątrz (podświadomość), które czuje się „złe”, ze swoim wewnętrznym dorosłym (świadomość), który wie, że wcale taki nie jest.

Wyrażenie i uwolnienie uczuć jest kluczem do wyrwania się z cyklicznego schematu myślowego. Zwykle formy te zostają rozdzielone po to, by człowiek nie musiał doświadczać zawartych w nich uczuć.
Dany osobnik wkłada codziennie wiele wysiłku, by uniknąć ożywienia myślokształtu, ponieważ mogłoby to przywołać niepożądane uczucia. Nawet jeśli człowiek unika świadomie sytuacji, które mogłyby takie uczucia wzbudzić, nie osiąga zbyt wiele, gdyż myśląc o tym bez przerwy, także je wzmacnia.
W miarę trwania terapii myślokształt staje się coraz ściślej powiązany z resztą osobowości; dzięki własnej pracy negatywne aspekty przemieniają się w pozytywne działania i zostają włączone do „normalnej” aury człowieka jako bezkształtne, czyste, jasne kolory. Część przyczyn stresów zostaje rozwiązana przez samą ich akceptację, to znaczy, że miały prawo się pojawić i przeminąć.

Barbara Ann Brennan – Dłonie pełne światła

Powiązane posty

Ciało energetyczne człowieka. Przykłady zaburzeń

Energia myśli i myślokształty

Uzdrowicielka cz. I

Uzdrowicielka cz II


Garść ciekawostek :)

Tagi

, , , , , , , , , , ,

kisss

Dziś, dla odmiany przedstawiam garść ciekawostek zebranych w serwisie kopalnia wiedzy :)

1. Zbawienny wpływ siostry

Osoby, które mają przynajmniej jedną siostrę, są szczęśliwsze i bardziej optymistyczne, ponoć potrafią sobie również lepiej radzić z przeciwnościami losu. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o posiadaniu brata. Psycholodzy tłumaczą to tym, że dziewczynki zbliżają do siebie członków rodziny i skłaniają do rozmawiania u uczuciach.

Wg profesora Tony’ego Cassidy z Uniwersytetu w Ulsterze, siostry są gwarantem otwartej komunikacji w rodzinie, co sprzyja dobremu samopoczuciu psychicznemu. „Bracia wydają się wywierać odwrotny wpływ”.

Okazuje się, że dziewczynki, które mają siostry, są bardziej niezależne i zainteresowane osiągnięciami. Zespół psychologów utrzymuje, że efekty oddziaływania sióstr są wyraźniej zaznaczone w rodzinach rozbitych, niepełnych. W takich okolicznościach zapewne bardziej na sobie polegają, stąd zaobserwowane zjawisko.

W ramach studium przepytano 571 młodych osób w wieku od 17 do 25 lat. Skupiano się na sytuacji rodzinnej respondentów oraz ich dobrostanie emocjonalnym. Ustalono, że jedynacy lokowali się na środku skali zadowolenia i optymizmu. Stwierdziliśmy, że intensywnie komunikowali się z osobami spoza rodziny. Wygląda więc na to, że mają tyle samo wsparcia społecznego, co osoby posiadające rodzeństwo, różnica polega jedynie na tym, skąd ono pochodzi – tłumaczy współautorka badań Liz Wright.

Najgorzej wypadali chłopcy mający wyłącznie braci. Z samymi mężczyznami wokół zawiązuje się swoista zmowa milczenia i niemówienia o uczuciach. Dziewczynki ją przełamują – podsumowuje Cassidy.

Autor: Anna Błońska

Źródło: Telegraph

2. Mściwi gorzej zarabiają

Mściwość nie popłaca zarówno w sensie społecznym, jak i ekonomicznym. Okazuje się, że osoby hołdujące zasadzie wet za wet gorzej zarabiają, częściej bywają bezrobotne, mają mniej przyjaciół i są w mniejszym stopniu zadowolone ze swojego życia.

Badacze z Uniwersytetów w Bonn i Maastricht postanowili sprawdzić, w jaki sposób pozytywna i negatywna wzajemność – niezależne cechy osobowościowe – wpływają na szanse odniesienia sukcesu i satysfakcję z życia. Nie od dziś wiadomo bowiem, że część ludzi przejawia silniejszą tendencję do odpłacania dobrem za dobro, inni skupiają się raczej na zemście, a jeszcze inni zachowują się raz tak, raz tak.

Psycholodzy skorzystali z danych zbieranych rokrocznie przez Deutsche Institut für Wirtschaftsforschung, które objęły ok. 20 tys. respondentów z całych Niemiec.

Zidentyfikowawszy ogólną tendencję do negatywnej bądź pozytywnej wzajemności, naukowcy odnieśli to do innych wyników kwestionariusza. Udało im się znaleźć interesujące korelacje. Ludzie opowiadający się za pozytywną wzajemnością biorą zazwyczaj więcej nadgodzin, ale tylko wtedy, gdy uważają, że są za to godziwie wynagradzani. Ponieważ są bardzo uwrażliwieni na zachętę, przeważnie zarabiają więcej – wylicza Thomas Dohmen z Uniwersytetu w Maastricht.

U mściwych osób zasada „więcej pracy = więcej pieniędzy” nie zawsze okazuje się prawdziwa. Obcięcie wynagrodzenia wcale nie przywołuje ich do porządku, a zemsta na zwierzchniku może być straszna. W grę wchodzi zarówno odmowa wykonywania obowiązków, jak i sabotaż. Armin Falk z Uniwersytetu w Bonn wyjaśnia, że teoretyczne rozważania dokładnie pokrywają się w ich przypadku z zebranymi informacjami: utrudniając innym życie, mściwi rzeczywiście częściej tracą pracę.

Autor: Anna Błońska

Źródło: Universität Bonn

3. Źródło ponadliczbowej kończyny fantomowej

U pacjentów po amputacjach pojawia się niekiedy złudzenie istnienia odjętej kończyny. Występuje również zjawisko określane mianem ponadliczbowej kończyny fantomowej (ang. supernumerary phantom limb, SPL). Dotyczy ono chorych, którzy są jednostronnie sparaliżowani po udarze. Zespół z Genewskiego Szpitala Uniwersyteckiego przeanalizował ostatnio przypadek 64-letniej kobiety z SPL, dzięki czemu określono, jakie obszary mózgu są zaangażowane w to dziwne doświadczenie.

Zazwyczaj osoby z SPL wyraźnie odczuwają obecność ponadliczbowej kończyny, lecz nie mogą nią intencjonalnie poruszać ani jej nie widzą. Niektórzy jednak twierdzą, że nie tylko ją dostrzegają, ale za jej pomocą wyczuwają także różne obiekty. Wg neurologów, oznacza to, że za SPL odpowiada wiele obszarów mózgu.

Szwajcarzy badali 64-letnią kobietę, która przeszła udar i była sparaliżowana po lewej stronie ciała. Kilka dni po udarze zaczęła doświadczać istnienia fantomu poniżej łokcia sparaliżowanej ręki. Twierdziła, że jest blady, mlecznobiały i przezroczysty. Utrzymywała też, że może widzieć, poruszać, a nawet używać dodatkowej kończyny, dotykając np. głowy i prawego ramienia. Chora mogła się nią posługiwać, gdy świadomie zdecydowała, że ma na to ochotę. Drapanie ponadliczbową ręką po głowie przynosiło jej ponoć realną ulgę w swędzeniu. Fantomowa ręka nie była w stanie operować przedmiotami.

Ekipa Asaida Khateba wykonała 64-latce funkcjonalny rezonans magnetyczny w czasie, gdy ta poruszała naprawdę i wyobrażała sobie ruchy zdrowej prawej ręki oraz gdy wyobrażała sobie ruchy sparaliżowanej kończyny oraz SPL.

Ruchy prawej ręki były związane z aktywacją obszarów lewej półkuli, odpowiadających za ruch, percepcję bodźców i przetwarzanie danych wzrokowych. Podobne, lecz słabsze wzorce aktywności obserwowano w przypadku wyobrażonych ruchów prawej ręki. Jak można się domyślić, wyobrażone ruchy sparaliżowanej ręki aktywowały rejony ruchowe prawej półkuli. Kiedy pacjentkę poproszono o podrapanie się SPL po lewym policzku, okazało się, że uaktywniły się obszary związane zarówno z ruchem, jak i widzeniem, co potwierdziło jej wcześniejsze wypowiedzi. Ku zdumieniu wszystkich drapanie ponadliczbową kończyną wywoływało wrażenia czuciowe.

Na tej podstawie Szwajcarzy uważają, że istnieją różne typy SPL, które inaczej się manifestują. Dotyczy to m.in. stopnia kontroli ruchowej oraz wrażliwości na czuciowe sprzężenie zwrotne.

Dowody wskazują, że [...] mamy do czynienia z niedopasowaniem między zastaną czuciowo-ruchową mapą ciała a odbiegającymi nagle od normy wzorcami komunikacji między mózgiem a sparaliżowaną kończyną. Autorzy studium uważają, że udało im się wytropić brakujące ogniwo między doświadczeniem fantomowej kończyny i przebywania poza własnym ciałem.

Autor: Anna Błońska

Źródło: PhysOrg

4. Mów do mnie czule…

Krowy z imionami dają więcej mleka niż ich nienazwane koleżanki. Badacze z Newcastle University twierdzą, że mućki traktowane jak indywidualistki mogą rocznie dostarczyć swoim właścicielom o 284 l białego napoju więcej.

Doktorzy Catherine Douglas i Peter Rowlinson porównywali farmy, gdzie każda krowa miała swoje imię, z hodowlami, gdzie zwierzęta traktowano jak grupę. Tak jak ludzie reagują lepiej na spersonalizowane odnoszenie się do nich, krowy również czują się szczęśliwsze i bardziej zrelaksowane, kiedy zapewnia im się więcej uwagi w kontakcie twarzą w pysk – wyjaśnia Duglas. W grę wchodzi nie tylko dobre samopoczucie łaciatych, ale też ich postrzeganie ludzi. Używanie imienia nie stanowi dla nikogo dodatkowego obciążenia, poza tym stanowi czytelny znak, że dla konkretnego człowieka krowy są inteligentnym bytem, zdolnym do doświadczania całego wachlarza uczuć.

Brytyjczycy przyznają, że ich eksperyment potwierdza to, o czym dobrzy rolnicy wiedzą już od dawna. Niektórzy przyznają, że krowy nie są dla nich żywym inwentarzem, ale członkami rodziny. Tutaj w Eachwick kochamy nasze krowy i każda ma swoje imię. Zbiorczo wołamy na nie „drogie panie”, ale znamy poszczególne sztuki i ich osobowości – przekonuje producent nabiału Dennis Gibb.

Dwoje naukowców z Newcastle przeprowadziło wywiady z 516 hodowcami krów z Wielkiej Brytanii. Pytano o ich przekonania na temat wpływu ludzi na produktywność, zachowanie oraz samopoczucie zwierząt. Okazało się, że u 46% ankietowanych krowy są wołane po imieniu. „Urobek” mleczny był w ich przypadku o 258 l wyższy niż u pozostałych rolników.

Sześćdziesiąt sześć procent respondentów przyznało, że zna wszystkie krowy ze swojego stada, a 48% zgodziło się ze stwierdzeniem, iż pozytywny kontakt z człowiekiem prowadzi do wykształcenia u zwierząt „dobrego temperamentu mlecznego”. Wg 10%, lęk przed ludźmi wydatnie zmniejsza ilość dawanego mleka.

Autor: Anna Błońska

Źródło: Newcastle University

5. Szkodliwa koedukacja

Panie, które kończyły szkoły przeznaczone tylko dla kobiet, wykazują silniejszą potrzebę uczenia się, niż ich koleżanki z koedukacyjnych placówek oświatowych. Z najnowszych badań naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles (UCLA) wynika, iż absolwentki szkół dla kobiet są bardziej zainteresowane nauką, osiągają lepsze wyniki na maturze i bardziej wierzą w swoje umiejętności matematyczne oraz informatyczne.

Uczeni brali pod uwagę różne kryteria, takie jak wiarę w siebie, zaangażowanie polityczne i społeczne, stawiane sobie cele życiowe czy nastawienie na karierę. Okazuje się na przykład, że przedstawicielki płci pięknej ze szkół żeńskich bardziej interesują się nauką, niż kobiety ze szkół koedukacyjnych. Badania wykazały, że wśród tych pierwszych aż 62% poświęca na naukę co najmniej 11 godzin w tygodniu, podczas gdy w szkole koedukacyjnej odsetek ten wynosi 42 procent.

Należy tutaj zauważyć, że przyczyną tych różnic nie jest fakt, iż szkoły żeńskie są szkołami prywatnymi, a więc trafiają tam dzieci z rodzin przywiązujących większą uwagę do wykształcenia. Raport sporządzono bowiem na podstawie wywiadów z 6552 kobietami, które ukończyły 225 prywatnych (katolickich i świeckich) szkół żeńskich oraz z 14 684 absolwentkami 1169 prywatnych szkół koedukacyjnych.

To, co miało stać się szansą na równouprawnienie kobiet, czyli koedukacja, okazuje się mieć wręcz przeciwne skutki. Dziewczęta ze szkół żeńskich nie tylko bardziej interesują się nauką. Są też bardziej zaangażowane politycznie, zainteresowane typowo męskimi kierunkami inżynieryjnymi, łatwiej przychodzi im występowanie publiczne.

Panie uczące się w świeckich szkołach żeńskich uzyskiwały średnio na maturze o 43 punkty, a te z katolickich szkół żeńskich o 28 punktów więcej niż dziewczyny ze szkół koedukacyjych. Natomiast po ukończeniu szkoły średniej, gdy idą na studia, wykazują znacznie większą wiarę w swoje umiejętności matematyczne i komputerowe. Największa różnica widoczna jest w przypadku świeckich szkół żeńskich. Aż 48% absolwentek takich szkół uważa, że ich znajomość komputerów i matematyki jest „powyżej przeciętnej” lub mieści się w „górnych 10% społeczeństwa”. Podobną wiarę w siebie wykazuje 37% dziewcząt ze szkół koedukacyjnych.

Przy rozważaniu samych tylko umiejętności informatycznych aż 36% absolwentek świeckich szkół żeńskich ulokowało się w najwyższej kategorii, podczas gdy uczyniło to 26% dziewcząt ze świeckich szkół koedukacyjnych. W przypadku szkół katolickich odsetek ten wynosi 35% dla szkół żeńskich i 27% dla placówek koedukacyjnych.

Odsetek dziewcząt zainteresowanych akademickimi kierunkami inżynierskimi jest w ogóle niski, jednak można zaobserwować wyraźną różnicę pomiędzy szkołami jednopłciowymi i koedukacyjnymi. Wśród absolwentek tych pierwszych 4,4% myśli o karierze inżyniera, podczas gdy wśród tych drugich – 1,4%.

Aż 58% absolwentek świeckich szkół żeńskich stwierdziło, że posiadanie bieżących informacji o wydarzeniach politycznych jest dla nich bardzo ważne. Równie istotne było ono dla 48% ich koleżanek z instytucji koedukacyjnych. Dla absolwentek szkół katolickich odsetek ten wynosił, odpowiednio, 43 i 36 procent.

Należy zwrócić uwagę na fakt, że wszystkie opisane powyżej wyniki uzyskano biorąc pod uwagę różnice pomiędzy samymi szkołami jak i socjologiczne różnice pomiędzy uczniami.

Spostrzeżenia Amerykanów zgadzają się z wynikami uzyskanymi w 2001 roku przez Australijczyków, którzy zbadali 270 000 studentów i dowiedzieli się, że absolwenci szkół jednopłciowych osiągali na studiach wyniki o 15-20 procent lepsze.

Autor: Mariusz Błoński

Źródło: Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles

6. Uniwersalny język muzyki

Rdzenni Afrykanie, którzy nigdy wcześniej nie słyszeli radia ani płyty CD, potrafią wskazać emocję – radość, smutek lub strach – wyrażaną przez dany utwór z repertuaru muzyki zachodniej. Badacze uważają, że zdolność ich rozpoznania w muzyce musi być zatem uniwersalna, podobnie jak odczytywanie mimiki czy właściwości brzmieniowych mowy (Current Biology).

Odkrycie to pozwala wyjaśnić, czemu muzyka Zachodu stała się tak popularna na świecie, nawet w kulturach nieprzywiązujących większej wagi do ekspresji emocjonalnej w muzyce – twierdzi Thomas Fritz z Instytutu Nauk Poznawczych i o Mózgu Maxa Plancka. Wg naukowców, wyrażanie uczuć jest podstawową cechą muzyki Zachodu i zdolność ich komunikowania stanowi ważne kryterium oceny. W innych kręgach kulturowych liczą się odmienne właściwości, np. dobra koordynacja działań wielu osób podczas odprawiania rytuałów.

Zespół z Instytutu Maxa Plancka wyjaśnia, że wcześniejsze eksperymenty przeprowadzano z udziałem osób, które miały niewielkie, lecz jednak jakieś doświadczenie z danym rodzajem muzyki. Teraz skoncentrowano się na kompletnych laikach: przedstawicielach ludu Mafa z Kamerunu. Plemię to żyje na północy pasma górskiego Mandara. W 2006 r. Fritz udał się tam z laptopem i ogniwem słonecznym w plecaku.

Zarówno przedstawiciele kultury zachodniej, jak i członkowie ludu Mafa rozpoznawali przekazywane przez muzykę emocje (szczęście, smutek i strach) częściej, niż gdyby udawało im się to przez przypadek. W grupie tych drugich obserwowano jednak znaczną zmienność osiąganych wyników i 2 z 21 osób wydawały się typować na chybił trafił. Mafa rozpoznali 2 z 3 radosnych utworów, a także połowę urywków smutnych i strasznych. Niemcy poradzili sobie prawie ze wszystkimi fragmentami.

W przetłumaczeniu instrukcji na język kameruńskiego plemienia pomogła Fritzowi żyjąca w Amsterdamie członkini ludu Mafa. Zanim ostrożni i odrzucający zachodni styl życia Afrykanie zgodzili się wziąć udział w jego badaniu, minął miesiąc. Lody zostały przełamane, gdy naukowiec wziął udział w maratonie gry na fletach, a następnie poczęstował wszystkich piwem z prosa. W eksperymencie wzięło udział 21 osób w wieku od 37 do 90 lat. Emocje identyfikowano, wskazując jedno z 3 zdjęć kobiecej twarzy. Wykonanie tego samego zadania zlecono 20 Niemcom w wieku 40-68 lat.

Określając rodzaj emocji, Mafa i ludzie Zachodu polegali na tych samych cechach utworów, np. tempie, ale była to tendencja silniej zaznaczona u naszych ziomków. Fragmenty szybkie uznawano za radosne, a wolne za straszne. [Warto wiedzieć że także David Icke pisał o "szybkiej" wibracji miłości i "wolnej" wibracji strachu przypis Zenforest]
Wszyscy zgadzali się z grubsza co do tego, które utwory są smutne, ale nie wiązano ich z jakimś szczególnym tempem. Urywki w skali durowej (majorowej) klasyfikowano jako wyrażające szczęście, a w skali molowej (minorowej) jako przerażające. Gdy tonacja danego kawałka była nieokreślona, wrzucano go do worka opisanego hasłem „smutne”.

Muzyka Mafa wyraża wyłącznie radość i szczęście. W języku tych ludzi nie istnieje osobne określenie na muzykę, ponieważ uznaje się ją za nieodłączną część rytuałów.

W drugim eksperymencie Mafa i Niemcy oceniali, jak bardzo podobają im się (lub nie podobają) zachodnie utwory instrumentalne i gra na flecie podczas rytuałów Mafa. Potem odtwarzano zmienione wersje tych samych utworów. Składały się one z oryginalnej linii melodycznej i nałożonych na nią 2 innych o zmienionej tonacji.

Manipulowanie muzyką ujawniło, że i jednym, i drugim bardziej podobały się oryginalne wersje utworów własnych i cudzych. Naukowcy uważają, że można to częściowo wyjaśnić nasilonym dysonansem pomiędzy zmienionymi dźwiękami. W naszym kręgu kulturowym „zgrzyty” dźwięków pozwalają zbudować napięcie, które likwiduje się, ponownie wprowadzając harmonię.

Autor: Anna Błońska

Źródło: EurekAlert!/Science News

7. Starszy ojciec, niższe IQ

Dzieci starszych ojców mają niższy iloraz inteligencji. Wcześniej powiązano zaawansowany wiek mężczyzn (powyżej 35. roku życia) z różnymi zaburzeniami rozwojowymi ich potomstwa, w tym z autyzmem, dysleksją oraz schizofrenią.

Badania zostały przeprowadzone przez międzynarodowy zespół. Potomstwo starszych ojców wykazuje delikatne upośledzenie funkcjonowania neuropoznawczego w okresie niemowlęctwa i dzieciństwa. Ze względu na obecny trend odraczania ojcostwa kliniczne konsekwencje i mechanizmy leżące u podłoża tego zjawiska zostaną skrupulatnie zbadane – podkreśla szef ekipy naukowców John McGrath z University of Queensland.

Na razie akademicy spekulują, że jego przyczyną może być zwiększająca się wraz z wiekiem liczba mutacji dotyczących komórek macierzystych plemników (spermatogoniów). Niewykluczone, że wady są następnie przekazywane potomstwu.

W ramach tego samego studium odkryto, że dzieci starszych kobiet mają wyższy iloraz inteligencji. To pozorny paradoks, gdyż jajeczka kobiet powstają jeszcze podczas życia płodowego, dlatego ich DNA jest zabezpieczane przed mutacją do momentu wykorzystania.

Zespół McGratha przeanalizował dane 33.437 mieszkańców USA, którzy przyszli na świat między 1959 a 1965 rokiem. Inteligencję wszystkich przetestowano w wieku 8 miesięcy, a także 4 i 7 lat. Zaawansowane metody statystyczne pozwoliły oddzielić wpływy środowiskowe.

Autor: Anna Błońska

Źródło: Times of India

Powiązane posty

Chłopcy i dziewczynki. Dwa światy?

Dobre wibracje

Demon zazdrości

Kończyny fantomowe – zagadka ludzkiego mózgu.

Puść dziecku dobry kawałek ;)

Wyjście poza religię. Heretycy i mistycy.

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , ,

aniol1
Rozmowy z o. Willigisem Jagerem

Jak mistyk reaguje na uznanie go za heretyka przez instytucję religijną?
Mistycznie natchniony człowiek nie odmawia instytucjom religijnym pomocniczego, porządkującego znaczenia. Z reguły też nie szuka bezpośredniej konfrontacji. Ale — często nawet mimowolnie – kwestionuje pośrednio te instytucje, albowiem mistyczne doświadczenie wyprowadza go w przestrzeli transkonfesyjną, poza często dość ciasną pobożność danego wyznania.
A przestrzeń ta jest — nawet, jeśli nie a-teistyczna — to w każdym razie trans-teistyczna?
Oczywiście. Dlatego mistycy i mistyczki, próbując redogmatyzować swoje doświadczenia, popadają w ogromne trudności. W języku ich odziedziczonej religii nie istnieją słowa na to, co ich spotyka. Dualny schemat chrześcijańskiego myślenia czyni wyartykułowanie mistycznego doświadczenia jedności niemożliwym. Podjęte próby spotykają się ze sceptycznym i pobłażliwym przyjęciem ze strony teologów.
Brzmi to otrzeźwiająco. Czy w chrześcijaństwie nie widzi Ojciec nigdzie szansy na duchowy przełom?
Instytucje zawsze wloką się z tyłu. Wszystkie odnowy w kościele wychodziły z dołu. Przypuszczam, że z duchowym przełomem, który teraz obserwujemy, jest podobnie. Wychodzi on z bazy i przenika do kościelnych instytucji. To, czego potrzebujemy, to „transformacja religii” (Ken Wilber). Chodzi o nową orientację — o metanoję ku mistycznemu wymiarowi. Religie są wspólnotami ludzi w drodze, którzy szukają odpowiedzi na pytanie o sens życia. Również w religii trzeba wciąż od nowa formułować udzielane odpowiedzi. Podlegają one, bowiem przemianom czasu. Stary paradygmat brzmiał: Jesteśmy istotami, które rozwinęły ducha, przez wykroczenie odeszły od Boga. Nowy paradygmat brzmi: Nigdy nie wypadliśmy z Boga. To, co nazywamy Bogiem, rozwija się jak wachlarz w ewolucji. To my jesteśmy epifanią Boga. Tylko nie potrafimy poznać naszej prawdziwej tożsamości. My nie odpadliśmy od Pierwszej Rzeczywistości, jak chce tego koncepcja grzechu pierworodnego. My tylko zapomnieliśmy, że pochodzimy z tej rzeczywistości i nigdy od niej odpaść nie możemy. Uważamy się za plażę, która łaknie morza. A jesteśmy morzem, które igra z plażą. W zrozumieniu tego leży przyszłość naszego gatunku. Zmiana kierunku w religiach już się rozpoczęła.
Odnowa wychodzi z dołu, powiada Ojciec. Po drugiej wojnie światowej powstały w wielu miejscach Europy wspólnoty i bractwa, które świadomie prowadziły duchowy tryb życia. Najbardziej znanym przykładem jest wspólnota Taize”, którą po roku 1945 założył Roger Schutz. Co sądzi Ojciec o tych wspólnotach?
Przygotowują one drogę do przełomu duchowego, ale nie są jeszcze jego właściwymi realizatorami. Wspólnoty wyprowadzają z odziedziczonego paradygmatu myślowego kościoła, nie przełamując go. Wypełniają ważne, ale ograniczone zadanie.
Taize przykłada wielką wagę do liturgii i śpiewu. Czy to zjawisko przejściowe?
Taize jest w moich oczach ruchem mistycznym. Swoimi rytuałami i medytacyjnymi formami liturgicznymi uwalnia religijny potencjał człowieka bez narzucania mu przy tym nauk lub teorii, które nie mają nic wspólnego ze świecką rzeczywistością. Dlatego Taize wydaje mi się dla naszych czasów bardzo udanym miejscem przebudzenia; nie mniej i nie więcej. Ostatecznie pozostaje ono stopniem pośrednim. Dlatego regularnie przychodzą do mnie ludzie, którzy na drogę duchową weszli w Taize a teraz chcieliby pogłębić swoje doświadczenia.
W przeszłości to zazwyczaj klasyczne zakony — do jednego z nich Ojciec przecież należy — stawały na czele ruchów odnowy duchowej albo rodziły się z takich ruchów. Czy dziś też istnieje w klasztorach duchowy potencjał?
Zakonom przyznaje się swobodę, jakiej ksiądz lub biskup nie mają. Stąd opactwo benedyktyńskie ma pewną samodzielność. Zakony są do pewnego stopnia tworami autonomicznymi i dlatego w opactwach rozwijały się idee, które z biegiem czasu przynosiły owoce całemu kościołowi. Tak powinno być też dzisiaj.
Klasztory są, więc jakby teologicznymi strefami wolnego handlu?
Tak, przy czym owemu handlowi wyznacza się pewne granice. Również w klasztorach trzeba pamiętać o pewnych ograniczeniach. Mimo to życzyłbym sobie więcej odwagi w prowadzeniu żywej dyskusji. Zakony mogłyby być rodzajem poletek doświadczalnych w ramach scentralizowanych instytucji. Jak już powiedziałem, impulsy rozwoju w kościele prawie nigdy nie przychodziły z góry. Wszystkie musiały się przebijać od dołu.
Również zbliżenie świata chrześcijańskiego do duchowości Wschodu wyszło z klasztorów.
Zakonnicy dzięki swej działalności misyjnej jako pierwsi zetknęli się z obcymi formami pobożności. Odkryli w innych religiach ziarno prawdy. Tak trapista Thomas Merton odkrył dla siebie i dla wielu ludzi w zachodnim świecie buddyzm zen, a Bede Griffiths hinduizm. Można by przytoczyć inne przykłady, które także pokazują, że to najczęściej zakonnicy otwierali się na inne religie i szukali dialogu.
Takie podejście przychodzi kościołom z trudem. Deklarują otwartość, ale w praktyce są bardzo powściągliwe. To wyostrza ich własny profil. Są gotowe do dialogu interkonfesyjnego, chciałyby współpracować w dziedzinie społecznej i etycznej. Jednak strach instytucji kościelnych przed uznaniem za równorzędne wydaje mi się nadal bardzo duży.
Na zewnątrz kościoły deklarują otwartość. W środku jednak żywią lęk przed utratą swojej niepowtarzalności i wyjątkowości. Ciągle mówi się jeszcze o „wyższości tego, co chrześcijańskie”. Ale kościół jako instytucja – tak jak się dzisiaj prezentuje – już nie wszędzie jest przekonujący. Slogan „Jezus tak, kościół nie!” sygnalizuje wzrost zainteresowania religijnością bez instytucji. To zrozumiałe, że wspólnota w czasach kryzysu odgranicza się i stara się wykształcić wewnętrzną spójność. Ale odgraniczenie może się łatwo zmienić w izolację. Zamknięcie się w twierdzy jeszcze nigdy na dłuższą metę nie wyszło nikomu na dobre. Kościołowi brak odwagi do integrowania się ze zmieniającym się społeczeństwem, albowiem to zmieniłoby również samą religię – a to napawa lękiem.
Czy powrót kościoła do konfesyjnej tożsamości powstrzyma spadek liczby jego członków?
Przeciwnie. Ci, którzy rozumienia siebie i świata nie są w stanie zharmonizować z naukami kościoła, będą nadal, może nawet jeszcze częściej, salwować się ucieczką. Natomiast pozostaną w kościele wszyscy ci, którzy potrzebują dogmatycznej konstrukcji, ażeby mieć poczucie posiadania utęsknionej pewności zbawienia. Niebezpieczeństwo regresji we wspólnotach wiernych prawie nigdy nie było tak wielkie jak dziś. Człowiek czuje się przygnieciony pytaniami współczesności i coraz chętniej wycofuje się na pozycje fundamentalistyczne, zamiast produktywnie wpływać na duchowy rozwój społeczeństwa.
Czy kościół nie stoi tu przed dylematem? Z jednej strony musi się dopasować do wymogów czasu, z drugiej musi zachować swoją tradycję. Czy istnieje w ogóle jakieś wyjście z tej sytuacji?
Dla mnie religie są modelami, za pomocą, których my, ludzie, staramy się określić nasze miejsce w kosmicznym zdarzeniu. Jeżeli jakiś gatunek osiągnął poziom ducha, to szuka odpowiedzi na pytania o sens swojej egzystencji i pytania o „skąd” i „dokąd”. Dziś nie możemy mówić o Bogu tak samo, jak w XIX wieku. Stoimy przed koniecznością odpowiedzi na podstawowe pytanie: Jaki jest sens człowieka w ewolucji kosmosu? Konieczna jest nowa interpretacja grzechu pierworodnego, zbawienia i zmartwychwstania, osobowości i bezosobowości Boga, bezczasowości i wieczności. Ale także inne trudne pytania wymagają odpowiedzi: Jak to jest z równouprawnieniem kobiet w kościele katolickim? Czy nie potrzebu-jemy swobodnego wyboru między celibatem a życiem w związku partnerskim? Konieczne są: pozytywna ocena seksualności i demokratycznych struktur w instytucjach, odwrót od karzącego Boga, gotowość krytycznego towarzyszenia procesom rozwojowym bez chęci zahamowania ich za wszelką cenę.
W Stanach Zjednoczonych — a tu mniejszym stopniu także w Europie -znany jest protestancki wariant konserwatyzmu: ruchy ewangeliczne, a więc zielonoświątkowcy, charyzmatycy, pietyści – by wymienić tylko kilka. Te wspólnoty są w kontekście naszej rozmowy ciekawym fenomenem. Z jednej strony z fundamentalistyczną werwą określają zasady myślenia i życia swoich członków, z drugiej strony wykazują żywotność, która nie pozostawia wątpliwości, ze pomagają osiągnąć doświadczenia religijne. Jak to wytłumaczyć?
Wszystkie ugrupowania, które obiecują człowiekowi pewność zbawienia, będą się nadal cieszyć popularnością. I wszyscy, którzy czują się tam dobrze, powinni tam bezkrytycznie pozostać. Ale grupy te są zjawiskiem przejściowym. Ich członkowie też dochodzą do kresu i występują z nich. Nikt nie może na przykład przez całe życie mówić językami. Oczywiście, mówienie językami jest duchową praktyką, w której ego się odsuwa. Ale to tylko jedna możliwość, która szybko prowadzi do poczucia elitarności. Tak naprawdę chodzi tu i w innych „charyzmatach” o zjawiska świadomości, które bardziej przynależą do parapsychologii i występują nie tylko u chrześcijan. Również zwolennicy religii naturalnych mówią językami. Wciąż przychodzą do mnie ludzie, którzy chcieliby wyjść poza tę formę modlitwy.
Są jednak też tacy, którzy podporządkowują się sztywnej moralności swojej wspólnoty lub kościoła. Wtedy niewiele pozostaje z duchowego przełomu.
Niebezpieczeństwo popadnięcia w sekciarstwo i fundamentalizm czyha zawsze. Często tęsknota za poczuciem bezpieczeństwa jest większa niż odwaga niezbędna do dokonania przełomu. I tak dochodzi do powstania typowej dla sekt mentalności twierdzy. Mentalność taka przede wszystkim się broni i odrzuca wszystko, co mogłoby zagrozić bezpieczeństwu wywalczonemu z takim trudem. Mentalność ta jest przeciwieństwem mistycznej pobożności, której rdzeń tworzy otwarcie się. Sekty natomiast nakazują często kurczowe trzymanie się dogmatów, moralnych nakazów, grupy itp. Im bardziej ludzie są niepewni, tym łatwiej ulegają pokusie pójścia za obietnicami bezpieczeństwa składanymi przez sekty i fundamentalistów. Stąd bierze się sukces tych grup.
Oprócz powrotu do fundamentalizmu obserwujemy też inne procesy. W ostatnich latach coraz częściej dochodziło do wspólnych działań przywódców wielkich wspólnot religijnych. Mamy tu do czynienia z niespotykana wcześniej otwartością. Czy widzi Ojciec w tym krok ku transkonfesyjności?
Nie. Międzywyznaniowy dialog jest ważny. Równie ważne są międzywyznaniowe działania w dziedzinie pomocy społecznej oraz zainicjowane przez Hansa Kiinga wspólne poszukiwanie przez religie porządku wartości obowiązującego wszystkich. Ma to kolosalne znaczenie. Moje wysiłki idą jednak w innym kierunku. Prawdziwa jedność religii – nie boję się powiedzieć: jej właściwy cel – leży w doświadczeniu tego, co głoszą święte księgi, rytuały i ceremonie. W doświadczeniu Pierwszej Rzeczywistości wszyscy się spotykają. Albowiem, jak już powiedziałem, wszyscy dążą na szczyt tej samej góry. Doświadczenie to przekracza wszelkie wyznania.
Światowy etos i dialog międzyreligijny są, zatem tylko stadium pośrednimi?
Dlaczego tylko? To brzmi zbyt negatywnie. Międzyreligijny dialog, powtórzę, ma ogromne znaczenie. Ale rzeczywista jedność religii nie polega na synkretyzmie, lecz na doświadczeniu rzeczywistości. Wszystkie religie uczą mistycznej drogi prowadzącej na tę płaszczyznę doświadczenia. Mistyka zyska na znaczeniu w następnych stuleciach. Uważam ją za ratunek dla teologii. Wiek XXI będzie wiekiem mistyki. Ale teologia ma z tym problemy. Podczas gdy nauki przyrodnicze odkrywają we wschodnich ezoterycznych drogach pokrewieństwo ze swoimi doświadczeniami granicznymi, u teologów mistyczna droga popadła w zapomnienie.
Prawdziwa jedność religii leży w transkonfesyjnym doświadczeniu. Czy tak?
I tak, i nie. W doświadczeniu Pierwszej Rzeczywistości, jak nazywam Jednię i Prawdę, nie ma już żadnych religii, które mogłyby zostać zjednoczone, gdyż nie ma tu żadnych rozróżnień, przeżywa się jedność z Jednią. Może potrwa to jeszcze bardzo długo, ale dokładnie tu spotkają się pewnego dnia wszystkie religie – na tym jednym szczycie Prawdy. Będą wtedy nadal różnie mówić o Jedni. Zależnie od kultury, religijnych obrazów i wyobrażeń będą tłumaczyć człowiekowi Jednię na płaszczyźnie racjonalnej. Wyznania religijne nie będą się już izolować i zwalczać. Zrozumieją, że ostatecznie miały i mają taki sam cel – światło, a nie witraże. Zainteresowanie wielu Europejczyków ezoterycznymi drogami hinduizmu i buddyzmu oceniam pozytywnie. Jest to przede wszystkim oznaka rosnącej świadomości istnienia wspólnego transkonfesyjnego rdzenia wszystkich wyznań.
Jeżeli przyjmiemy, że coraz więcej ludzi odkryje duchowość transkonfesyjną, to, jakie formy przyjmie życie religijne w przyszłości?
Powstanie więcej grup bazowych, które będą się gromadzić w swoim kościele wokół duchowego towarzysza lub przewodnika. Idąc jego drogą, odnajdą dla siebie sens życia. Oddziała to niewątpliwie na tradycyjne kościoły. Będą musiały się dostosować i w większym stopniu uwzględnić elementy duchowe w głoszeniu wiary i w praktyce.
A konkretnie?
Przede wszystkim mistyka i duchowość powinny zyskać większą wagę w wykształceniu teologicznym. Należy ułatwić ludziom zainteresowanym duchowością znalezienie swojego miejsca w kościele. Ale autorytety kościelne nie mogą okazywać podskórnej niechęci do mistyki. Ostrzegając przed mistyką i duchowością, wyrządza się, moim zdaniem, szkodę kościołowi.
Powiada Ojciec, że trzeba zreformować system kształcenia teologicznego. Czy odnosi się to do nauczanych treści teologicznych czy też teologowie powinni sami ćwiczyć się w kontemplacji?
Jedno i drugie. Przede wszystkim przyszli duszpasterze muszą zostać pouczeni, że istnieje doświadczenie duchowe. Nasi teologowie są najczęściej bezradni, gdy przyjdzie do nich ktoś, kto przebił się do przestrzeni transpersonalnej. Człowiek, który dzisiaj wpadł w kryzys duchowy – lub poczynił prawdziwe mistyczne doświadczenie – i szuka wsparcia, z reguły prędzej idzie do psychologa, psychoterapeuty czy naturoterapeuty niż do duszpasterza. Jak pokazują badania, tylko dwadzieścia procent ludzi w takiej sytuacji szuka wsparcia u kapłana. Najwyraźniej większość przypisuje kościołowi w takich sprawach niewielkie kompetencje. Dla kościoła powinno to być alarmujące.
Czy uznanie dla kościoła względnie jego reprezentantów wzrosłoby, jeśli ich autorytet pochodziłby z doświadczeń duchowych? Wydaje się by i znamienne, ze taka postać jak Dalajlama budzi zachwyt w kościołach chrześcijańskich.
Nie trzeba zaraz fatygować Dalajlamy – Jan Paweł II jest w tym względzie na wskroś równorzędną osobą, która daje nieprzebranym tłumom ludzi oparcie i orientację. Dysponuje on niewątpliwie charyzmatycznym autorytetem. Ale to nie wystarcza. Papieżowi brakuje otwartości i tolerancji, nie porusza on istotnych tematów religijnych. Za dużo mówi o wymaganiach moralnych. Ale niewątpliwie jego autorytet i wiarygodność biorą się z jego bardzo osobistej pobożności.

Więcej w: „Fala jest morzem” W. Jager

Powiązane posty

Benedyktyn, demony i Zen

Fala jest morzem

Przestać żyć we władzy Demona

Jesteśmy Bogiem

Wiara nie pozwala Ci myśleć

Życie – to jedyna religia

Bóg jest tancerzem i tańcem

Jak praktykować Zazen?

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , ,

budda
Artykuł nie zawiera polskich znaków

W dzisiejszym swiecie bardzo trudno o pewnosc co do tego, w co wierzyc.
W przeszłosci ludzie wierzyli w takiego czy innego Boga, ale gdy mowa o modlitwie, iluz z nas tak naprawde wie, jak osiagnac w niej ów głeboki stan, który pozwala nam prawdziwie zawierzyc i zaufac?
W czasach powszechnej wiary w orzeczenia nauki wielu z nas widzi rozdzwiek miedzy swiatem religii a swiatem nauki.
W swiecie religii mówimy o rzeczach, których nie da sie zweryfikowac zmysłami, które sa jedynie pewnym ideałem czy przedmiotem wiary, natomiast w swiecie nauki wierzymy tylko w to, co mozna okreslic i doswiadczyc za pomoca pieciu zmysłów.
Róznica pomiedzy tymi dwoma swiatami czesto powoduje głeboki wewnetrzny konflikt.
Kazdy z nas jest inny i wszyscy doswiadczamy róznych, niemierzalnych stanów umysłu.
Mamy rózne nadzieje i plany. I chociaz nie mozna ich pomierzyc, sa one jak najbardziej rzeczywiste i stanowia o niepowtarzalnosci, o najgłebszej naturze kazdego z nas. Poprzez zazen mozemy powrócic do owej niepowtarzalnosci, mozemy całkowicie stopic sie z sama esencja naszej natury.
Ta umiejetnosc powrócenia do niczym niezmaconej, wewnetrznej ciszy — odciecia szumu zewnetrznego swiata i powrotu do naszego pierwotnego swiata wewnetrznego — to własnie jest zazen.
Nalezy podkreslic, ze praktykujac zazen, nie staramy sie upodobnic do siebie nawzajem. Przeciwnie — zazen pozwala kazdemu człowiekowi stac sie osoba, która naprawde jest.

Wszyscy mamy takie czy inne wyobrazenia o tym, jak sie do tego zabrac, i wszyscy czytalismy rózne wyjasnienia na temat tego, czym zazen jest i w jaki sposób powinno sie zazen praktykowac. Nalezy jednak rozpoczac od rzeczy najistotniejszej, a mianowicie od zrównowazonej pozycji, czyli stabilnego trzymania ciała podczas praktyki.

Poniewaz podczas zazen zagladamy w głab własnej jazni, przede wszystkim musimy sie zajac odpowiednim ułozeniem ciała. Kiedy opanujemy te umiejetnosc, bedziemy potrafili zagłebic sie w sobie i odpowiednio wyregulowac oddech, który jest naszym wewnetrznym spoiwem. Wówczas, robiac kolejny krok, dojdziemy do umysłu.

Pracujac na co dzien, poruszamy ciałem w zaleznosci od własnie wykonywanej pracy.
W kazdej chwili robimy to, co jest akurat konieczne, i w ten sposób dzien mija nam na wykonywaniu wielu róznych czynnosci. Jednakze przez wieksza czesc czasu nie mamy kontaktu z centrum naszego ciała; nie uswiadamiamy sobie, gdzie to centrum jest. Im wiecej korzysta sie w pracy z głowy — im wiecej trzeba myslec i koncentrowac sie na aktywnosci umysłowej — tym wieksze prawdopodobienstwo, ze ki — energia zyciowa — bedzie podnosic sie w kierunku głowy.
Na dodatek wszyscy mamy najrózniejsze nawyki, własne sposoby poruszania ciałem i jestesmy przekonani o poprawnosci takiego a nie innego wykonywania okreslonych czynnosci.
Wszystkie te nawykowe ruchy wpływaja na umiejscowienie srodka naszego ciała i na to, na ile poprawnie równowazymy je w ciagu całego dnia.

Podczas zazen nie patrzymy na zewnatrz i nie poruszamy sie, a nasza uwaga nie kieruje sie na swiat zewnetrzny — siedzimy nieruchomo i siegamy do wewnatrz. Z tego tez powodu sposób zrównowazenia naszego ciała jest niezmiernie wazny.
Nie patrzymy na ciało, jakbysmy przygladali sie mu w lustrze; zagladamy raczej w głab naszego istnienia.

Łatwo jest patrzec na innych i oceniac, czy ich postawa podczas zazen jest dobra czy tez nie, ale by móc samemu orzec, czy siedzi sie własciwie, trzeba umiec wyczuc ułozenie ciała, w którym jest ono doskonale zrównowazone i zesrodkowane, niczym nie obciazone.

Jest to najwazniejszy aspekt własciwej postawy podczas zazen.
Mówiac inaczej, mozemy spojrzec na ludzkie ciało jak na dwie odrebne czesci: pierwsza od pasa w góre i druga od pasa w dół.
W górnej czesci ciała mieszcza sie wszystkie narzady zmysłów i tam tez jest siedziba myslacego umysłu; natura górnej połowy ciała jest postrzeganie. Dolna połowa ciała, od pasa w dół, stanowi centrum naszej energii zyciowej; natura tej czesci ciała jest aktywnosc i zywotnosc.

Jest taka starodawna opowiesc o bardzo bogatym człowieku, który kazał wybudowac sobie dwupietrowy dom, bo wówczas jego pokoje górowałyby nad domami sasiadów. Kiedy ciesla przyjał zamówienie na budowe domu, rozpoczał oczywiscie od samego dołu.
Kiedy bogacz to zobaczył, bardzo sie rozzłoscił na rzemieslnika. Oswiadczył mu: „Powiedziałem, ze chce miec wysoki dom, ale nie potrzeba mi dolnych kondygnacji, chce tylko drugie pietro. Po co wyrzucac pieniadze na budowe parteru i pierwszego pietra?”
Opowiesc jest smieszna, ale jesli sie jej dobrze przyjrzec, mozna zauwazyc, ze mówi ona o nas samych.

Chcemy posiasc madrosc i czyste widzenie swiata, ale zbyt szybko ignorujemy podstawowe etapy tego procesu — własciwe ułozenie ciała, które umozliwia ich urzeczywistnienie. Zbyt łatwo przekreslamy nasze ciało i nie chcemy miec z nim nic wspólnego.
Aby jednak nasz mózg i narzady zmysłów — mysli i wrazenia — mogły nam słuzyc własciwie, owa siedziba naszej energii zyciowej musi byc dokładnie zrównowazona i zesrodkowana.
Poniewaz własciwa pozycja ciała ma tak zasadnicze znaczenie, musimy rozpoczac od opisu, w jaki sposób siedzi sie w zazen. Kiedy juz siedzimy na ziemi ze skrzyzowanymi nogami, rozpoczynamy od usztywnienia odcinka ledzwiowego kregosłupa. Jest to bardzo wazne. Ledzwi nie nalezy zaokraglac, wypychajac je na zewnatrz. Kiedy odcinek ledzwiowy jest usztywniony, głowa — która moze byc bardzo duzym obciazeniem dla barków — uzyskuje mocne podparcie.
Gdy ledzwie sa wygiete ku tyłowi, odczuwamy ciezar głowy, natomiast gdy sa usztywnione, rozkłada sie on własciwie i łatwo go zneutralizowac. Oczy kierujemy w dół, nie zamykajac ich. Moze sie wydawac, ze łatwiej sie skoncentrowac z zamknietymi powiekami, ale w rzeczywistosci zamkniecie oczu powoduje sennosc i sprzyja powstawaniu niepotrzebnych mysli.
Opuszczajac wzrok, musimy uwazac, by nie obnizac podbródka i trzymac głowe pionowo, w dobrze wywazonej pozycji. Wazne jest równiez, by całkowicie rozluznic tułów.
Aby móc sie rozluznic, musimy usiasc tak, by ciezar ciała mocno spoczywał na jego dolnej czesci. Najprosciej utrzymac dobrze wywazona pozycje, siedzac w pełnym lotosie lub półlotosie, jakkolwiek siedzenie ze skrzyzowanymi nogami nie jest jedyna mozliwa pozycja.
Siedzenie w ten sposób bardzo ułatwia utrzymywanie równowagi, ale własciwe zrównowazenie ciała i utrzymywanie srodka ciezkosci w dolnej jego czesci jest mozliwe równiez w pozycji stojacej czy kiedy sie siedzi na krzesle. Osoby, którym ciezko medytowac w zazen w pozycji siedzacej czy stojacej, moga praktykowac nawet lezac. Kładac sie na podłodze czy łózku, nalezy ułozyc stopy na szerokosci barków, a dłonie połozyc swobodnie obok bioder. Siedzac na krzesle,  nogi powinno sie trzymac nieco rozchylone. Nie nalezy sie o nic opierac, lecz utrzymywac prosty kregosłup, wspierajac ciezar tułowia raczej na centrum ciała niz na siedzeniu.

Chociaz siedzenie w pełnym lotosie nie jest konieczne, jest to najlepszy sposób utrzymywania stabilnej pozycji przez wiele godzin. Japonskie słowo okreslajace to ułozenie ciała mozna dosłownie przetłumaczyc jako „pozycje, w której podeszwy stóp skierowane sa ku górze i emanuja energie ki ”. Tak wiec, by móc siedziec przez długi czas w zrównowazonej pozycji, powinno sie umiescic na udach raczej obie stopy niz tylko jedna.
Normalnie stopami dotykamy ziemi. Kiedy siedzimy na krzesle lub kiedy spacerujemy, nasze stopy sa skierowane ku dołowi. Abysmy jednak mogli doswiadczyc uczucia przepełnienia całym wszechswiatem, nalezy od czasu do czasu kierowac stopy ku górze.

[...]
Po omówieniu własciwej pozycji ciała mozemy skoncentrowac sie na oddychaniu. Oczywista sprawa, ze oddychamy przez cały czas. Gdybysmy przestali oddychac nawet na kilka minut, umarlibysmy.
W zazen jednak nasz oddech musi byc otwarty, szeroki i swobodny. Staramy sie wydłuzac wydechy, nie chcemy jednak powodowac tym samym jakiegokolwiek napiecia przepony i zamkniecia oddechu w górnej połowie ciała.

Pomaga w tym ubieranie sie do zazen w luzny strój, który w zaden sposób nie przeszkadza w oddychaniu i nie krepuje krazenia krwi. Jak jednak oddychac, zeby oddech był nie tylko długi, lecz do tego jeszcze szeroki i głeboki? Nalezy rozluznic wszystko, otwierajac przepone, otwierajac klatke piersiowa i szyje, oddychajac tak, jakby sie było niczym „wielka pusta rura” — elastyczna i całkowicie otwarta z obu konców.

Oczywiscie w rzeczywistosci nie oddychamy poprzez wymienione wyzej czesci ciała, wielkie znaczenie ma tu jednak owo poczucie otwarcia, które towarzyszy oddychaniu.
Kiedy wydychasz, wydychaj do konca, az spłaszczy sie brzuch. Na poczatku, chcac lepiej wyczuc wydech, mozesz kłasc dłon na brzuchu, ale nie jest to konieczne, gdyz bedzie sie spłaszczał samoistnie przy maksymalnym wydechu.
W ostatniej fazie wydechu, na samym jego koncu, dwa razy delikatnie „przycisnij”. Nie jest to wymuszanie wydechu, lecz własnie delikatne „przycisniecie”, majace na celu wypchniecie resztek powietrza z płuc. Po takim całkowitym wydechu nie trzeba pamietac o wdechu; ciało naturalna koleja rzeczy upomni sie o powietrze i tak tez wdech pojawi sie samoistnie.
Oddychajac w ten sposób, łaczymy powietrze na zewnatrz ciała z powietrzem wewnatrz ciała — jest to jedno i to samo powietrze, my zas jedynie poruszamy nim, wymieniajac jedno na drugie, łaczac je ze soba. Nabierajac wprawy w takim oddychaniu, przestaniemy sie ograniczac jedynie do mentalnego postrzegania faktu wymiany powietrza pomiedzy zewnetrzem i wnetrzem naszego ciała.
Bedziemy bezposrednio odczuwac, jak z kazda chwila wpływa w nas zycie, jak poprzez nas „sie oddycha”. Wówczas to własnie nasze ciało jest prawdziwie „wielka pusta rura”. [...]

Lepiej jest oddychac przez nos, gdyz to jama nosowa jest przystosowana do nawilzania powietrza i filtrowania zawartych w nim zanieczyszczen; taka jest funkcja nosa. Tak wiec wdychaj powietrze przez nos. Jezeli nauczymy sie pozwalac na naturalne wyczerpanie sie powietrza i pełen wydech, nie bedziemy musieli go w ogóle forsowac.
A poniewaz bedziemy niczym wielka pusta rura, kiedy wydech dojdzie do samego konca i brzuch nam sie zupełnie spłaszczy, wdech pojawi sie w sposób naturalny.
Po opanowaniu tego rodzaju oddychania cały cykl, na który składa sie swobodny, naturalny i pełen wydech oraz naturalny wdech, powinien trwac około jednej minuty. Nie nalezy zaprzatac sobie głowy tak skomplikowanymi myslami jak: „A teraz usiade w zazen.” Po prostu pozwól na pełen wydech, a potem na pełen wdech. Otwórz nos. Otwórz gardło. Otwórz klatke piersiowa. Otwórz sie na poczucie pustki i badz niczym wielka rura. Kiedy sam spróbujesz, bedziesz wiedział, o jakie uczucie mi chodzi. [...]

Kiedy poznamy to poczucie zesrodkowania w dolnej połówce ciała, poznamy, co tak naprawde znaczy głebokie poczucie zakorzenienia, bycia tam, gdzie byc powinnismy, czy wrecz poczucia, ze ogarniamy soba cały swiat. Jest to bardzo silne uczucie, z którego wypływa głeboki spokój. Kiedy odczujemy owo pełne naprezenie w naszym tanden, w tej czesci naszego ciała, poprzez która oddychamy, poznamy tez, co znaczy ogarniac soba cały swiat, co znaczy uzyskac ów cichy stan umysłu, w którym niczego nam nie brak i w którym potrafimy zjednoczyc sie ze wszystkimi ludzmi i wszystko im wybaczyc.

Poznajemy ów stan nie dlatego, ze myslimy o tym, by kierowac sie w zyciu współczuciem, ale dlatego, ze kiedy jestesmy stabilni i zesrodkowani, wyrazamy sie poprzez głebokie współczucie w sposób naturalny.
Kiedy stajemy sie mocni, pełni i naprezeni w naszym tanden, poznajemy stan jasnosci umysłu, który pozwala nam postrzegac rzeczywistosc bezposrednio i przyjmowac wszystko, co sie zdarza, takim jakie jest. Kiedy jestesmy zesrodkowani, potrafimy dostrzec, co trzeba zrobic, i potrafimy to zrobic. Nie jest to jednak tak, jakbysmy patrzyli w lustro, dostrzegajac w nim odbicie rzeczywistosci — widzimy wszystko bezposrednio. W kazdej sytuacji potrafimy zareagowac własciwie, wiedzac, jak najlepiej znalezc sie w danej chwili czy odniesc sie do danej osoby. [...]
Kiedy jestesmy stabilni i zesrodkowani, potrafimy doskonale wykonywac swoja prace i wykorzystywac najrózniejsze narzedzia, choc niegdys wcale nie powiedzielibysmy, ze moglibysmy to potrafic. Kiedy jestesmy zesrodkowani, potrafimy jasno i wyraznie zobaczyc, jak najlepiej wykonac dane zadanie, po czym tak własnie je wykonac, wykraczajac daleko poza nasze dotychczasowe rozumienie. Jakosc naszej pracy wzrasta niepomiernie, my zas zyskujemy niespotykana wczesniej jasnosc umysłu. [...]

Ów stan umysłu pojawia sie wraz z miekkim, płynnym oddechem, kiedy rozluzniamy sie i przyjmujemy wszystko z taka własnie swoboda i miekkoscia. Wraz z przesuwaniem sie twojego centrum w dół i uwalnianiem sie umysłu od kolejnych blokad zaczna pojawiac sie rózne mysli. Nie ma potrzeby ich odganiania; skupiajac sie na liczeniu oddechów, łatwiej utrzymasz koncentracje i nie bedziesz sie rozpraszał.
Z kazdym oddechem przechodz do kolejnej liczby, rozpoczynajac od jednego, liczac do dziesieciu, a nastepnie znów od jednego. W koncu liczby stana sie czescia strumienia oddechu i nie bedziesz juz musiał liczyc. Z poczatku jednak skupianie sie na liczeniu pozwoli ci kierowac nagromadzona energie i uwage na oddychanie i utrzymywanie tego stanu jasnego umysłu. Koncentrujac sie na kazdej liczbie, rób pełny wydech, pozbywajac sie całego powietrza z płuc, po czym naturalnie nabierz znów powietrza.
Koncentruj sie na liczeniu, nie robiac zadnych przerw pomiedzy kolejnymi liczbami, gdyz moga sie w nich spontanicznie pojawic mysli.

Utrzymujac te koncentracje, po jakims czasie stwierdzisz, ze twój umysł sie wyciszył i wykazuje mniejsza potrzebe chwytania sie czegokolwiek w swiecie zewnetrznym.
Ale tez liczyc oddechów nie wolno mechanicznie czy automatycznie. Nalezy to robic tak, zeby bez reszty skupiac sie na kazdym kolejnym oddechu i na kazdej liczbie, robiac kazdy oddech z najwieksza uwaga.

Bardzo wielu ludzi medytuje z takim czy innym wyobrazeniem wyciszenia.
Nie przyniesie im to absolutnie zadnej korzysci. Sa tez tacy, którym przychodzi do głowy jakas sztywna, scisle okreslona koncepcja pustki, według której potem medytuja.
To nie ma sensu.
I jezeli skupiamy sie na tych rozlicznych myslach, które jedna za druga, nieustannie tłocza sie w naszym umysle, albo na obrazach z przeszłosci lub wyobrazeniach przyszłosci, czy wreszcie na tym, co sie akurat wydarza — to równiez nie jest zazen. Poniewaz z natury jestesmy wyciszeni, jezeli wyobrazimy sobie, co to znaczy byc wyciszonym, juz przykrywamy nasze pierwotne wyciszenie zbedna warstwa wyobrazenia — i to nie jest wyciszenie.

Miec „nieporuszony umysł” nie oznacza, ze zyje sie w stanie umysłu, który sie nigdy nie zmienia. Umysł „nieporuszony” czy „nie poruszajacy sie” nie jest umysłem zastałym ani nieporuszonym niczym skała czy drzewo.

Umysł nieporuszony to raczej taki umysł, który nie jest do niczego przywiazany, który nie zatrzymuje sie w zadnym konkretnym miejscu.
Umysł taki jest zawsze w ruchu, poniewaz nic go zatrzymuje ani nie blokuje. To własnie oznacza miec „nie poruszajacy sie” umysł. Słyszac to, myslimy sobie: „Alez to niemozliwe! Jakzez mozna osiagnac cos tak trudnego — stan umysłu, którego nic nigdy nie powstrzymuje, który nigdy sie przy niczym nie zatrzymuje”. W rzeczywistosci jest to bardzo proste i oczywiste.

Wszyscy myslimy, jak trudno byc umysłem, który przy niczym sie nie zatrzymuje, który jest zawsze w ruchu i nigdy nie bedzie do niczego przywiazany ani przez nic blokowany. Jezeli jednak przyjrzymy sie temu dokładnie, stwierdzimy sami, ze nawet niemowle to potrafi.
W umysle niemowlecia nie ma poczucia niepewnosci ani obawy przed tym, ze ktos moze je zabic albo ze moze wydarzyc sie cos bardzo złego.
W umysle niemowlecia nie ma zadnej zbednej warstwy oczekiwan, która przykrywałaby to, co jest własnie postrzegane.

Nie stawiam tu znaku równosci pomiedzy niemowleciem i mistrzem kendo i nie mówie, ze niemowle jest mistrzem zycia. Ale cóz takiego pozwala małemu dziecku postrzegac wszystko bezposrednio? Cóz takiego sprawia, ze nie potrafimy zyc w takim własnie stanie umysłu?
Nie dzieje sie tak dlatego, ze z upływem lat zmienilismy sobie umysł badz uzyskalismy inny — to nie jest mozliwe. Wszystkim nam jest dany ów umysł małego dziecka, umysł niemowlecia, jednak nagromadzilismy w nim tyle rzeczy, ze nie mamy juz kontaktu z owym stanem umysłu niemowlecia.
Napchalismy sie koncepcjami, narosły w nas kolejne warstwy warunkowania, zgromadzilismy rózne doswiadczenia oraz racjonalne osady na ich temat. Aby poznac nasz pierwotny umysł, musimy całkowicie oczyscic sie z tego wszystkiego, co wytwarza w naszym umysle tyle hałasu.

Rinzai Zenji, wielki mistrz zen, który zył w Chinach w dziewiatym stuleciu, opisuje nasz umysł jako twarz niemowlecia okalana siwymi włosami długimi na kilometr. Tak Rinzai przedstawia osobe, która potrafi wyrazic niewinnosc i czystosc umysłu niemowlecia, lecz jednoczesnie ma głebokie doswiadczenie zycia w społeczenstwie — jest to ktos, kto choc umie postrzegac rzeczywistosc bezposrednio, ma tez swoje zobowiazania, kto przezył juz w zyciu wystarczajaco duzo, by zdawac sobie sprawe z tego, ze przyjecie na siebie odpowiedzialnosci jest czyms koniecznym.

Tu chodzi o to, zeby oddawac sie temu, co sie robi, całkowicie i bez reszty, zanurzajac sie w tym, rzucajac sie w to całym soba i dajac z siebie wszystko, co mamy. Nie odwołujemy sie wówczas do naszego racjonalnego, porcjujacego myslenia — nie myslimy o tym, co dobre a co złe, nie myslimy o zysku ani stracie i nie wyodrebniamy z siebie zadnego „ja” i drugiego człowieka — tak własnie działamy zgodnie z twórcza i pomysłowa zasada kufu, tak własnie, całym sercem i dusza, oddajemy sie medytacji w zazen.

Buddysci czesto mówia, ze wszyscy jestesmy obdarzeni wielkim, okragłym, jasnym, lustrzanym umysłem. Mamy umysł, który odbija wszystko, ale nie znaczy to, ze nosimy gdzies w sobie jakies lustro.

Chodzi o stan umysłu, w którym wszyscy trwamy od samego poczatku. Najgłebsza natura tego wielkiego, jasnego, lustrzanego umysłu jest taka sama, jak najgłebsza natura nowo narodzonego dziecka — wszystko odbijane jest dokładnie takim, jakie jest, na takiej samej zasadzie, jak lustro odzwierciedla wszystko, co sie w nim pojawia, dokładnie takim, jakie jest, nie dodajac do tego zadnego osadu, zadnej koncepcji ani zadnej opinii na temat odzwierciedlanego obrazu.

Kiedy zaczynamy poznawac dalsze podziały, pojawiaja sie w naszej głowie coraz to nowe mysli, ale stan umysłu małego dziecka to własnie ów jasny, lustrzany umysł.

Ten wieczny hałas w naszym umysle, na który nie mozemy nic poradzic, podnosi sie z kazda kolejna nasza mysla. Ale mamy równiez ów umysł małego dziecka, który niczym lustro odzwierciedla wszystko bez dodawania do tego jakichkolwiek mysli czy osadów. Umysł ten nie ma pojecia o tym, czy cos jest dobre czy złe. Ukazuje wszystko, co staje przed nim, dokładnie takim, jakie jest. I wszystko, co zostaje w tym lustrze odbite, zostaje odbite jednakowo.

Nie odbija ono jednej rzeczy tak, a drugiej inaczej, myslac, ze pierwsza jest dobra, druga zas zła. Nie pojawia sie w tym miejscu zaden osad — nie pojawia sie koncepcja o postrzeganiu czegos w specyficzny sposób: po prostu wszystko jest odzwierciedlane dokładnie takim, jakie jest.

Medytujac w zazen, nie staramy sie pojac owego wielkiego stanu umysłu lustra — próbujemy sie nim stac, nie starajac sie przedtem racjonalnie go okreslic.
Nie próbujemy dodawac do tego, co juz jest, jakiegokolwiek o tym wyobrazenia. Doswiadczajac tego stanu jasnego umysłu, rozumiemy, ze wszelkie nasze mysli na ten temat, wszelkie cudowne wyobrazenia, wszystkie chwile przyjemnosci, których w zyciu zaznalismy, myslac o tym stanie — wszystkie one sa po prostu ulotnymi cieniami, które przepływaja przed tym wielkim, jasnym lustrem.

To lustro własnie, które jedynie odzwierciedla wszystko takim, jakie jest, jest naszym pierwotnym umysłem.

Kiedy bedziemy umieli juz bezposrednio doswiadczac tego stanu umysłu i poznamy stan swiadomosci, który z niego wypływa, nie bedziemy juz mogli wyobrazic sobie czy tez udawac, ze wszystko, czego tak kurczowo sie trzymalismy, wszelkie nasze wyobrazenia najrózniejszych spraw sa czyms wiecej niz tylko ulotnymi cieniami przepływajacymi przed lustrem naszej swiadomosci.

Uswiadomimy sobie wówczas, ze wszystko, czego doswiadczamy, wszystkie rzeczy, których sie trzymamy i które generalnie uznajemy za tworzywo naszego zycia — bez wzgledu na to, jak realne nam sie teraz wydaja — sa w obrazie owego wielkiego, jasnego lustra zaledwie krótkotrwałymi mirazami. Kiedy to dostrzezemy, kiedy uswiadomimy sobie przemijalnosc tego wszystkiego, zrozumiemy próznosc przywiazywania sie do nich. W obliczu wielkiego, jasnego lustra kazda rzecz z osobna i wszystkie razem wziete sa niczym innym jak tylko ulotnym cieniem.
Kiedy urzeczywistnimy ów stan umysłu lustra i bedziemy postrzegac wszystko jasno i bezposrednio, dokładnie takim, jakie jest, bedziemy potrafili w sposób naturalny reagowac na wszystko, co sie naszym oczom ukaze, bez pokrywania obrazu zbedna warstwy opinii, wyobrazen czy osadów. Kiedy w lustrze cos odbija sie bezposrednio, stosownie reagujemy na to odpowiednim ruchem czy zachowaniem, nie opatrujac go jakakolwiek mysla w rodzaju: „jak mam sie do tego zabrac?” albo „jak najlepiej to zrobic?” czy tez „które rozwiazanie sprawdzi sie najlepiej w praktyce?”
Nie reagujemy na rzeczywistosc w taki sposób, lecz raczej od razu, gdy w lustrze pojawia sie obraz, podejmujemy naturalne i spontaniczne, najbardziej stosowne do okolicznosci działanie.

Kiedy reagujemy spontanicznie na to, co nas spotyka, nie zastanawiamy sie juz nad tym, jak dobrze nam poszło, i nie oceniamy juz kazdej czynnosci i nie myslimy, ze zrobilismy cos wyjatkowego.
Kiedy nasze działania wypływaja z takiej własnie jasnosci umysłu, w spontanicznej reakcji na kazde zdarzenie, nie zastanawiamy sie juz bez przerwy nad naszym małym ja i nad tym, jak wypadło w takiej czy innej sytuacji. Czy chwala nas, czy tez obrazaja — nawet jezeli sie z nas wysmiewaja — na tym sie sprawa konczy. Co było,  mineło. To jest własnie nasz pierwotny i naturalny stan umysłu.

Kiedy nie trzymamy sie kurczowo ustalonych wyobrazen, mozemy zachowywac sie i reagowac w sposób naturalny i nieskrepowany. Wszyscy myslimy: „Na pewno tego nie potrafie, to za trudne, to nieosiagalne. Nie dam rady.”
Ale nawet ta mysl, ze nie damy rady, jest ulotnym cieniem; samo poczucie, ze jest to dla mnie czyms nieosiagalnym, jest niczym wiecej jak tylko ulotnym cieniem.
Dlatego tez to wszystko, co powiedziałem o własciwej pozycji ciała w medytacji zazen i o odpowiednim sposobie oddychania, nie moze byc zrozumiane pojeciowo. Tego trzeba doswiadczyc.

Nie da sie tak po prostu wysłuchac czy przeczytac opisu medytacji w zazen i powiedziec sobie: „Rozumiem, jak to jest.” Kazdy z nas musi doswiadczyc tego samemu.

Sama swiadomosc posiadania ciała i oddechu nie wystarczy. Musimy je wykorzystac. Musimy tchnac w nie zycie. Kiedy poznamy, ze nie jestesmy ograniczeni do naszego małego ja, którym jest to ciało, nie jestesmy ograniczeni do naszego małego ja, którym jest ten oddech, lecz ze sa one poteznymi, wszechogarniajacymi stanami umysłu, z których poczeło sie nasze zycie — wówczas, przyjmujac odpowiednia postawe i oddychajac we własciwy sposób, nie bedziemy blokowani przez ciasne koncepcje naszego małego rozumku.

Błahostki przestana nas irytowac i blokowac.
Kiedy mamy swiadomosc, ze wszystkie rzeczy są li tylko ulotnymi cieniami, pozwalamy im przemijac.

To jest nasz pierwotny stan umysłu. Wszyscy mozemy go poznac i w nim zyc. Nie chciałbym, zeby to, co powiedziałem, w jakikolwiek sposób zakłócało twoja medytacje w zazen. Byc moze jednak — jezeli nie czujesz w medytacji swiezosci i pobudzenia — niektóre moje słowa w czyms ci pomoga.

Roshi Shodo Harada – Czym jest zazen

Powiązane

ABC medytacji

Czym jest medytacja?

Ćwiczenia uwalniające energię

Medytacja chodząca

Ogrody Zen

Wodospad i chwasty – czyli odrobina filozofii Zen

Uzdrowicielka cz II

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , ,

uzdrowicielka
Stosowaną przez siebie metodę nazywam nakładaniem rąk, leczeniem wiarą albo leczeniem duchowym. Nie jest to proces w żadnym stopniu tajemniczy, przeciwnie — bardzo przejrzysty, choć często mocno skomplikowany. Wymaga zrównoważenia istniejącego wokół każdego z nas pola energii, które nazywam biopolem lub Polem Energetycznym Człowieka. Każdy z nas posiada pole energetyczne, czyli aurę, która otacza i przenika nasze ciało fizyczne. Ta energia jest nierozerwalnie związana ze zdrowiem. Postrzeganie ponadzmyslowe jest sposobem odbierania rzeczywistości istniejącej poza zasięgiem normalnych ludzkich zmysłów.

Posługując się nim, można widzieć, słyszeć, czuć i dotykać rzeczy, które normalnie pozostałyby nie zauważone. Postrzeganie ponadzmyslowe jest rodzajem widzenia, podczas którego tworzy się obraz wewnątrz umysłu — bez użycia normalnego zmysłu wzroku. Nie jest to wyobraźnia. Nazywa się to czasami jasnowidzeniem. Postrzeganie ponadzmyslowe ujawnia istnienie dynamicznego świata płynnych, współzależnych pól energii wokół i wewnątrz wszystkich przedmiotów materialnych, minerałów, roślin, zwierząt i człowieka. Przez większość mego życia prowadziłam taniec z żywym oceanem energii, w którym egzystujemy. Dzięki temu tańcowi odkryłam, że energia ta wspiera nas, karmi, daje nam życie. Używając jej, wyczuwamy jedni drugich; jesteśmy nią; ona jest nami.

Pacjenci i uczniowie pytają mnie, kiedy po raz pierwszy ujrzałam pole energii wokół ludzi. Kiedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że można je wykorzystywać? Czy jest to moja wyjątkowa cecha, czy też każdy może się tego nauczyć? Jeśli to drugie, to co mogą zrobić, żeby poszerzyć granice swojej percepcji i jakie znaczenie będzie to miało dla ich życia? Chcąc wyczerpująco odpowiedzieć na te pytania, muszę wrócić do samego początku.

Moje dzieciństwo było bardzo proste.
Wychowywałam się na farmie w Wisconsin. Ponieważ w okolicy nie było zbyt wiele dzieci, spędzałam dużo czasu sama. Godzinami przebywałam w lesie, siedząc kompletnie nieruchomo i czekając, aż zbliżą się do mnie małe zwierzęta. Dopiero dużo później zaczęłam rozumieć znaczenie tych okresów oczekiwania i ciszy. Wchodziłam wówczas w odmienny stan świadomości, który pozwalał mi na dostrzeganie rzeczy poza normalnym zasięgiem ludzkiego doświadczenia.
Pamiętam, że bez patrzenia wiedziałam, gdzie znajduje się każde małe zwierzę. Potrafiłam wyczuć stan, w jakim się znajduje. Kiedy ćwiczyłam chodzenie po lesie z zawiązanymi oczami, wyczuwałam drzewa na długo przed dotknięciem ich rękami. Zdawałam sobie sprawę, że drzewa są większe, niż wydaje się to oczom. Otacza je żywe pole energii i ja wyczuwałam to pole.
Później nauczyłam się widzieć pola drzew i małych zwierząt. Odkryłam, że wszystko ma wokół siebie pole energii przypominające wyglądem płomień świecy.
Zaczęłam też rozumieć, że pola te łączą wszystkie rzeczy ze sobą, że nie istnieje przestrzeń pozbawiona pola energii.
Wszystko, nie wyłączając mnie, żyło w oceanie energii.
Nie było to dla mnie ekscytujące odkrycie, lecz po prostu doświadczenie, tak naturalne, jak podglądanie wiewiórki jedzącej orzeszek na gałęzi drzewa.
Nigdy nie formułowałam na podstawie tych doświadczeń żadnych ogólnych teorii na temat funkcjonowania świata. Przyjęłam je za coś całkowicie naturalnego, uznałam, że wszyscy o nich wiedzą… i w końcu o nich zapomniałam.

Kiedy dorosłam, przestałam chodzić do lasu. Zaczęło mnie ciekawić, jak wszystko działa i dlaczego rzeczy są takie, jakimi są. Kwestionowałam wszystko, by znaleźć porządek i zrozumieć zasadę, na jakiej opiera się świat.
Poszłam na studia, ukończyłam wydział fizyki i przez następnych kilka lat pracowałam dla NASA.
Później uzyskałam odpowiednie przeszkolenie i zajęłam się udzielaniem porad psychologicznych.

Dopiero po kilku latach, kiedy zaczęłam dostrzegać kolory wokół głów ludzi, przypomniałam sobie swoje doświadczenia z dzieciństwa. Zrozumiałam, że doświadczenia te były początkiem mojego postrzegania ponadzmyslowego albo jasnowidzenia. Te wspaniałe, sekretne dziecięce doświadczenia doprowadziły mnie w końcu do diagnozowania i leczenia ciężko chorych ludzi.

Spoglądając wstecz, widzę drogę rozwoju moich zdolności. Jest tak, jakby moim życiem kierowała jakaś niewidzialna ręka, prowadząca mnie krok po kroku przez kolejne klasy szkoły — szkoły życia.
Doświadczenia w lesie pomogły rozwinąć się moim zmysłom. Potem dzięki nauce na uniwersytecie wykształciłam w sobie logiczne myślenie. Lata spędzone w poradni psychologicznej sprawiły, że moje oczy i serce otworzyły się na problemy bliźnich.
Wreszcie nauki duchowe, jakie odebrałam (o których później), na tyle uwiarygodniły moje doświadczenia, że mogłam uznać je za „realne”. Zaczęłam wtedy tworzyć konstrukcję myślową umożliwiającą mi ich zrozumienie. Postrzeganie ponadzmysłowe i Pole Energetyczne Człowieka stawały się stopniowo częścią mojego życia.

Szczerze wierzę, że mogą się one stać częścią życia każdego. W celu rozwinięcia postrzegania ponadzmysłowego należy wejść w stan nadświadomości. Jest wiele dróg wiodących do tego celu.
Najbardziej znaną stała się ostatnio medytacja.
Można ją praktykować na różne sposoby; ważne jest, by znaleźć ten, który najlepiej wam odpowiada. W dalszej części książki zaproponuję kilka ćwiczeń medytacyjnych, z których będziecie mogli skorzystać.
Odkryłam również, że można wejść w stan poszerzonej świadomości ćwicząc jogging, spacerując, łowiąc ryby, siedząc na piaszczystej wyspie i obserwując fale albo chowając się w lesie, tak jak ja w dzieciństwie.

Na czym polega cały proces, bez względu na to, czy nazwiemy go medytacją, zadumą czy czymkolwiek innym? Najważniejszą rzeczą jest danie sobie czasu na to, by wsłuchać się w siebie — wyciszyć hałaśliwy umysł, który bez przerwy mówi o tym, co powinieneś zrobić, jak mogłeś zwyciężyć w tamtej dyskusji, co powinieneś był zrobić, co jest z tobą nie tak etc.
Kiedy wyłączysz tę ustawiczną paplaninę, otworzy się przed tobą nowy, wspaniale harmonijny świat. Zaczniesz zlewać się ze swoim otoczeniem, łączyć z nim,  tak jak ja robiłam to w lesie. W tym czasie nie tracisz wcale swojej indywidualności, przeciwnie, zostaje ona wzbogacona i poszerzona.

Proces zlewania się z otoczeniem jest innym sposobem opisania doświadczenia poszerzonej świadomości.

Rozważmy przykład świecy i jej płomienia. Normalnie identyfikujemy siebie jako ciało (wosk i knot) obdarzone świadomością (płomień). Kiedy wchodzimy w stan poszerzonej świadomości, postrzegamy siebie również jako światło emanujące z płomienia. Gdzie kończy się płomień, a zaczyna światło? Wydaje się, że granica istnieje, ale czy potrafimy ją określić, kiedy przyglądamy się dokładniej? Płomień jest całkowicie przeniknięty przez światło.
Czy światło w pomieszczeniu, nie pochodzące ze świecy (oceanu energii), również przenika płomień? Tak. Gdzie zaczyna się światło w pokoju, a kończy światło świecy? Według fizyki nie ma granicy dla światła świecy, biegnie ono w nieskończoność.

Gdzie zatem jest nasza ostateczna granica?

Doświadczenie postrzegania ponadzmyslowego, płynące ze stanu poszerzonej świadomości, mówi mi, że nie ma takiej granicy.
Im bardziej poszerzam swoją świadomość, tym bardziej rozwija się moje postrzeganie ponadzmyslowe i tym lepiej potrafię dostrzec rzeczywistość, która dotąd była poza zasięgiem moich zmysłów.

Wraz z rozwojem PP moje widzenie stawało się coraz wyraźniejsze. Z początku widziałam tylko bardziej intensywne pola energii wokół osób, promieniujące jedynie na około dwa centymetry od ciała fizycznego człowieka.
Kiedy moje umiejętności wzrosły, ujrzałam, że pole sięga jeszcze dalej od ciała fizycznego, ale zbudowane jest z delikatniejszej substancji — mniej intensywnego światła. Choć wiele razy wydawało mi się, że znalazłam granicę, zawsze później musiałam korygować tę opinię.

Gdzie znajduje się granica?

Uznałam, że słuszniej byłoby powiedzieć, iż istnieją tylko warstwy: warstwa płomienia, potem światło płomienia, a potem światło pokoju. Każdą kolejną linię trudniej dostrzec. Percepcja kolejnych warstw zewnętrznych wymaga coraz bardziej rozwiniętej świadomości i coraz lepiej wyćwiczonego PP.

Gdy twoja świadomość poszerza się, światło, które dotychczas odbierałeś jako przyćmione, staje się jaśniejsze i bardziej wyraźne. Rozwijając przez wiele lat postrzeganie ponadzmyslowe, gromadziłam obserwacje.
Większość z nich pochodziła z okresu pracy w poradni zdrowia psychicznego. Ze względu na moje fizyczne wykształcenie dość sceptycznie przyjęłam swoje postrzeganie zjawisk energetycznych wokół ludzkich ciał. Ponieważ jednak zjawiska te nie znikały, nawet kiedy zamykałam oczy albo zmieniałam położenie, uznałam, że należy zbadać je uważniej. I taki był początek mojej osobistej drogi mającej zaprowadzić mnie ku światom, o których istnieniu nie miałam dotąd pojęcia, drogi, która całkowicie zmieniła sposób, w jaki postrzegam rzeczywistość, ludzi, wszechświat i mój z nim związek.

Zrozumiałam, że pole energii jest nierozerwalnie złączone ze zdrowiem i samopoczuciem danego człowieka.
O tym, że ktoś jest chory, świadczy powstanie w jego polu zaburzeń w przepływie energii i pojawienie się nieruchomej energii, która przestała płynąć i przybrała ciemną barwę.
Dla odmiany człowiek zdrowy charakteryzuje się jasnymi kolorami, które krążą bez kłopotów w zrównoważonym polu. Dla każdej choroby istnieją ściśle określone kolory i powstające z nich formy myślowe (myślokształty).
Postrzeganie ponadzmyslowe oddaje wielkie usługi w medycynie i doradztwie psychologicznym. Używając PP uzyskałam doskonałe rezultaty w diagnozowaniu problemów fizycznych i psychicznych oraz w znajdowaniu sposobów ich rozwiązywania.
Kiedy używa się PP, mechanizm choroby psychosomatycznej pojawia się wprost przed twoimi oczami. PP ukazuje, że większość zaburzeń powstaje w biopolu człowieka, a potem, wraz z upływem czasu i poprzez przyzwyczajenia życiowe, przenosi się do ciała fizycznego, zamieniając się w prawdziwe choroby.
Wiele razy źródło albo pierwotna przyczyna tego procesu wiąże się z urazem fizycznym, zaburzeniem psychicznym lub kombinacją tych dwu czynników. Ponieważ PP pokazuje, w jaki sposób choroba została zapoczątkowana, uczy nas również, jak odwrócić proces chorobowy.

A. Brennan, Dłonie pełne światła

Ten artykuł jest drugą cześcia artykułu :  Uzdrowicielka I

Zobacz też
Uzdrowienie cierpienia z przeszłości

Biografia staje się biologią. Jak być zdrowym? Krótki poradnik.

Ulecz swoje ciało !

Filozofia zdrowia

Tajemnica Twego ciała

Uzdrowicielka cz. I

Tagi

, , , , , , , , , ,

dlonie

Podczas swej wieloletniej praktyki uzdrowicielskiej miałam okazję poznać wielu wspaniałych ludzi. Oto kilkoro z nich i ich historie, dzięki którym nasza praca nabiera sensu.
Moją pierwszą pacjentką była w październiku 1984 roku dwudziestokilkuletnia kobieta imieniem Jenny. Jenny jest pełną życia nauczycielką, mającą jakieś 165 cm wzrostu, o ciemnobłękitnych oczach i ciemnych włosach. Jej przyjaciele nazywają ją lawendową damą, ponieważ kocha lawendę i ubiera się na lawendowe Oprócz pracy zawodowej prowadzi firmę kwiaciarską i przygotowuje piękne kompozycje na śluby i inne świąteczne okazje. Kiedy ją poznałam, Jenny była od kilku lat żoną dobrze zarabiającego specjalisty w dziedzinie reklamy. Kilka miesięcy wcześniej poroniła i teraz nie mogła ponownie zajść w ciążę. Kiedy udała się do swojego lekarza, żeby dowiedzieć się, jaka jest tego przyczyna, czekały ją kiepskie wiadomości. Po przeprowadzeniu wielu badań i uzyskaniu opinii kilku lekarzy uznano, że należy jak najszybciej przeprowadzić hysterektomię. W macicy, w miejscu gdzie uprzednio usadowione było łożysko, znaleziono uszkodzone komórki. Jenny była przestraszona i zdenerwowana. Oboje z mężem odkładali decyzję o powiększeniu rodziny do czasu, gdy będą lepiej sytuowani. Teraz wszystko stawało pod znakiem zapytania.
Przychodząc do mnie w sierpniu tamtego roku, Jenny nie powiedziała mi nic o swoich zdrowotnych problemach. Powiedziała tylko: „Potrzebuję twojej pomocy. Powiedz mi, co wi-dzisz w moim ciele. Muszę podjąć ważną decyzję”.
W czasie seansu leczniczego, posługując się postrzeganiem ponadzmysłowym, zbadałam jej biopole. Ujrzałam nieprawidłowe komórki w lewej dolnej części macicy. Jednocześnie ujrzałam okoliczności towarzyszące poronieniu. Chore komórki znajdowały się tam, gdzie kiedyś przyczepione było łożysko. Usłyszałam też dane na temat jej stanu i terapii, jaką należy zastosować. Dowiedziałam się, że Jenny powinna wziąć miesiąc wolnego, pojechać nad ocean, brać pewne witaminy, przestrzegać określonej diety i codziennie medytować, spędzając co najmniej dwie godziny w samotności. Po miesiącu samoleczenia miała wrócić do normalnego świata i ponownie poddać się badaniom, a kiedy leczenie dobiegnie końca, nie będzie potrzeby, by Jenny odwiedzała mnie ponownie. Podczas seansu odebrałam informacje na temat nastawienia psychicznego Jenny i tego, w jaki sposób wpływał on na jej zdrowie. Jenny obwiniała siebie za poronienie.
W efekcie żyła w wielkim stresie i uniemożliwiała swemu ciału wyleczenie się po utracie ciąży. Z tych informacji wynikało również (i była to dla mnie najtrudniejsza część), że Jenny nie powinna odwiedzać lekarzy przez następny miesiąc, ponieważ ciągłe badania i presja, by zgodziła się na usunięcie macicy, powiększają znacznie jej stres. Miała złamane serce, ponieważ tak bardzo pragnęła dziecka. Była nieco spokojniejsza, kiedy wyszła z mojego gabinetu; powiedziała, że pomyśli o wszystkim, co stało się podczas seansu.

W październiku, kiedy zjawiła się ponownie, uściskała mnie na powitanie i wręczyła mi słodki wierszyk z podziękowaniami. Wyniki badań były w normie. Cały sierpień spędziła opiekując się dziećmi przyjaciół na wyspie Fire. Przestrzegała diety, brała witaminy i sporo czasu poświęcała na praktykowanie samoleczenia. Postanowiła odczekać kilka miesięcy i spróbować ponownie zajść w ciążę. Rok później dowiedziałam się, że urodziła zdrowego chłopca.

Moim drugim klientem tamtego październikowego dnia był Howard, ojciec Mary, którą leczyłam jakiś czas wcześniej. Mary miała stan przednowotworowy, który ustąpił po mniej więcej sześciu seansach leczniczych. Od kilku lat jej stan utrzymuje się w normie. Mary, z zawodu pielęgniarka, jest założycielką i szefową organizacji prowadzącej szkolenia dla pielęgniarek i wyszukującej pracownice dla szpitali w okolicy Filadelfii. Mary zainteresowała się moją pracą i regularnie przysyła mi nowych klientów.
Howard odwiedzał mnie od kilku miesięcy. Wcześniej był urzędnikiem, ale przeszedł już na emeryturę. To wspaniały pacjent. Kiedy po raz pierwszy się u mnie zjawił, był szary na twarzy i cierpiał na ciągłe bóle serca. Nawet przejście na drugi koniec pokoju sprawiało mu trudności. Po pierwszym seansie jego twarz zarumieniła się, a ból ustąpił.

Po dwóch miesiącach leczenia Howard mógł ponownie tańczyć. Zastosowałyśmy z Mary nakładanie rąk przeplatane podawaniem mieszanek ziołowych przepisanych przez lekarza medycyny naturalnej, by oczyścić arterie Howarda. Kontynuowałam wzmacnianie i wyrównanie jego biopola. Poprawa stanu zdrowia Howarda była oczywista dla jego lekarzy i przyjaciół.

Innym pacjentem, którego przyjęłam tamtego dnia, był Ed. Pojawił się u mnie, ponieważ miał problemy z nadgarstkami.
Jego stawy ulegały coraz większemu osłabieniu. Odczuwał również bóle podczas orgazmów. Od jakiegoś czasu także jego kręgosłup słabł coraz bardziej, a teraz sytuacja pogorszyła się do tego stopnia, że Ed nie był już w stanie udźwignąć nawet kilku talerzy. Podczas pierwszego seansu leczniczego stan jego pola aurycznego „powiedział” mi, że Ed doznał kontuzji kości ogonowej, kiedy miał około 12 lat. W tamtym czasie Ed miał wielkie problemy z opanowaniem kipiących w nim seksualnych doznań okresu dojrzewania. Wypadek stłumił jego nadmierny popęd i ułatwił przejście przez ten trudny okres.
Jego kość ogonowa pozostała jednak zablokowana z lewej strony i odtąd stanowiła utrudnienie dla prawidłowego obiegu płynu mózgowo-rdzeniowego. To powodowało wielką nierównowagę i zaburzenia całego systemu energetycznego. Następnym etapem tego procesu było osłabienie dolnej, a potem środkowej i górnej części kręgosłupa. Za każdym razem gdy jakaś część ciała Eda ulegała osłabieniu na skutek braku przepływu energii, inna próbowała rekompensować to osłabienie.
Stawy Eda napinały się coraz bardziej, aż wreszcie poddały się i osłabły. Cały ten proces trwał lata.
Ed i ja przeprowadziliśmy skuteczne leczęnie podczas kilku miesięcy. Najpierw pracowaliśmy nad przepływem energii, by odblokować kość ogonową i skorygować jej położenie, a następnie zwiększyć i zrównoważyć przepływ energii w całym organizmie. Stopniowo Edowi wracały siły. Tamtego popołudnia do wyleczenia pozostał już tylko lekki niedowład lewego nadgarstka. Zanim się jednak nim zajęłam, ponów nie zrównoważyłam i wzmocniłam całe pole energetyczne pacjenta. Dopiero potem skierowałam leczniczą energię na osłabiony nadgarstek.

Ostatnia pacjentka owego dnia to Muriel, artystka i żona znanego chirurga. Była to jej trzecia wizyta u mnie. Trzy tygodnie wcześniej pojawiła się w moim gabinecie ze znacznie powiększoną tarczycą. Podczas pierwszej wizyty ponownie użyłam mego postrzegania po-nadzmysłowego, by uzyskać informacje na temat dolegliwości Muriel.
Widziałam, że powiększona tarczyca nie ma nic wspólnego z rakiem i po dwóch seansach leczniczych, w połączeniu z lekarstwami, które przepisali Muriel lekarze, nienormalny stan zniknie bez śladu. Widziałam, że nie będzie potrzebna żadna operacja. Muriel potwierdziła, że była już u kilku lekarzy, którzy przepisali jej leki na zmniejszenie tarczycy. Lekarze ci stwierdzili, że leki odniosą pewien skutek, ale i tak niezbędna będzie operacja, a ponadto istnieje obawa, że rozwinie się rak.
Termin operacji przypadał na tydzień po naszym drugim spotkaniu. Odbyłyśmy dwa seanse lecznicze w odstępie jednego tygodnia. Gdy Muriel znalazła się w szpitalu, lekarze ku swojemu zaskoczeniu stwierdzili, że operacja przestała już być potrzebna. Muriel odwiedziła mnie tego dnia, by upewnić się, że wszystko wróciło do normy. Wyszła kompletnie uspokojona.

Jak dochodzi do tych pozornie cudownych zdarzeń? Co robię, żeby pomóc moim pacjentom?

Zobacz część drugą :  Uzdrowicielka cz. II

Więcej w: Ann Brennan Dłonie pełne światła

Zobacz też
Uzdrowienie cierpienia z przeszłości

Biografia staje się biologią. Jak być zdrowym? Krótki poradnik.

Ulecz swoje ciało !

Filozofia zdrowia

Tajemnica Twego ciała

Zen w sztuce łucznictwa

Tagi

, , , , , , ,

zenlucznictwo
Jedną z najbardziej znamiennych cech łucznictwa uprawianego tak, jak uprawia je się w Japonii – co zresztą dotyczy uprawiania wszystkich dziedzin sztuki we wszystkich zapewne krajach Dalekiego Wschodu – jest to, że łucznik nie dąży do celów utylitarnych ani do czysto estetycznej satysfakcji. Celem jest tu, bowiem ćwiczenie umysłu, a mówiąc ściślej, nawiązanie kontaktu umysłowego z najwyższą rzeczywistością.
Łucznictwa nie uprawia się, zatem po to tylko, by trafić w tarcze; szermierz nie włada mieczem po to jedynie, aby pokonać przeciwnika; tancerz nie po to tańczy, aby wykonać pewną ilość rytmicznych ruchów. Umysł musi zestroić się pierwej z nieświadomością.

Chcąc naprawdę osiągnąć mistrzostwo w jakiejś sztuce, nie można poprzestać na znajomości techniki.

Należy wznieść się na poziom wobec techniki transcendentny, aby sztuka stała się „sztuką, w której niczego sztuką nie dokażesz”, wyrastającą wprost z nieświadomości.

I tak na przykład w łucznictwie zaciera się przeciwieństwo miedzy celem a tym, kto weń celuje, ponieważ cel i sam celujący stapiają się w jedną rzeczywistość. Łucznik traci świadomość samego siebie, przestaje być świadom tego, że jest kimś, kto ma trafić w środek tarczy, która przed nim stoi. Taki stan nieświadomości osiągnie on wtedy tylko, gdy będąc całkowicie pustym, wyzbytym własnego ja, stanie się jednym z doskonaleniem swej sprawności technicznej, Co prawda, wchodzą tu też w grę zjawiska z zupełnie innego poziomu, na który nie sposób wznieść się drogą jakichkolwiek stopniowych rozłożonych w czasie studiów nad sztuką łucznictwa.

Zen tym przede wszystkim rożni się od innych szkół religijnych, filozoficznych czy tez mistycznych, ze nie opuszczając ani na chwile sfery życia codziennego będąc tak praktycznym i konkretnym, ma jednak w sobie cos, co wynosi go ponad wszelkie plugastwo i niepokoje tego świata.
I tak dochodzimy do punktu, w którym pojawia się związek miedzy buddyzmem zen a łucznictwem, oraz takimi dziedzinami sztuki, jak szermierka, układanie bukietów, ceremoniał podawania herbaty, taniec czy sztuki piękne.

Baso (Ma-tsu, zmarły w roku 788) głosił, iż zen to „umysł, na co dzień”. „Codzienność” umysłu polega po prostu na tym, by „spać, gdyśmy zmęczeni, i jeść, kiedyśmy głodni Skoro tylko zaczniemy rozważać, rozmyślać i budować pojęcia, zatraca się pierwotna nieświadomość, wkrada się myśl, i już nie jemy jedząc ani spiąć nie śpimy Strzała opuszcza wprawdzie cięciwę, lecz nie frunie wprost ku tarczy, a samej tarczy tez nie ma tam, gdzie tarcza stoi Zaczynamy snuć rachuby, one zaś zawsze są biedne Całe to przedsięwzięcie, jakim jest łucznictwo, zbacza na manowce Panujący w umyśle łucznika zamęt w każdym kierunku, w każdej dziedzinie działalności zdradza swą obecność.

Człowiek to trzcina myśląca, lecz swych największych czynów dokonuje wtedy, gdy nie rachuje, nie myśli. Latami ćwicząc się w sztuce zapominania o sobie, należy odzyskać utraconą „dziecięcość Osiągnąwszy ten stan człowiek myśli, zarazem jednak nie myśląc. Myli tak, jak ulewy spadające z nieba, myśli tak, jak fale, które ocean toczy, myśli tak, jak gwiazdy, rozjaśniające nocą niebiosa, myśli tak, jak zielone liście, strzelające z gałązek w kojącym, wiosennym powiewie W istocie człowiek taki jest tymi ulewami, tym oceanem, tymi gwiazdami i liśćmi.

Osiągnąwszy taki etap duchowego rozwoju, człowiek staje się artystą życia na modłę zen Niepotrzebne mu płótno, pędzle ani farby, których używa malarz Niepotrzebne mu łuk, strzała, tarcza ani inne przedmioty, którymi posługuje się łucznik Ma on własne kończyny, tułów, głowę i inne części ciała – ważne narzędzia, przy pomocy, których przejawia się jego „życie na modłę zen” Jego ręce i nogi to pędzle, a cały wszechświat jest płótnem, na którym człowiek ten przez siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, albo i dziewięćdziesiąt łat odmalowuje swe życie Powstały w ten sposób obraz nosi miano „historii”.

Hoyen z Gosozen (zmarły w roku 1140) powiada „Oto człowiek, który pustkę przestrzeni przeistacza w kartkę papieru, fale oceanu w kałamarz, a gorę Sumeru w pędzel, i pisze tych pięć liter so-shi-sai-rai-i Przed takim człowiekiem rozpościeram moj zagu i składam niski pokłon”.
Ktoś może spyta „Co znaczy to fantastyczne stwierdzenie? Czemu kogoś, kto zdolny jest dokonać takiego wyczynu, darzy się najwyższym szacunkiem” Mistrz zen odrzekłby zapewne Jem, gdy jestem głodny, śpię, gdy jestem zmęczony” Mistrz, któremu bliska jest przyroda mógłby powiedzieć „Wczoraj było ładnie, a dziś pada” Mimo to czytelnik może nadal stać wobec nierozwiązanej zagadki „Gdzie ten łucznik?”

Pan Herrigel, filozof niemiecki, który po przyjeździe do Japonii zaczął ćwiczyć się w łucznictwie, aby zrozumieć zen, opowiada w tej przepięknej, książeczce o własnych przeżyciach Czytelnikowi, wychowanemu w kulturze zachodniej, relacja ta przybliży wschodni sposób odczuwania, który często wydawać się może dziwny, obcy i jakby niedostępny.

Daisetz T. Suzuki
Ipswich, Massachusetts
maj 1953

Powiązane

W sercu Mędrca

Miłość i mistrz

Potwór, strzała i jajko

Śpiew Ptaka

A mistrz mu odpowiedział…

Mistrz Hakuin i dziewczyna w ciąży

Starożytne myśli Seneki – wciąż na czasie?

Tagi

, , , , , , ,

rzezba
Czy starożytne sentencje i aforyzmy mają jeszcze zastosowanie we współczesnych czasach, czy też bezpowrotnie straciły swoją aktualność ?
Oceńcie sami:

III 26 • 4
Wszystko, co potępiamy u innych, znajdziemy we własnej duszy.

III 29 • 1
Haniebnie jest nienawidzić tego, kto zasługuje na twoje pochwały. O ileż haniebniej jednak
nienawidzić kogoś z tego powodu, dla którego zasługuje na twoje współczucie.

III 36 • 4
Na przyszłość zastanawiaj się nie tylko nad tym, czy prawdą jest, co mówisz, ale czy ten,
do kogo mówisz, wytrzyma prawdę. Dobry przyjmuje upomnienia z radością, lecz im kto
gorszy, tym gorzej znosi pouczenia.

III 11 • 3
Nie idzie o to, w jaki sposób wyrządzono nam krzywdę, lecz w jaki ją sposób znieśliśmy…

1 • 7
Podobnie jak wrastają w nas głęboko wszystkie złe nawyki, jeśli ich nie wykorzenić, kiedy
powstają, tak również nasze smutki, żale i samoudręki karmią się w końcu samym utrapieniem,
a rozpacz staje się chorobliwą rozkoszą nieszczęśliwej duszy.

4 • 4
Nie widzę  nic wspanialszego niżeli to, że ludzie wyniesieni do najwyższych godności
umieją wybaczyć wiele, a sami nie szukają żadnych wybaczeń.

5 • 5
Pomyśl tez, że to nic wielkiego odgrywać bohatera, kiedy wszystko dobrze, kiedy życie
przebiega szczęśliwym torem: spokojne morze i posłuszne wiatry nie dają sternikowi możności
okazania swej sztuki; aby sprawdzić odwagę człowieka, zdarzyć się muszą jakieś przeciwności.

7 • 2
Żadna istota nie smuci się długo po stracie z wyjątkiem człowieka, który trwa
przy swoim bólu i cierpi nie tyle, ile odczuwa, lecz ile postanowił cierpieć.

11 • 1
Po cóż płakać nad cząstkami życia? Zgnębią nas nowe niepowodzenia,
nim zaradzimy dawniejszym.

16 • 8
Taka właśnie jest natura ludzka, że nic się nam nie podoba bardziej niż to, cośmy utracili.
Z tęsknoty za tym, co nam odebrano, jesteśmy zbyt niesprawiedliwi względem tego, co nam
pozostało.

6 • 2
…Człowiek szczęśliwy jest zadowolony ze swoich czasów, jakiekolwiek by one były, i
przychylny swojej kondycji. Szczęśliwy jest, komu rozum każe doceniać wszelkie warunki
egzystencji.

8 • 3
Niech człowiek nie da się zepsuć przez rzeczy zewnętrzne i niech będzie niepokonanym i
podziwiającym tylko siebie, wierzącym w siebie, a na złe i dobre gotowym – artystą życia…

12 • 2
Rozkosze mędrca są spokojne i umiarkowane, prawie obojętne, przytłumione i ledwie dostrzegalne,
jako że przychodzą bez wezwania, a chociaż nadchodzą samoczynnie, nie są ani
cenione ani przyjmowane z radością przez tych, którzy ich doświadczają. Oni je bowiem mieszają
i łączą z życiem, tak jak rozrywkę i żart łączy się z poważnymi sprawami.

21 • 4
Mędrzec nie uważa się za niegodnego żadnych przypadkowych darów: nie kocha bogactw,
ale woli je mieć; nie do duszy je przyjmuje, ale do domu, nie odrzuca tych, które posiada, ale
zatrzymuje, bo chce swojej cnocie dostarczyć więcej możliwości.

11 • 4
Często przyczyną śmierci – jest lęk przed śmiercią.

11 • 6
Kto lęka się śmierci, nigdy nie zrobi nic godnego człowieka, który naprawdę żyje. Lecz
kto pamięta, że ten wyrok wydano na niego już w chwili poczęcia, będzie żył pod wyrokiem,
a równocześnie tą samą, siłą ducha sprawi, że żadne zdarzenie nie będzie dla niego nieoczekiwane.

7 • 3
Przez całe życie należy się uczyć żyć i – co może jeszcze bardziej cię zdziwi – przez całe
życie należy się uczyć umierać.

7 • 9
Kto każdą chwilę obraca na swój użytek, kto każdy dzień układa jakby swój dzień ostatni,
ten ani nie pragnie jutra, ani się go nie lęka.

13 • 3
Dusza mniej odczuwa udrękę z powodu zawiedzionych pragnień, jeśli nie
przywiązała się do tego, że z całą pewnością będą spełnione.

I 1 • 6
Nikt nie może długo nosić maski, a ten, kto udaje, prędko wraca do swej prawdziwej natury.

VI 58 • 36
Słaby jest i tchórzliwy, kto pozbawia się życia z powodu cierpienia, głupi – kto żyje tylko
dla cierpienia.

I 6 • 5
Trzeba być obecnym przy wszystkim, po pierwsze dlatego, że ludzie bardziej wierzą
oczom niż uszom, a po drugie dlatego, że droga poprzez udzielanie pouczeń jest długa, natomiast
przez przykłady – krótka i skuteczna.

VI 59 • 2
…Prawdziwa radość… ma to do siebie, że nie ustaje i nie obraca się w swe przeciwieństwo.

VIII–XIII 78 • 13
Każdy jest na tyle nieszczęśliwy, na ile się za takiego uważa.

Seneka

Więcej ciekawych cytatów :

Inspirujące cytaty sławnych ludzi

Bądź wolny! – inspirujące cytaty E. Tolle

Koniec cierpienia – inspirujące cytaty z Thich Nhat Hanh

Proste odpowiedzi na trudne pytania. Inspirujące cytaty E. Tolle

Doświadczanie problemów a tożsamość – Inspirujące cytaty z E. Tolle

Prawa wszechświata – inspirujące cytaty

Minuta mądrości

Nauka medytacji w zakładach karnych

Tagi

, , , , , , , , , ,

vipassana
Dzisiaj chciałabym polecić wszystkim zapoznanie się z dwoma filmami poświęconymi pracy nauczycieli buddyskich nauczających medytacji Vipassana w zakładach karnych.
Pierwszy z nich to : „Doing Time, Doing Vipassana”

W 1993 roku rozpoczęto program, który miał na celu nauczanie medytacji vipassana w indyjskim więzieniu Tihar Jail, znanym z niezwykle surowych warunków, w których skazańcy zmuszeni byli odbywać swoje wyroki.
Ponieważ rezultat prześcignął wszelkie oczekiwania,  że zdecydowano się nakręcić film dokumentalny poświęcony wpływowi Vipassany na więźniów i atmosferę w więzieniu.
Nakręcono 52 minutowy film dokumentalny, zawierający wywiady z pomysłodawcami, więźniami i nauczycielami.
Film został odznaczony kilkoma nagrodami na festiwalach filmowych, a także doceniony przez amerykańskie organizacje zajmujące się systemem penitencjarnym w USA.

Kilka lat potem nakręcono podobny film, poświęcony zdarzeniom, które miały miejsce w więzieniu w Alabamie. Tam również z sukcesem wprowadzono program nauki medytacji Vipassana. Nie obyło się jednak bez utrudnień ze strony chrześcijańskiej społeczności, która obawiała się, że z powodu kursów medytacji, więźniowie nawrócą się na buddyzm. Mimo szykan, wielu więźniów wzięło udział w kursach. Opowieści o ich doświadczeniach i transformacji można zobaczyć w filmie „ The Dhamma Brothers”

Oto trailer filmowy:

A oto wywiad poświęcony temu dokumentowi:

Dla zainteresowanych również krótki dokument poświecony medytacji w więzieniach indyjksich:

Zobacz także:

Samotność czy osamotnienie?

Strach i ciemność?

Nie zadręczaj się!

Wybacz sobie i wybacz innym

Cztery kroki do wolności

Wolność. Czy to puste słowo?

Czym jest miłość ? Cytaty mistrzów

Tagi

, , , , , , , , ,

serducho
E. Tolle:

*
Poczucie jedności ze wszystkim, co cię otacza jest prawdziwą miłością.

*
Kiedy patrzysz na drugiego człowieka i pałasz do niego miłością, czy kiedy kontemplujesz naturę i czujesz z nią głęboki kontakt, zamknij na chwilę oczy i poczuj w sobie esencję, tej miłości lub tego piękna, nierozdzielną od tego, kim jesteś, twojej prawdziwej natury. Zewnętrzna forma jest czasowym odbiciem tego, czym jesteś wewnątrz, w swojej istocie. Dlatego miłość i piękno nigdy cię nie opuszczą, w przeciwieństwie do wszystkich form zewnętrznych.

*
Miłość jest stanem Istnienia.
Twoja miłość nie mieszka gdzieś na zewnątrz ciebie, lecz tkwi głęboko w tobie. Nie możesz jej utracić i ona także nie może cię opuścić. Nie jest zależna od żadnego innego ciała, zewnętrznej formy. W pełni obecny, ogarnięty cichym bezruchem, czujesz prawdziwego siebie – bezpostaciowego, ponadczasowego – jako życie nieprzejawione, dzięki któremu twoja fizyczna forma w ogóle żyje. Zaczynasz też wtedy czuć, że to samo życie trwa we wszystkich ludziach i w innych istotach, w samej ich głębi. Przejrzałeś zasłonę formy i odrębności. To właśnie jest urzeczywistnienie jedni. To właśnie jest miłość.
Czym jest Bóg? Jednym życiem, wiecznym we wszystkich formach życia.
A czym jest miłość?
Tym, że czujesz to Jedno życie głęboko w sobie i we wszystkich stworzeniach. Że nim jesteś.
A zatem wszelka miłość jest miłością Boga.

*
Miłość nie działa wybiórczo, tak jak i blask słońca pada na wszystko bez wyboru. Nie wyróżnia jednej osoby spośród innych. Nie wie, co to wyłączność. Kiedy opiera się na wyłączności, nie jest miłością Boga, lecz „miłością” ego.

*
Miłość, radość i spokój to głębokie stany Istnienia, a raczej trzy aspekty wewnętrznej jedni z Istnieniem.

*
Prawdziwa miłość nie zadaje cierpień. Bo i jak miałaby je zadawać? Nie zmienia się raptownie w nienawiść, podobnie jak prawdziwa radość nie przeistacza się w ból. Jak już powiedziałem, nawet zanim jeszcze osiągniesz oświecenie (innymi słowy, zanim wyzwolisz się spod władzy umysłu), mogą ci się zdarzać przebłyski prawdziwej radości, prawdziwej miłości lub głębokiego spokoju – nieruchomego, lecz wibrującego życiem. Wszystko to są aspekty twojej prawdziwej natury, którą umysł zazwyczaj przesłania. Nawet w niejednym związku „normalnym”, czyli mającym charakter nałogowego uzależnienia, daje się niekiedy odczuć obecność czegoś prawdziwszego, czegoś, co nie ulega zepsuciu.

*
Cudze Istnienie można oczywiście wyczuć jedynie poprzez własne. Jest to początek urzeczywistnienia jedni, czyli miłości. Na najgłębszym poziomie Istnienia stanowisz bowiem jednię ze wszystkim, co jest.

* Miłość „zdarzyć” się nie może. Twoim zadaniem nie jest poszukiwanie miłości, ale odnalezienie bramy, przez którą miłość zdoła wkroczyć.

*
Niemal każdy „związek miłosny” przeradza się niebawem w splot miłości i nienawiści. Miłość może wtedy w mgnieniu oka ustąpić miejsca dzikiej napastliwości, wrogości lub zupełnej nieczułości. Uchodzi to za zjawisko normalne.
Przez pewien czas – kilka miesięcy czy lat – związek taki waha się między biegunami „miłości” i nienawiści, dając obojgu uczestnikom tyleż bólu, ile przyjemności. Dość często zdarza się, że obie strony popadają w
nałogowe uzależnienie od tej sinusoidy. Dzięki dramatowi, w którym tkwią, nareszcie czują, że żyją.
Kiedy znika równowaga między biegunem pozytywnym a negatywnym i mroczna, destruktywna faza powraca z rosnącą częstotliwością i mocą (a większość par prędzej czy później osiąga ten etap), w niedługim czasie związek ostatecznie się rozpada.
Można by sądzić, że gdyby tylko się udało wyeliminować negatywną, destruktywną fazę, wszystko byłoby cacy, a związek przepięknie by kwitł – ale jest to, niestety, niewykonalne. Bieguny nawzajem od siebie zależą. Nie można mieć tylko jednego z nich: trzeba brać oba naraz. Faza pozytywna od początku zawiera w sobie negatywną, choć ta nie od razu się ujawnia. Obie są tak naprawdę dwiema stronami tej samej anomalii. Mówię tu o związkach, potocznie zwanych romantycznymi, a nie o prawdziwej miłości, która nie ma negatywnego odpowiednika, ponieważ płynie z rejonów dalszych niż umysł. Miłość jako stan ciągły wciąż jeszcze jest wielką rzadkością: spotyka się ją nie częściej niż ludzi w pełni świadomych. Krótkie, złudne jej przebłyski mogą się jednak zdarzać, ilekroć w umysłowym nurcie powstaje luka.

*
Prawdziwa miłość nie ma negatywnego odpowiednika. Jeśli twoja „miłość” ustępuje niekiedy miejsca swojemu przeciwieństwu, znaczy to, że nie jest miłością, lecz silnym popędem ego, które pragnie zyskać pełniejsze i głębsze poczucie „siebie”, a partner chwilowo potrzebę tę zaspokaja.

A. De Mello

*
Jeśli serce nie przeszkadza, prawdziwie kochasz.

*
Tam, gdzie jest miłość, nie ma miejsca na żądania, na oczekiwania, nie ma zależności.

*
Nie być dla nikogo kimś szczególnym i kochać wszystkich – bo to jest prawdziwa miłość. Ogrzewa dobrych i złych w jednakowym stopniu.

*
Byliśmy nazbyt pogrążeni w wizji tego, co nasza kultura miłością nazywa, z jej pieśniami i poematami – a co tak naprawdę miłością nie jest; co więcej: stanowi jej przeciwieństwo. Jest żądzą, kontrolą, posiadaniem. Jest manipulacją, strachem i niepokojem, a to na pewno nie jest miłość.

*
Wtedy stajesz się miłością, kiedy przemieniasz się w miłość.

*
Rzeczywistość, Bóg, boskość, prawda, miłość są niepoznawalne, to znaczy nie mogą być pojęte przez myślący umysł.

*
W świadomości jest duchowość, w świadomości tkwi rozwój, w świadomości zawarta jest miłość, w świadomości tkwi przebudzenie. Świadomość.

*
Poświęcenie jest ślepe, przywiązanie jest ślepe, pożądanie jest ślepe – ale nie prawdziwa miłość.
Nie popełnij błędu i nie nazywaj tych uczuć miłością. Ale oczywiście w większości współczesnych języków słowo to zostało sprofanowane. Ludzie mówią o uprawianiu miłości, o zakochaniu się.

*
Tak naprawdę mogę kochać ludzi tylko wtedy, gdy oczyściłem z nich swoje życie. Kiedy umrę dla swej potrzeby ludzi, stanę na pustyni. Na początku będzie to okropne: poczujesz się opuszczony; jeśli jednak wytrzymasz choć przez chwilę, nagle odkryjesz, że to wcale nie jest opuszczenie. To jest samotność, osamotnienie, ale pamiętaj, pustynia też zakwita. I wówczas w końcu poznasz, czym jest miłość, czym jest Bóg, czym jest rzeczywistość.

*
Jak ja opisałbym miłość? Postanowiłem przedstawić wam jedną z medytacji zamieszczonych w książce, którą właśnie piszę. Przeczytam ją wam wolno, rozważcie treść w czasie czytania. Muszę ją tu niestety przedstawić w skróconej formie, tak by zmieścić się w trzech lub czterech minutach; w przeciwnym razie zajęłoby mi to więcej niż pól godziny: „Nie można uczynić niewolnikiem człowieka wolnego, gdyż człowiek wolny pozostaje wolny nawet w więzieniu”.
Może wydaje ci się, że mnie zniewoliłeś, każąc mi dźwigać ciężary na plecach, ale tak nie jest. Jeśli ktoś usiłuje zmienić zewnętrzną rzeczywistość, wydostając się z więzienia, by być wolnym, to doprawdy pozostaje on nadal więźniem. Wolność nie leży w okolicznościach zewnętrznych. Wolność nosi się w sercu. Jeśli osiągnąłeś mądrość, któż cię niewoli?

*
Taka oto jest miłość. Czy kiedykolwiek przyszło wam do głowy, że naprawdę możecie kochać tylko wtedy, gdy jesteście samotni?
Zapytacie, jakie to ma dla miłości znaczenie. Oznacza to widzenie osób, sytuacji, rzeczy takimi, jakimi są w rzeczywistości, a nie takimi, jakimi sobie wyobrażacie, że są. I reagowanie na nie w sposób, na jaki zasługują. Trudno mówić, że kochasz coś, czego nawet nie widzisz.
A co nam przeszkadza, by widzieć? Nasze uwarunkowania. Nasze pojęcia, nasze kategorie, nasze przesądy, nasze projekcje, etykietki, które przyjęliśmy z naszej kultury, z doświadczenia przeszłości. Widzenie jest jednym z najbardziej żmudnych przedsięwzięć człowieka, wymaga bowiem zdyscyplinowanego, czynnego umysłu.

*
Nie musisz iść na pustynie, jesteś pośród ludzi, ciesz się ich obecnością. Nie mają już jednak władzy nad tobą, która pozwala im uszczęśliwiać lub unieszczęśliwiać ciebie. To właśnie oznacza samotność. W takim odosobnieniu twoja zależność obumiera. Rodzi się zdolność do miłości. Nie spoglądaj już na innych jak na środek narkotycznego zaspokajania.

*

Zazwyczaj usiłujemy leczyć swą samotność poprzez emocjonalne uzależnianie się od innych ludzi, poprzez liczne towarzystwo i hałas. To nic nie daje. Wróć do przedmiotów, wróć do przyrody, idź w góry. Wówczas poznasz, że serce przywiodło cię na rozległa pustynie osamotnienia, że nie ma tam nikogo, kto by cię pocieszył, absolutnie nikogo.
Z początku będzie się to wydawać nie do zniesienia, ale tylko dlatego iż nie jesteś nawykły do samotności. Jeśli zdołasz wytrwać przez jakiś czas, pustynia nagle zakwitnie miłością. Twoje serce wybuchnie śpiewem. Będzie tam panowała wieczna wiosna, porzucisz narkotyk i staniesz się wolny. Pojmiesz wówczas, czym jest wolność, czym jest miłość i szczęście; czym jest rzeczywistość, prawda, czym jest Bóg. Będziesz wiedział, wiedza twa wkroczy poza pojęcia i uwarunkowania, nałogi i przywiązania. Czy pojmujesz sens tego, co mówię?

Colin Sisson:

*
Miłość uwolni świat, a miłość wynika z akceptacji. Akceptacja zaś jest świadomością serca pochodzącą z obserwowania siebie

*
Ale lęk jest tak wbudowany w naszą świadomość, że uznajemy go za normalny przejaw egzystencji. Każda komórka naszego ciała jest zaprogramowana przez lęk po to, aby szybko reagować na niebezpieczną sytuację. Natomiast miłość jest naszym naturalnym stanem… kiedy nie ma już lęku.

*

Miłość warunkową rozpoznajemy po następujących stwierdzeniach:

„Będę cię kochał, jeżeli ty mnie pokochasz”.
„Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”.
„Kocham cię, bo dajesz mi przyjemność”.

Miłość staje się wymianą handlową obwarowaną różnymi warunkami.
Miłość i szczęście – to naturalny stan świadomości, ale nie wiemy, jak to jest: czuć szczęście. Nie znamy także uczucia bezwarunkowej miłości. Zajęci jesteśmy pogonią za substytutami miłości i szczęścia. Spotkałem wielu ludzi, którzy z uporem twierdzili, że doznali bezwarunkowej miłości. Ośmielam się podejrzewać, że to nieprawda; przede wszystkim dlatego, że tak bardzo się przy tym upierali.

*
Miłość i prawda nie potrzebują żadnych uzasadnień, ponieważ są r z e c z y w i s t o ś ć i ą samą w sobie.

Osho:
*
Miłość sama w sobie ma wewnętrzną wartość – po prostu kochasz! To ogromne szczęście! Nie ma nic poza tym, żadnego zamierzonego efektu, który dzięki temu osiągasz. Miłość to nie środek do jakiegoś celu, ale właśnie ten cel!

*
Miłość uczyni ukochaną osobę jeszcze bardziej wolną, miłość doda skrzydeł, otworzy przed nią niebo. Nie może stać się więzieniem, zamknięciem. Ale nie znasz tej miłości, ponieważ ona przydarza się tylko wtedy, kiedy jesteś świadomy; ten rodzaj miłości przychodzi tylko ze świadomością.

*
Nie próbuj zrozumieć miłości. Wniknij w nią. Wtedy będziesz wiedział – a wiedza ta będzie wynikać z twojego doświadczania.

Powiązane posty:

Związki: Splot miłości i nienawiści – cześć I

Jak przejść od związków uzależniających do związków dojrzałych – cześć II

Miłość…jak głód

Patrząc oczyma miłości

Cuda…i miłość.

Miłość i mistrz

Twórczy ludzie wg Junga

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

cienaniol
Wiemy, że człowiek prawie nigdy nie uświadamia sobie, do jakiego typu funkcjonalnego należy.
To samo odnosi się do typu postaw. Często rozróżnienie jest bardzo trudne i trzeba włożyć wiele psychologicznej pracy, aby z tego kalejdoskopowego obrazu, w jakim psyche ukazuje się obserwatorowi, wyłuskać właściwy jej typ.
Zadanie to jest tym trudniejsze, im silniejszy jest związek człowieka z nieświadomością.
W szczególności dotyczy to wszystkich natur artystycznych.
Ludzie twórczy i artyści mają niezwykle silny strukturalny związek, jakby „bezpośrednie połączenie” z nieświadomością; dlatego trudno ich zaliczyć do określonego typu, tym bardziej, że nie można bez zastrzeżeń porównywać dzieła i jego twórcy.

Na przykład często ten sam artysta jest w życiu ekstrawertykiem, a w swoich dziełach introwertykiem, lub odwrotnie.
W  świetle prawa przeciwieństw psychicznych można to dobrze rozumieć, zwłaszcza gdy chodzi o takich artystów, którzy w swych dziełach w sposób artystyczny przedstawiają to, czym nie są, czyli swoje dopełnienie.
Natomiast u tych artystów, których dzieło nie przedstawia ich drugiej, nie przeżytej strony, lecz tylko ich własny wywyższony, „wysublimowany” i wyidealizowany portret własny, dzieło i człowiek należy z reguły do tego samego typu.
Dotyczy to przede wszystkim introwertyków, którzy przedstawiają samych siebie w postaciach subtelnych powieści psychologicznych, oraz ekstrawertyków, którzy ze szczególnym upodobaniem opisują przygody i ich bohaterów.

Jung uważa, że twórczość ekstrawersyjna powstaje dzięki artystycznemu przetworzeniu doświadczeń zewnętrznych twórczość introwersyjna zaś „dzieje się” wskutek przemożnego wpływu treści wewnętrznych przejawiających się za pośrednictwem pióra lub pędzla artysty.
Proces twórczy o ile go w ogóle potrafimy prześledzić polega na ożywieniu odwiecznych symboli ludzkości drzemiących w nieświadomości, na ich rozwinięciu i przekształceniu w skończone dzieło sztuki.

„Kto mówi za pomocą praobrazów, ten mówi tysiącem głosów, ujarzmia i przezwycięża, a jednocześnie podnosi wzwyż to, co określa; przypadkowe i przemijające czyni wiecznotrwałym, los indywidualny przekształca w los ludzkości, a tym samym wyzwala w nas te pomocne siły, które zawsze umożliwiały ludzkości wyratowanie się z każdego niebezpieczeństwa i przetrwanie nawet najdłuższej nocy. … W tym tkwi tajemnica oddziaływania sztuki”.

Jung przyznaje szczególne miejsce twórczemu działaniu fantazji, którą uważa nawet za osobną kategorię, ponieważ jego zdaniem nie można jej zaliczyć do żadnej z czterech funkcji podstawowych, choć w każdej z nich ma swój udział, słuszny jest zatem powszechnie panujący pogląd, iż twórcza inspiracja właściwa jest tylko typowi intuicyjnemu, to znaczy że główną funkcją u każdego artysty musi być intuicja.

Fantazja jest wprawdzie źródłem inspiracji w pracy twórczej, ale jest to dar, który może pochodzić od każdego z czterech typów. Fantazji twórczej, będącej szczególną zdolnością lub darem, nie należy mylić ani z „aktywną wyobraźnią”, która wnosi do świadomości, ożywia i utrzymuje obrazy zbiorowej nieświadomości, ani z intuicją, która jest jednym ze sposobów pojmowania zjawisk psychicznych, czyli jedną z funkcji świadomości.
Typ funkcjonalny bowiem ujawnia się dopiero w sposobie pojmowania i przetwarzania zarówno „intuicji”, jak i twórczych inspiracji oraz wytworów fantazji.
Tak więc dzieło jako owoc twórczości może należeć do innego typu niż artysta, który je stworzył, o typie artysty zaś należy wnioskować nie na podstawie treści dzieła, ale na podstawie sposobu jego wytworzenia.

Nie ma zasadniczej różnicy między fantazją artysty a fantazją zwykłego człowieka; jednakże obok bogactwa, oryginalności i żywotności wytworów fantazji artystę wyróżnia jego zdolność i siła kształtująca, która umożliwia mu nadawanie formy swoim inspiracjom i łączenie ich w organiczno-estetyczną całość.

„Często słyszymy, że dla artysty zajmowanie się nieświadomością jest niebezpieczne. Wielu artystów ucieka od psychologii, „ponieważ obawiają się aby ten potwór nie pożarł ich tak zwanej siły twórczej.
Jak gdyby cała armia psychologów mogła coś zdziałać przeciwko Bogu! Prawdziwa zdolność tworzenia jest źródłem, które nigdy nie może wy schnąć. Czy gdziekolwiek na ziemi wymyślono jakiś podstęp, który by przeszkodził Mozartowi lub Beethoenowi w tworzeniu?
Moc twórcza jest silniejsza od człowieka. Jeśli jest inaczej, to w sprzyjających okolicznościach podtrzymuje ona mały talencik i nic więcej. Gdy zaś jest neurozą, to często wystarczy jedno słowo, a nawet jedno spojrzenie, aby złudzenie rozwiało się.
Wtedy rzekomy poeta nie może już pisać wierszy, malarzowi zaś bardziej niż przedtem brakuje pomysłów i umie umiejętności, a winę za to ponosi wyłącznie psychologia! Byłbym rad, gdyby wiedza psychologiczna mogła działać w sposób tak oczyszczający i gdyby zdołała wyeliminować te elementy neurotyczne, które z dzisiejszej sztuki czynią niezbyt przyjemny problem.
Choroba nigdy nie sprzyja pracy twórczej, przeciwnie, jest dla niej największą przeszkodą. Zlikwidowanie jakiegokolwiek wyparcia nie może zniszczyć prawdziwej twórczości, podobnie jak nie można wyczerpać nieświadomości”.

Innym rozpowszechnionym błędem jest mniemanie, że skończone dzieło artystyczne warunkuje lub pociąga za sobą także psychiczną doskonałość jego twórcy.
Aby z „połączenia z nieświadomością” odnieść rzeczywistą korzyść dla procesu różnicowania psychicznego, a więc dla pożądanego rozwoju psobowości, trzeba wyłaniające się z głębi obrazy, symbole i wizje po ludzku przeżyć i zrozumieć, to znaczy  czynnie je przyswoić i zintegrować,
„wyjść im naprzeciw i potraktować je z całą świadomością”.

Jednakże artysta często przyjmuje tylko bierną postawę wobec nich, obserwując i odtwarzając je, w najlepszym przypadku pozwalając, aby na niego oddziaływały.
Tego rodzaju przeżycie ma wprawdzie pełną wartość artystyczną, ale z ludzkiego punktu widzenia jest niedoskonałe. Artysta, któremu by udało się zarówno swą własną osobowość, jak swoje dzieło, w jednakowym stopniu twórczo rozwinąć i ukształtować, osiągnąłby szczyt ludzkich możliwości.
Tylko nielicznym jest to dane; rzadko bowiem człowiekowi wystarcza sił, aby do jednakowej doskonałości doprowadzić pracę wewnętrzną i zewnętrzną. Albowiem
„wielkie talenty są najpiękniejszymi, ale często najbardziej niebez piecznymi owocami na drzewie ludzkości. Wiszą one na najcieńszych gałązkach, które łatwo się łamią”.

Ekstrawersja lub introwersja są wprawdzie w życiu tego samego człowieka stałym sposobem reagowania, ale chwilowo mogą się przeplatać. Określone fazy w życiu człowieka, a nawet w życiu narodów charakteryzują się jedne ekstrawersją, inne bardziej introwersja.
Na przykład okres dojrzewania odznacza się raczej ekstrawersją, okres klimakterium jest fazą bardziej introwersyjną; średniowiecze było nastawione bardziej introwersyjnie, odrodzenie bardziej ekstrawersyjnie itd.

Już samo to dowodzi, że błędem jest oceniać ekstrawersję lub introwersję jako postawę „bardziej wartościową”. Obie mają swoje uzasadnienie i swoje miejsce w świecie.
Każda spełnia odmienną rolę w doskonaleniu świata. Kto tego nie rozumie, dowodzi po prostu, że jest ślepą ofiarą jednej z tych postaw i że nie potrafi spojrzeć dalej niż na samego siebie.
Uwzględniając ekstrawersję i introwersję oraz cztery główne funkcje, otrzymujemy łącznie osiem różnych typów psychologicznych: ekstrawersyjny typ myślowy, introwersyjny typ myślowy, ekstrawersyjny typ uczuciowy, introwersyjny typ uczuciowy itd.; powstaje w ten sposób rodzaj kompasu, za pomocą którego możemy się orientować w strukturze psyche.

Więcej: o typach funkcjonalnych

źródło:  Jacobi Jolanta Psychologia Junga

Zobacz także :

Cień – wg Junga

Psychologia inspiracji

Czym jest intuicja?

Rozdzierając duszę na pół. Skrajności.

Ciemna noc duszy

Enneagram – 9 typów osobowości

W stronę wiecznej boginii

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

blogosc
Wstęp do książki „Rozkwitający Kwiat Lotosu. Energia żeńska w praktyce duchowej”, Marek Has

Kultura Zachodu wyidealizowała jeden aspekt rzeczywistości. Filozofię, literaturę, sztukę wszystkich epok przenika potężny kult pierwiastka męskiego – kult kreacji, potencji, aktywności, kult siły, która pokonuje bierność, kult władcy, który rządzi poddanymi, kult wodza, który prowadzi do zwycięstwa, kult śmierci, która przynosi chwałę i uszlachetnia wysiłki i dążenia życia.
Destruktywny charakter cywilizacji zachodniej wynika w dużej mierze z jej filozofii egoistycznej autoafirmacji – rodziny, klanu, narodu, państwa czy gatunku.
Trzeba tutaj pamiętać, że najbardziej totalitarne systemy II wieku – faszyzm i komunizm – w swych korzeniach wywodziły się także z miłości i kultu pewnych ideałów i wartości. To „bezwzględność i zaślepienie tej miłości, miłości nie znoszącej oporu i przeciwieństwa, miłości pozbawionej wszelkich cech tolerancji zrodziły ich niszczycielską siłę i były przyczyną ich zwyrodnienia.

Świat składa się z przeciwieństw, z przeciwstawnych dążeń i sił. Ta biegunowość stanowi istotę wszystkich procesów, począwszy od mikro świata atomów, a skończywszy na procesach społecznych. Każde zjawisko łączy w sobie sprzeczności, które ostatecznie stanowią warunek jego istnienia. Przeciwstawne zjawiska współistnieją ze sobą w rzeczywistości niczym dzień i noc, wdech i wydech, pory roku, fazy księżyca, czy góry i doliny, stanowiąc w końcu o jedności i ciągłości krajobrazu.

Podstawowym błędem jest wyodrębniacie jednego bieguna spolaryzowanej rzeczywistości i próba podporządkowania mu pozostałego. To, co jest zepchnięte, stłumione, odrzucone czy podporządkowane, wybucha wówczas gwałtownie ze zwielokrotnioną siłą. Zamiast harmonii i rozwoju otrzymujemy wówczas chaos i destrukcję.

Przez całe stulecia pierwiastek kobiecy był tłumiony i spychany na margines życia – politycznego, społecznego, artystycznego, naukowego. Patriarchalny system społeczny, który panował, oparty był na hierarchii, autokratyzmie i dominacji. Wyrazem tego tył system wartości społecznych, preferujący określone postawy, dążenia, zachowania i zdolności.
Dzisiaj istnieje pilna potrzeba przywrócenia wartości społecznych takim cechom jak słabość, pasywność, kontemplatywność, cechom potocznie uznanym za kobiece.
Dewaluacja społeczna tego aspektu świata sprawia, że aktywne energie stają się niezrównoważone, gwałtowne, destruktywne i nieludzkie. Pozbawione naturalnej równowagi zaczynają tworzyć wartości i ideały, które przynoszą tylko śmierć i zniszczenie. Taka destrukcja może następować zarówno na poziomie społeczeństw, jak i we wnętrzu samej Jednostki.

Człowiek, który całą swą energię poświęca na budowanie idealistycznych obrazów samego siebie, nieświadomie staje na krawędzi schizofrenii.
Miłość do pewnych wyidealizowanych cech staje się nienawiścią do samego siebie.
Podzielony na dwa wrogie obozy człowiek spala się wewnętrznie w bezsensownej i szalonej walce.

Począwszy od lat 60-tych można zauważyć na Zachodzie gwałtowną recepcję buddyzmu.
Historia buddyzmu na Zachodzie sięga faktycznie końca XIX wieku, ale dopiero od niedawna można mówić o pewnym wpływie tego systemu na mentalność ludzi.
Buddyzm przynosi rozdygotanej i rozwibrowanej umysłowości Zachodu kult spokoju, pasywności i kontemplacji.
Charakterystyczne dla kultury patriarchalnej jest to, że ma cna skłonność asymilowania wartości i cech kobiecych jedynie za pośrednictwem męskiego nośnika tych cech, w tym przypadku lamów, rośich, guru, itp., pochodzących ze Wschodu.

Dopiero od niedawna można zaobserwować budzący 3ię ruch, w którym manifestują się aspekty kobiece w niejako źródłowej formie, wspomnijmy powrót do kultów pogańskich, szamanizm, kult bogiń, czy ruchy ekologiczne. W ruchu nowej świadomości ogromną rolę odgrywają kobiety. Wymieńmy tu książki Joan Halifax, Łynn Andrews i Dhyani Ywahoo o szamanizmie, książki Shirley KacLaine i Chris Griscom,  a także Tsultria Allione o kobietach w buddyzmie, Starhawk o kultach neopogańakich. Ponadto wspomnijmy działalność Aane Halprin czy Emi-lie Conrad-Da’oud, związaną z tańcem etc

Przepowiednie astrologiczne na najbliższe lata mówią, że świat ulegnie przemożnemu wpływowi Kobiety. Można więc żywić nadzieję, ze ta charakterystyczna dla okresu przejściowego ekspansja energii kobiecej otworzy nową epokę, w której elementy męskie i kobiece osiągną harmonię i równowagę, dając początek Nowej Erze.

Rick Fields

BARDZO KRÓTKA SUTRA O SPOTKANIU BUDDY I BOGINI

Pewnego razu Budda przechodził leśną ścieżką w Ojai,
spacerując i nie zmierzając donikąd
nie utrzymując też żadnej myśli o dążeniu dokądś, czy tez o braku dążenia
a lotosy lśniły poranną rosą
w cudowny sposób pojawiały się pod Jego stopami
miękkie jak jedwab pod palcami Buddy
Kiedy nagle, z turkusowego nieba
tańcząc przed jego na wpół przymkniętym, skierowanym do wewnątrz
spojrzeniem, lśniącym Jak tęcza
lub jak pajęcza sieć
przejrzystym jak rosa na kwiecie lotosu
– Bogini pojawiła się drżąc
jak koliber, w powietrzu przed nim
Ona, jako że to naprawdę była ona
co Budda mógł wyraźnie dostrzec
swym okiem mądrości świadomości rozróżniającej,
miała przeważnie czerwony kolor choć przy zmianie oświetlenia lśniła jak tęcza.
Była naga za wyjątkiem ozdób z kwiatów jakie zwykle noszą Boginie
Jej długie włosy były ciemnoniebieskie
dwoje jej oczu niezgłębione Jamy w przestrzeni
a jej trzecie oko – nabiegła krwią obręcz ognia.
Budda złożył ręce i tymi słowami powitał Boginię:
„0 Bogini, dlaczego stajesz mi na drodze
Zanim cię ujrzałem szczęśliwie zdążałem donikąd
Teraz już nie Jestem pewien dokąd mam iść
„Możesz obejść mnie wokoło”,
powiedziała Bogini, obracając się na stopie jak ptak
do tyłu, ale tylko trochę wstecz,
„lub możesz pójść ze mną.
To Jest również mój las
nie możesz udawać, że mnie tu nie ma”.
Słysząc to Budda usiadł giętki jak wąż
trwały jak skała pod drzewem Bo
które obrodziło listowiem aby go ocienić.
„Może powinniśmy porozmawiać”, powiedział.
„Po latach wytężonej praktyki kiedy pojawiła się czerwona gwiazda Przeniknąłem rzeczywistość, i teraz…”
„Nie tak szybko, Buddo. Ja jestem rzeczywistością”.
Ziemia zamarła, oceany zamilkły,
wiatr sam z siebie się uciszył
– tysiąc arhatów, bodhisattwow i dakiń
w magiczny sposób pojawiło się, aby usłyszeć co wydarzy się podczas rozmowy.
„Wiem, że biorę życie w swoje ręce”,
powiedział Budda.
„Ale jestem znany jako Nieustraszony – tak to już jest”.
Tak więc on i Bogini bez dalszych słów wymienili spojrzenia.
Promienie światła podobne do promieni słońca
Wystrzeliły tak jasne, że nawet
Wszechwiedzący Sariputra musiał zawrócić.
Potem wymienili myśli
a iluminacja była tak jasna jak diamentowa świeca.
Następnie wymienili umysły
i powstała wielka cisza tak ogromna jak wszechświat
cisza, która obejmuje wszystko
Potem wymienili ciała
i ubrania
i Budda powstał jako Bogini a Bogini powstała jako Budda.
i tak dalej do przodu i wstecz
przez setki tysięcy setki tysięcy kalp.

Jeśli spotkasz Buddę spotkasz Boginię. Jeśli spotkasz Boginię spotkasz Buddę.
Nie tylko to.
Również to: Budda jest Boginią, Bogini jest Buddą.
I nie tylko to.
Również: Budda Jest pustką Bogini jest ‚błogością,
Bogini jest pustką Budda jest błogością.
A to czym jesteś i kimś – nie jesteś jest prawdą”,
Tutaj więc mamy mantrę Bogini i Buddy,
niezrównaną nie dualną mantrę.
Samo tylko powiedzenie tej mantry, samo tylko usłyszenie tej mantry jeden raz,
samo tylko usłyszenie jednego słowa tej mantry jeden raz sprawia,
że wszystko staje się takie jakie naprawdę jest:
-w porządku.
tak więc mamy:
Chodząca po ziemi / chodząca po niebie
Hej, cicha, Hej wielka mówczyni Nie dwie / Nie jedna
Nie oddzielona / Nie-daleka
To jest serce
Błogość jest pustką
Pustka jest błogością Bądź swoim oddechem,
Ah Uśmiechnij się, Hej i rozluźnij, Ho i zapamiętaj to:

Na pewno zobaczysz.

Wstęp do książki „Rozkwitający Kwiat Lotosu. Energia żeńska w praktyce duchowej”, Marek Has

Powiązane posty

Zintegruj w sobie męskość i kobiecość

Kobiecość kontrolowana

Kobieta bez winy i wstydu

Propozycja Tao dla kobiet. Zdrowie i płodność.

Idea zazdrości – Bóg, kobiety i wartości.

Mistrz Hakuin i dziewczyna w ciąży

Kobieta, która zgubiła. Kobieta, która odnalazła

Świadome śnienie jako proces ewolucyjny

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , ,

swiadoma
Co człowiek usiłuje robić w obliczu ogromu Sił i wyzwań? Próbuje pozostać tak nieświadomy, jak to tylko możliwe i robi to z godną uwagi skutecznością.

Dorothy Berkeley Phillips, „Wybór jest zawsze nasz”

Stan normalnego snu
Można określić doznania senne człowieka jako stan, w którym człowiek bierze udział w sztuce, której zdaje mu się, sam nie napisał. Dziwne i nieznane symbole oraz sceny mieszają się z tymi już znanymi. Cała kontrola nad życiem, jaką śniący sprawuje podczas dnia, we śnie zazwyczaj znika. Istnieje zadziwiające podobieństwo między stanem normalnego snu a świadomością człowieka pierwotnego. We śnie człowiek posiada to, co zdaje się być świadomą tożsamością, lecz rzadko śniącemu przychodzi na myśl, że sprawy we śnie mogłyby toczyć się inaczej, niż się toczą. Śniący nie pyta, czy to, czego doznaje, jest niezbędne lub co można byłoby zrobić, żeby zmienić istniejące we śnie okoliczności. Rzadko się zdarza, aby w stanie normalnego snu pojawiała się autorefleksja. Sytuacje, które na jawie zostałyby uznane za absurdalne, we śnie są zawsze przez śniącego akceptowane bez wahania.
Podobnie Carl Gustav Jung opisuje w „Próbie psychologicznej interpretacji dogmatu o Trójcy Świętej” świadomość człowieka pierwotnego:
„Zanim człowiek nauczył się formułować myśli, przychodziły one same do niego. Nie myślał – postrzegał funkcjonowanie własnego umysłu.”

W normalnym stanie snu człowiek nie śni, że działa zgodnie ze swoją wolą, lub że aktywnie wybiera, lecz doznaje tego, co do niego przychodzi, co mu się po prostu przydarza.
Kolejną cechą charakterystyczną tego poziomu świadomości jest brak precyzyjnego rozróżnienia między śniącym a obrazami snu. Dość często zdarza się śniącemu, że w jednej chwili obserwuje kogoś w swoim śnie, a w następnej identyfikuje się z tą osobą. Ten proces łączenia się z symbolami snu jest związany ze stapianiem się,stanem, w którym jednostka doznaje rozpuszczenia granic pomiędzy sobą a światem.
Według Junga taki stan świadomości jest główną cechą charakterystyczną prymitywnej psyche, jak również wczesnych etapów dzieciństwa.

Jednostka taka jest otwartym systemem, jest połączona z otaczającym ją środowiskiem, nie posiada poczucia granicy między sobą a światem.
Kiedy człowiek stapia się z otoczeniem, staje się od niego zależny. Manifestuje się to we śnie jako podatność na wpływ obrazów sennych. W tym stanie zdolność śniącego do reagowania jako jednostka zmniejsza się. Wyrażając to inaczej, wraz z postępem procesu „stapiania się”, zmniejsza się zdolność reagowania.
W psychologii Gestalt nadmierne stapianie się uważane jest za neurotyczną obronę, ponieważ jednostka „nie potrafi powiedzieć, czym są inni ludzie. Nie wie, gdzie kończy się ona, a gdzie zaczynają się inni”.

Pojęcie granicy jest bardzo ważne dla naszego rozumienia świadomego śnienia. Gdy zaczynamy we śnie zauważać początkowe stadia świadomości i autorefleksji, obserwujemy początek dobrze określonej „granicy kontaktu” lub inaczej – rozróżnienie pomiędzy śniącym a środowiskiem snu.
Wielu psychologów poddaje w wątpliwość wartość przechodzenia ze stanu normalnego snu do stanu snu świadomego. Przecież udowodniono, że normalny sen jest magazynem informacji o wewnętrznym funkcjonowaniu osobowości, jest też przeżyciem terapeutycznym. Według powszechnej opinii normalny sen stanowi oczywistą wartość. Jednakże aspektem, którego wartość można kwestionować, jest to, jak śniący reaguje na sen, kiedy śni.
Większość z nas robi poważny błąd próbując zrozumieć swoje sny. Błąd polega na tym, że nie oddzielamy symbolicznego przesłania, lub samego snu, od subiektywnych reakcji we śnie. Ponownie przekonujemy się tutaj o znaczeniu ustanowienia granicy pomiędzy śniącym a światem snu.
Gdy nie potrafimy tego zrobić, zazwyczaj interpretujemy symboliczne przesłania zgodnie z naszą subiektywną reakcją na nie we śnie. Ten błąd jest identyczny z projekcją, czyli z tendencją do narzucania otoczeniu cech własnej osobowości. Tak więc gdy kładziemy nacisk na znaczenie przebudzenia świadomości we śnie, nie podważamy znaczenia jego symbolicznej treści. Zamiast tego zajmujemy się poprawianiem relacji między śniącym a treścią snu, aby ich ze sobą nie pogmatwać.
Żeby zrozumieć treść snu, musimy najpierw zrozumieć, kim jesteśmy. Gdy tego dokonamy, będziemy mieli na tyle silne poczucie tożsamości, że będziemy potrafili odgrodzić się od wpływu obrazów sennych.
Zanim człowiek pierwotny nauczył się rozumieć procesy zachodzące w naturze, najpierw musiał wykształcić w sobie mechanizm autorefleksji lub ego. Ten proces stopniowo oddzielał go od świata zewnętrznego.
W pewnym sensie ludzkość została zrodzona kosztem wygnania z dającej bezpieczeństwo nieświadomości w stan rosnącej niezależności i woli.

Podobnie, abyśmy mogli w pełni zrozumieć treść snu podczas doznania sennego, musimy wyjść ze stanu stopienia się lub identyfikacji ze snem i wejść w stan autorefleksji, niezależności. Opieramy się temu, jak zauważył Carl Jung:
„Biblijny upadek człowieka przedstawia świt świadomości jako przekleństwo. W gruncie rzeczy to właśnie w tym świetle patrzymy na każdy problem, który zmusza nas do większej świadomości i jeszcze bardziej oddala nas od raju nieświadomego dzieciństwa.”
Stan normalnego snu może być postrzegany jako wskaźnik dziecięcej zależności człowieka od obrazów w jego psyche, które człowiek sam sobie stworzył i następnie odrzucił, tak samo jak uczynił to z przedświadomymi elementami, które leżą wewnątrz człowieka i nie potrafią się wyłonić z powodu braku jego zrozumienia.
W obu przypadkach nie potrafi on wziąć na siebie odpowiedzialności za świadome posiadanie tych elementów, gdyż odrzuca możliwość odseparowania się od nich.
Wydaje się to paradoksalne, że aby zintegrować odrzucony aspekt nas samych, najpierw musimy ujrzeć siebie oddzielnie od niego. Tak długo, jak podział między jednostką a odrzuconym aspektem jej osobowości pozostaje niejasny, pojednanie nigdy nie nastąpi. Świadomość musi wyjaśnić problem, aż zostanie on wyraźnie zdefiniowany. W przeciwnym razie z problemem nadal będzie borykał się człowiek nie uświadomiony. Musimy przerwać z nim relację nieświadomą i przystąpić do świadomej konfrontacji.
Gdy we śnie pojawia się świadomość, śniący dokonuje obiektywizacji obrazów snu. Obraz stopniowo traci swoją autonomię i staje się coraz bardziej uległy woli śniącego. Perls komentuje to w ten sposób:
Powstrzymujesz sam siebie przed osiągnięciem tego, co chcesz osiągnąć. Jednakże nie przeżywasz tego, jakbyś sam to robił… to jakaś inna siła cię powstrzymuje.”
Gdy w stanie snu wyłaniamy się jako świadome jednostki, zaczynamy dowiadywać się, w jaki sposób powstrzymujemy samych siebie przed osiąganiem tego, co chcemy, i że „ta inna siła”, która krzyżuje nam plany, to my sami – pod wieloma postaciami.

Początek stanu świadomego snu
Gdy świadome sny zaczynają pojawiać się w życiu człowieka, są one nieczęste i krótkotrwałe. Erich Neumann opisuje podobnie infantylne ego:
„Tak jak infantylne ego, słabo rozwinięte i łatwo męczące się, wyłania się niczym wyspa z oceanu nieświadomości jedynie na parę chwil, by ponownie się w nim pogrążyć, tak wczesny człowiek doświadcza świata.”
Ponieważ w tym wczesnym stadium świadome pragnienie takich przeżyć odgrywa niewielką rolę, najwyraźniej czynnikiem wywołującym świadomość we śnie jest zazwyczaj żałosna, wysoce absurdalna lub niedorzeczna sytuacja. Powinniśmy zachować ostrożność twierdząc, że jakiś szczególny czynnik powoduje uzyskanie świadomości we śnie. Możemy jedynie obiektywnie stwierdzić, że pewne czynniki, jak stres emocjonalny lub zdanie sobie sprawy z istnienia jakiejś niedorzeczności we śnie, po prostu towarzyszą uzyskaniu świadomości we śnie. Ponieważ śniący odczuwa, że czynniki te sprawiają, iż staje się świadomy we śnie, będziemy je umawiać tak, jakby naprawdę tak było.
Powszechnym przykładem tego, co wywołuje początkowy stan świadomego snu, jest stresująca sytuacja we śnie, kiedy śniący ucieka przed jakimś zwierzęciem lub osobą próbującą wyrządzić mu krzywdę. Kiedy śniący staje w obliczu stresującej sytuacji, zdaje się to wytrącać go ze stanu stopienia się ze snem oraz pobudzać jego autorefleksję. Śniący nie może już sobie pozwolić na brak rozróżnienia między samym sobą i wpływem, jaki wywiera na niego przedmiot jego lęków. Przykładem tego jest taki fragment snu:

W miejscu, w którym kiedyś mieszkałem, jestem ścigany przez grupę mężczyzn. Przestraszony biegnę przez znajomą dzielnicę przemykając między domami. Uświadamiam sobie, że śnię, a strach jest zbędny. (Sparrow, 1974)
Widzimy tutaj, że pragnienia śniącego i dana sytuacja zmieniły się tak radykalnie, że stworzyły psychologiczny podział lub granicę między śniącym i światem snu.
W podobnych okolicznościach mogło zostać pobudzone prymitywne ego. Na przykład współczesne badania wykazały, że ruch obrotowy Ziemi jest ważnym elementem wpływającym na zachowanie człowieka i w dużym stopniu rządzi jego okresami snu i jawy . Ten rytm biologiczny zależy od długości dnia. Tak więc ruch obrotowy Ziemi jest przykładem tego, jak organizm ludzki jest nieświadomie połączony z naturą. Jeśli długość dnia nie zmienia się, występuje niewielkie zróżnicowanie między wewnętrznymi doznaniami człowieka a zdarzeniami świata zewnętrznego.
Jednakże istnieją sytuacje, kiedy długość dnia zmienia się znacznie, jak na przykład podczas zaćmienia słońca. Kiedy to następuje, dochodzi u człowieka do wymuszonego zróżnicowania między wewnętrznym doznaniem dnia a zewnętrznym zjawiskiem ciemności. Podczas wydarzeń o charakterze nieregularnym, takich jak zaćmienia słońca i naturalne kataklizmy, stopienie się ze światem zewnętrznym może być dla jednostki bardzo trudne do utrzymania. Wtedy właśnie człowiek pierwotny mógł doznawać krótkich chwil oddzielenia od świata zewnętrznego.
Carl Gustav Jung mówi: „Świadomość nie rodzi się bez bólu.”
Ten ból można opisać jako rozdrażnienie, które pojawia się, kiedy usunięte zostają podstawy zależności człowieka, i czym przejawia się jego nieuchronne oddzielenie od świata.
Wydaje się, że w pierwszych stadiach świadomego śnienia pojawia się opór przed opuszczeniem stanu normalnego snu. Zamiast zdać sobie sprawę z istnienia niepasującego elementu we śnie, śniący zazwyczaj postrzega go jako coś innego. Przykładem tego jest następujący fragment snu:

Jestem z dwoma przyjaciółmi na dworze. Patrzymy na nocne niebo. Zauważam, że widnieją na nim dwa księżyce. Żaden z nich nie jest w pełni, ale w drugiej lub trzeciej kwadrze. Domyślam się, że muszę śnić, ale sądzę, że jest to zbyt rzeczywiste jak na sen. Nie chcę nic mówić o tych dwóch księżycach, ponieważ jeśli się mylę, mogę zostać wyśmiany... (Sparrow, 1974)

Okazuje się, że rodząca się świadomość nie jest łatwo akceptowana przez śniącego. Pełne zamanifestowanie się świadomości we śnie spotyka się z największym oporem, zwłaszcza podczas początkowych etapów świadomego śnienia. W podobny sposób Erich Neumann opisuje okres w ewolucji prymitywnego ego, w którym dominującą potrzebą jest pragnienie pozostania nieświadomym i połączonym z naturą:
Dopóki infantylna świadomość „ego” jest słaba i odczuwa trud własnego istnienia jako uciążliwy ciężar… nie odkryła jeszcze swej własnej rzeczywistości i odmienności…
Człowiek jeszcze nie stoi twarzą w twarz ani z samym sobą, ani z naturą, ani też jego ego nie stoi twarzą w twarz z nieświadomością. Jego bycie sobą jest nadal nużącym i bolesnym doświadczeniem, jest nadal przeciwieństwem, które trzeba pokonać.”

Można by się spierać, czy rozwój świadomości jest naturalnym procesem i czy z czasem wszyscy staną się bardziej świadomi w swoich snach, jak i w życiu na jawie. Jung dochodzi do wniosku, że tak się nie stanie.
„Natury wcale nie obchodzi żaden stan wyższej świadomości; wręcz przeciwnie.”
Podobnie twierdzi Neumann:
„Dążenie ku świadomości jest czymś „nienaturalnym” w naturze. Jest za to charakterystyczne dla rodzaju ludzkiego.”

Tak więc, kiedy we śnie po raz pierwszy pojawia się świadomość, wydaje się pozostawać w sprzeczności z „naturalnymi” nakazami śniącego. Taki impas może zostać pokonany, kiedy pojawi się stresująca sytuacja, w której śniący przestaje odnosić korzyści z wiary w treść snu i identyfikowania się z tą treścią. W takim przypadku pragnienie uzyskania większej świadomości zdaje się być poprzedzone przez konieczność jej uzyskania.
Chociaż stres emocjonalny wydaje się głównym czynnikiem wywołującym świadomość we śnie we wczesnych fazach, to po pewnym czasie zaczyna wyłaniać się inny czynnik, zwłaszcza gdy wzrosło już świadome pragnienie posiadania takich doznań. Oliver Fox nazywa ten proces pojawieniem się „zdolności krytycznej” i sądzi, że jest ona warunkiem niezbędnym do uzyskania świadomości we śnie . Przykład takiej zdolności krytycznej przedstawia następujący sen:
Jestem na wysokim wzgórzu nad jeziorem. Szukam jakichś przedmiotów pozostałych po Indianach. Zdaje się, że słyszałem o kulturze, która istniała na tym terenie w czasach prehistorycznych. Powiedziano mi, że Indianie dokonali wielkiego postępu w sztuce obróbki kamienia.

Wspinam się na szczyt wzgórza i znajduję tam trzy pięknie wykonane kamienne kielnie albo noże. Uświadamiam sobie, że są zbyt wspaniałe, aby mogły być rzeczywiste i że na pewno śnię… (Sparrow, 1974)

Zaczynająca wyłaniać się w stanie snu zdolność krytyczna staje się coraz bardziej dostrojona do nowych i niepasujących elementów snu. Kiedy zaczyna funkcjonować, zaczyna sprawdzać pozorną realność niepasujących elementów snu.
Pojedynczy, niepozorny szczegół może stać się kluczem, który zostaje dostrzeżony przez tę krytyczną świadomość. Okazuje się, że im więcej takich doznań przeżywa człowiek, tym subtelniejsza staje się świadomość niezgodności. Na przykład niżej opisany sen miał miejsce wiele lat po tym, jak śniący zaczął mieć takie doznania:
...Idę między drzewami w stronę naszej chaty. Spoglądam w dół i widzę, że mam na nogach parę nowych butów. Śmieję się, ponieważ nie posiadani nowych butów. Uświadamiam sobie, że śnię… (Sparrow, 1974)

Te nieoczekiwane anomalie we śnie, które pobudzają zdolność autorefleksji, są podobne do niezwykłych wydarzeń w naturze, które pobudzają rozwój ego. Można się domyślać, że niezgodność natury, którą człowiek tak zapamiętale przeklina, umożliwia powstanie autorefleksji w prymitywnej psyche. Ta niezgodność natury przeciwstawia się identyfikacji człowieka ze światem, do której człowiek dąży, i którą pragnie zachować. Skazuje go tym samym na jego własne siły. Jest to trudne do zniesienia, frustrujące połączenie. Świadomość zaczyna wyłaniać się jako środek odgradzający organizm od niespójnej natury i podtrzymujący wewnętrznie spójny system reagowania na nią.
Rozwój zdolności krytycznej w snach również umożliwia śniącemu odejście od nieprzewidywalności swojej wewnętrznej natury i nawiązanie z nią relacji świadomej.

Scott Sparrow ŚWIADOME ŚNIENIE

Powiązane posty

Sny świadome

Sen Planety

Szamanizm a sny

Mistrz snu

Otwarty umysł: Wolność od negatywnych emocji.

Tagi

, , , , , , , ,

konie
Pierwszym i najważniejszym elementem każdego sukcesu jest…
otwarcie własnego umysłu.

-Zamknięty umysł odgradza wszelkie kreatywne rozwiązania problemów i eliminuje szanse na pojawienie się nowych możliwości.
-Zamknięty umysł utrzymuje Cię dokładnie tam, gdzie aktualnie jesteś w swoim życiu, gdzie byłeś zawsze i gdzie – jeśli czegoś radykalnie nie zmienisz – zawsze będziesz.
Zamknięty umysł powoduje:
-Ciągłą walkę, by choć trochę posuwać się naprzód.
-Ciągłe konflikty i przeszkody, stale obecne resentymenty, pojawiające się w niemal każdej nowej sytuacji.
-Pretensje do samego siebie – z powodu nierobienia i nieosiągania tego, czego pragniesz.
-Zawiść odczuwana za każdym razem, gdy spotykasz kogoś, kto odniósł większy od Twojego sukces, lub gdy choćby słyszysz albo czytasz o kimś takim, bowiem sam chciałbyś być na miejscu tej osoby.

Żadna z tych rzeczy nie pomoże Ci osiągnąć szczęścia i sukcesu.

Wyobraź sobie teraz szalejące w ciasnej zagrodzie dzikie mustangi.
Pragną stać się wolne. Jak długo ogrodzenie stoi, a brama jest zamknięta, te mustangi, choć wolności pragną nade wszystko, wolne nie będą.
I co się z nimi dzieje?
Są coraz bardziej i bardziej wściekłe, pragną stratować tego, kto je tam zamknął. Nienawidzą go i w pewnym sensie także winią za swą sytuację.
Za każdym razem, gdy widzą w oddali inne konie, wolne i z wyglądu szczęśliwe, gniew, resentyment i nienawiść tych uwięzionych mustangów wzrasta i zazdroszczą one swym szczęśliwszym współbraciom.

Widzisz teraz, jakie to reakcje na trudne sytuacje wywołują spętane emocje i zamknięty umysł?

Nasze dzikie konie pragną zemścić się na sprawcy swej niewoli i zazdroszczą koniom pozostającym na wolności.

W ilu sytuacjach Ty sam odczuwasz w gruncie rzeczy te same emocje? Z jakim skutkiem?
Wszystko, co te mustangi musiałyby uczynić, by odzyskać wolność, to otworzyć bramę.

Wszystko, co Ty musisz uczynić, by znaleźć się na drodze do sukcesu, to otworzyć własny umysł.

Kiedy naprawdę otworzysz własny umysł, złość, resentymenty, nienawiść i zawiść znikną
.

To jednak, powiedzmy sobie szczerze, wymaga nieco pracy.
Spójrzmy więc, jak działa ludzki umysł.

Myśl, całkiem tak samo jak działanie, jest pewną energią w ruchu. Myśli wiążące się z emocjami niosą z sobą jeszcze więcej energii. Kiedy powstaje dowolna myśl, a szczególnie taka, z którą wiążą się silne emocje (jak w przypadku marzeń o sukcesie), uruchamiasz energię, która łączy się z uniwersum( Termin „uniwersum” dla religijnych Czytelników może oznaczać ich Boga. Dla innych Czytelników może to być po prostu pewna, bardzo pomocna naszym celom, metafora.), które z kolei pozwala Twojej myśli dalej się rozwijać, Tobie zaś pozwala badać jej zawartość i tworzyć nowe myśli na jej podstawie.
Dzieje się tak całkiem samorzutnie.
Wszyscy myślimy, ale nie wszyscy realizujemy nasze marzenia.
Jest tak dlatego, że myśli mogą być z natury pozytywne lub negatywne.
Co więcej, nawet myśli, które uważasz za pozytywne, mogą w istocie przeszkadzać osiągnięciu Twych celów. Powiedzmy, że marzysz o posiadaniu nowego domu. Ciągle więc myślisz w ten sposób: „Chcę kupić nowy dom!”. Wydaje się to pozytywną myślą, zgoda?
Jednak tak nie jest.
Dlaczego? Bo Twoje „chcę” sprawia, że chcesz go kupić, zamiast go kupić. Jeśli nadal będziesz tego chciał w ten sam sposób, to pewnie nigdy swego celu nie osiągniesz.

Fokus – to następny bardzo ważny aspekt naszych myśli. Stale myślisz o tym domu, który „chcesz” kupić. Oglądasz różne domy, ich zdjęcia, prospekty pośredników nieruchomości, ogłoszenia o sprzedaży, plany, wybierasz kolor, na jaki byś go pomalował z zewnątrz, rośliny, które chciałbyś mieć w ogrodzie…
I tak dalej.
Może Ci się wydawać, że to wszystko stanowi jak najbardziej pozytywny fokus, ponieważ masz swój cel bez przerwy przed oczyma, a Twe działania są dokładnie takie, jakie podjąłby ktoś kupujący dom. Problem jednak w tym, że Twój fokus skierowany jest na „dostawanie”, zamiast na „robienie”. Zamiast posuwać się w kierunku celu, Ty o nim po prostu marzysz.
Niedługo dowiesz się więcej o takich negatywnych szablonach myślowych, jak też o innych rzeczach wspomnianych w tym rozdziale i o tym, jak przetworzyć je na pozytywne.

Chodzi o to, że z otwartym umysłem zasiewasz ziarno, a potem odsuwasz się na bok, pozwalając uniwersum uczynić resztę. Musisz jednak być otwarty na wszelkie, bez wyjątku, możliwości. Co oznacza wyłącznie pozytywne myślenie, żadnych z góry powziętych przekonań, żadnych wartościujących nazw.
Otwarty i pozytywny umysł pozwala uniwersum oddziaływać na energię zawartą w Twojej myśli i tworzyć to, czego pragniesz. To działa niemal jak cud, choć na nieco mniejszą skalę.
I potrafi naprawdę zadziwić, kiedy się to widzi w działaniu.

Więcej w:  Alan Falcone „Zmień swoje myśli”

Powiązane

Cztery kroki do wolności

Wolność. Czy to puste słowo?

Zaminowane obszary umysłu

Zahipnotyzowana, śpiąca ludzkość

48 minut absolutnej świadomości

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

48

Jeśli położysz przed sobą zegarek i będziesz patrzeć na sekundnik, zaskoczy cię to, że nie będziesz umiał obserwować zegarka nawet przez minutę.
Może ci się uda przez piętnaście sekund, może dwadzieścia, a po trzydziestu sekundach zapomnisz, że miałeś patrzeć na tę wskazówkę.

Zajmie cię jakaś myśl, a potem znowu przypomni ci się, że próbowałeś obserwować sekundnik. Skupienie swej uwagi nawet na minutę jest dość trudne, więc nie sądźcie, że od razu wam się uda.

Kiedy usiłujesz być świadomy wszystkich drobiazgów, jakie przynosi życie, powinieneś wiedzieć, że po wielokroć czegoś zapomnisz. Twoja uwaga odbiegnie daleko, a kiedy sobie zdasz z tego sprawę, poczujesz się winny. To rodzaj pułapki.
Jeżeli zaczniesz czuć się winnym, to nie uda ci się powrócić do ćwiczenia swojej uważności. Nie ma powodu by odczuwać winę. To naturalne. Nie musisz odczuwać skruchy, to naturalne i przydarza się każdemu, kto szuka. Tak się zwykle dzieje; nie daj się wpędzić w błędne koło poczucia winy, że nie potrafisz utrzymać uwagi nawet przez kilka chwil, że wciąż zapominasz.

Mistrz Dżainów Mahawira był pierwszym człowiekiem w historii, który stwierdził, że jeśli człowiek jest uważny i potrafi się na czymś skupić nieprzerwanie przez czterdzieści osiem minut, to dostąpi oświecenia; nikt mu w tym nie przeszkodzi.

Jedyne czterdzieści osiem minut… a przecież nawet przez czterdzieści osiem sekund jest trudno!

Dociera do nas tyle bodźców.
Żadnej winy, żadnej skruchy – w chwili, kiedy przypomnisz sobie, że przestałeś robić to, co robiłeś, po prostu wróć do przerwanej czynności. Nie płacz nad rozlanym mlekiem. To byłoby głupie.

To na pewno zabierze sporo czasu, ale w końcu zdasz sobie sprawę, że stajesz się coraz bardziej uważny. Może przez minutę, może przez dwie. l sprawi ci to tak wielką radość… ale nie popadaj w dumę, nie myśl, że masz za sobą jakiś etap. To stałoby się barierą. Kiedy ktoś się zgubi i uda mu się postawić maleńki kroczek w dobrym kierunku, to cieszy się, jakby już był w domu.

Kontynuuj wolno, cierpliwie. Nie ma żadnego pośpiechu – do twojej dyspozycji jest cała wieczność. Nie próbuj osiągnąć tego szybciej; brak cierpliwości nie pomoże.

Świadomość nie jest jak wiosenny kwiat – kwitnie przez sześć tygodni i znika. Świadomość jest jak libański cedr, który rośnie przez setki lat, ale trwa przez tysiąclecia wznosząc się  dziesiątki metrów ku niebu.

Świadomość rośnie powoli, ale rośnie i dlatego trzeba wykazać się cierpliwością. Wraz z jej wzrostem zaczniesz odczuwać wiele rzeczy, których nigdy nie czułeś.

Przykładowo, zauważysz że w twoim ciele istnieje wiele napięć, których wcześniej nigdy nie dostrzegałeś, bo były dość delikatne.
Teraz, kiedy rozwija się twoja świadomość, zaczynasz odczuwać nawet te leciutkie napięcia. Czując napięcie w ciele – rozluźnij to miejsce. Jeśli twoje całe ciało jest odprężone, świadomość będzie rozwijać się szybciej, bo napięcia tworzą przeszkody.

Nie mam zamiaru radzić ci, żebyś porzucił swoje wady, stał się dobrym człowiekiem, poprawił swój charakter – jestem od tego bardzo daleki.
Twój charakter nie interesuje mnie ani trochę. Interesuje mnie twoja świadomość.

Im bardziej rozwija się twoja świadomość, tym wyraźniej zaczynasz dostrzegać, że śnisz nie tylko w nocy; nawet w ciągu dnia w twojej głowie snują się senne marzenia.
Są tuż pod powierzchnią twojego czuwania – przymknij oczy, a w każdej chwili będziesz mógł dostrzec jakiś sen przesuwający się jak obłok na niebie.

Jednak to, że twój stan czuwania nie jest jeszcze pełnią przebudzenia dostrzeżesz dopiero wtedy, gdy osiągniesz już pewien poziom świadomości. Zauważysz przepływające sny na jawie. Kiedy siadasz w fotelu, by chwilę odpocząć, marzenia senne natychmiast przejmują kontrolę. Zaczynasz myśleć, że zostaniesz prezydentem
kraju, albo że robisz jakieś wspaniałe rzeczy; wszystko jedno co. Jednocześnie wiesz, że wszystko o czym myślisz w tej właśnie chwili, jest nonsensem. Wiesz, że nie jesteś żadnym prezydentem, ale to marzenie senne ma w sobie coś takiego, że nawet wbrew tobie, wraca.

Świadomość odsłoni przed tobą wszystkie warstwy snu na jawie, i zaczną one znikać, tak jak znika ciemność, gdy wnosisz do pokoju zapaloną lampę.

Cokolwiek robisz – spacerujesz, siedzisz, jesz lub nawet jeśli nic nie robisz, a po prostu oddychasz, odpoczywasz, relaksujesz się na trawie – nigdy nie zapominaj, że jesteś Obserwatorem.

Osho, Świadomość – klucz do życia w równowadze

Powiązane posty

Pierwszy krok do nirwany. Cytaty.

Przebudzenie.

Historia pewnego przebudzenia

Nowy stan świadomości

Wybieraj swój świat świadomie

Ciało energetyczne człowieka. Przykłady zaburzeń.

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , ,

aure

Dziś chciałabym polecić wszystkim znakomitą książkę „Dłonie pełne światła” – Barbary Ann Brennan.

Sama będąc jasnowidzem, miałam wielkie trudności z dotarciem do prawdziwie fachowej i rzetelnej literatury napisanej przez inną osobę posiadającą zdolność widzenia ludzkiej aury.
Któregoś dnia, podczas wizyty u znajomej wzięłam do ręki książkę Brennan…i to był olśnienie!
Po raz pierwszy odkąd zainteresowałam się bliżej moimi zdolnościami, miałam możliwość zobaczyć naszkicowane przykłady aury, widzianej okiem innego jasnowidza!
I co najlepsze, podobieństwo do tego co widzę na co dzień – było uderzające. :)
Zdawałam sobie do tej pory sprawę z tego, że postrzeganie aury może być w znacznej mierze subiektywnym a nawet synestetycznym przeżyciem. Okazało się, że możliwe jest jakieś obiektywne spojrzenie na to zjawisko, pozwalające przedstawić obraz ludzkiej aury w sposób, który jest rozpoznawalny także dla innych „widzących”.

Poniżej umieszczam przykładowo kilka obrazków z książki B. Brennan.
W samej książce jest ich o wiele więcej, zatem zachęcam zainteresowanych do zapoznania się ze źródłem :)

1. Aura wokół dłoni. Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie.

4

2. Przykład ciała duchowego człowieka. Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie.

11

3.Aura noworodka. Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie.
Widać niedorozwinięte, pączki czakramów. Dwa otwarte czakramy to podstawa i korona.
Wg wierzeń wielu ludów, właśnie przez czubek głowy (ciemiączko) wchodzi „dusza”, lub energia życiowa człowieka.

9

4.Przykłady aury u dorosłych osób. Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie i opisy.
Aura w zależności od nastroju czy charakteru osoby może przybierać rozmaite formy. Formy te mogą być zaobserwowane nie tylko  przez osoby jasnowidzące, ale „wyczute” przez wszystkich wrażliwców, którzy dobrze rozpoznają  „energetyczną” atmosferę panującą między ludźmi :)

12

5. Przykłady aury u osób znajdujących się w rożnych sytuacjach życiowych.
Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie i opisy.

Jak widać aura mocno dopasowuje sie do naszych upodobań, i naszego stylu życia.

2

31

7.Przykłady blokad energetycznych, skupiających się np. w miejscach gdzie odkłada się tłuszcz, lub miejscach napięć i dawnych urazów fizycznych. Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie i opisy.

7

8.Aura kobiety cierpiącej na problemy zdrowotne związane z dysfunkcją dolnych czakramów.
Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie i opisy.

10

9.Przykład wycieku energii z „osłabionych” miejsc w aurze eterycznej.
Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie.

6

10.Przykłady deformacji czakramów. Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie .

5


11.Dysocjacyjna forma myślowa, inaczej zwana jako „myślokształt”.

Kliknij w obrazek by zobaczyć powiększenie i opisy.

8

Myślokształty – to gęste, splatane formy energetyczne „zawieszone” w aurze człowieka opętanego jakimiś myślami, do tego stopnia, że zaczynają one  „żyć własnym życiem” , obciążając i „podsysając” energetycznie osobę, która je wyprodukowała. (Tolle określa podobne zjawisko jako „ciało bolesne„)
Niezwykle silne myślokształty mogą się nawet odrywać od aury swego twórcy i przez krótki czas funkcjonować na bazie pobranej wcześniej energii.
/Są osoby które uważają, że wszelkie „duchy” i „demony” są przykładem niezwykle trwałych myślokształtów i że mogą „przyklejać sie” do osób, które wykazują do tego podatność. Każdy człowiek może poprzez np. swój  styl życia zostawić furtki, przez które myślokształty mają szansę się podpiąć i „odżywiać” (tzw opętanie)/

Te energetyczne twory pasożytują na aurze, będąc nieraz przez dziesiątki lat zasilane przez swego twórcę, przyczyniając się do osłabienia jego aury – chorób i zaburzeń psychicznych (najczęściej depresji, nerwic, schizofrenii  i psychoz).

Najczęstsze są jednak małe myślokształty,  związane np z jakimś- urazem z przeszłości, zawiścią, nienawiścią,  niechęcią do wybaczenia, bezustannym odtwarzaniem w pamięci bolesnych, przykrych scen, z którymi nie umiemy się rozstać, etc.
Mogą one funkcjonować w wyciszeniu przez jakiś czas, a potem, przy pojawieniu się bodźca podobnego do oryginalnego zdarzenia, które zapoczątkowało myślokształt – ożyć znowu, stając się przyczyną np. napadu depresji, bezsenności i osłabienia fizycznego.

/Uwaga: Nie wszystkie myślokształty moga byc postrzegane jako negatywne, zwłaszcza przez swego twórcę. ! Myślokształtami bywają także uporczywe „filmiki”, odtwarzane w nieskończoność w umyśle twórcy, jako przyjemne dla niego (np. erotyczne, wypełnione przemocą, odwetem czy snami o potędze) sceny. /

Autorka: Zenforest
Kopiowanie tekstu bez zgody autorki zabronione!

Powiązane posty

Ciemna strona emocji?

Opetanie i formy myślowe wg Huny

Memy i wirusy umysłu

Aura człowieka – najważniejsze informacje.

Aura człowieka, przykłady aury… oraz jak ją odróżnić od powidoku?

Czakramy, poziomy Twojego życia!

Jak nauczyć się widzieć aurę?

Kolory Twojej Aury – jak się zmieniają i co oznaczają

Jak reagujesz gdy zostaniesz obrażony? Ciała duchowe.


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 831 other followers